my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae res. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 września 2014

Przedpremierowo: Jolanta Wachowicz-Makowska - Obietnica. Wschody i zachody

Autor: Jolanta Wachowicz-Makowska Tytuł: Obietnica. Wschody i zachody Wydawnictwo: Novae res Liczba stron: 492


Jolanta Wachowicz-Makowska to absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka. W jej dorobku artystycznym znajdują się m.in takie powieści jak: "Chochlą i mieczem" czy "Panienka z PRL-u". "Obietnica. Wschody i zachody" to pierwsza powieść tej autorki, którą przeczytałam i powiem Wam, że zostałam naprawdę mile zaskoczona.



Nasza główna bohaterka, Joanna dopiero wkracza w dorosłe życie. Jest dwudziestoletnią studentką, która nigdy w całej swojej młodej egzystencji nie była jeszcze zakochana, bo pod tym względem różni się od swoich rówieśników - nie szuka ona przelotnej znajomości, ale poważnego związku. Jej życie przybiera inne obroty, gdy poznaje Krzysztofa - starszego od niej artystę. To z nim przeżywa swoją pierwszą fascynację życiową, jednak los przygotował dla niej coś całkowicie innego...



Muszę przyznać, że niedokładnie tego się spodziewałam. Moje ostatnie spotkanie z gatunkiem, jakim są powieści obyczajowe nie było powalające, więc byłam pewna obaw, gdy przystąpiłam do lektury "Obietnicy...". Na szczęście Jolanta Wachowicz-Makowska udowodniła mi, że jakiekolwiek obiekcje z mojej strony są po prostu bezpodstawne, bo gdy tylko zaczęłam czytać jej powieść, nie mogłam się od niej oderwać. Losy młodej głównej bohaterki naprawdę mnie zaabsorbowały, do tego stopnia, że książkę tę skończyłam w błyskawicznym tempie, a jakby nie było, ma ona prawie 500 stron. Myślę, że duża zasługa w tym bardzo przystępnego warsztatu pisarskiego naszej rodzimej pisarki, ale także i dogłębnie przemyślanej fabuły, która po prostu wzbudza w czytelniku ciekawość.

 

Historia przedstawiona w "Obietnicy..." jest realistyczna i ani trochę niewyidealizowana. I to właśnie mnie w niej urzekło - ta doza realizmu. Dialogi nie były wymuszone czy sztuczne, ale ale wyraziste i prowadzące do czegoś. Nie były to z pewnością puste słowa rzucane na wiatr. Kreacja bohaterów także zasługuje na uznanie, zapałałam sympatią szczególnie do głównej bohaterki. Młoda, chwilami wręcz powiedziałabym uroczo naiwna, stara się odnaleźć swoje miejsce w życiu. Przeżywa pierwszą miłosną fascynację, która napotykając trudności okazuje się za słaba, aby je przezwyciężyć. To postać, która jest inspirująca, bo pomimo swojego młodego wieku jest to kobieta, której nie interesują żadne przelotne romanse, ale stały związek, który zapewni jej stabilizację.



Książka ta to interesujące połączenie gatunku obyczajowego i romansu. Jolanta Wachowicz-Makowska sprawnie manewruje między nimi, bawi się emocjami czytelnika, sprawiając, że oderwanie się od lektury przychodziło mi z ogromną trudnością. Nieraz zostałam zaskoczona i nijak nie mogłam przewidzieć tego, co autorka planuje. To ogromna zaleta, szczególnie jeśli chodzi o powieści obyczajowe. W tym przypadku nawet wolne tempo akcji mi nie przeszkadzało, ponieważ cała reszta była po prostu świetna.



"Obietnica" to pierwszy tom serii Wschody i zachody, która ujmuje czytelnika swoim realizmem. Choć jest to powieść obyczajowa - to uwierzcie mi, że nie sposób się przy niej nudzić. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnych tomów tego cyklu, a Was gorąco zachęcam do sięgnięcia po pierwszą część
.
Moja ocena: 7/10

wtorek, 26 sierpnia 2014

Aneta Borewicz - Księżycowe cienie

 Autor: Aneta Borewicz Tytuł: Księżycowe cienie Wydawnictwo: Novae res Liczba stron: 570

Nie czytam powieści obyczajowych. Zawsze kojarzą mi się one z życiowymi tematami i powolną akcją. I o ile te pierwsze lubię, to tego drugiego już nie bardzo. Ostatnio jednak uparcie postanowiłam, że będę poszerzała swoje horyzonty czytelnicze i sięgała po gatunki, które dotychczas omijałam szerokim łukiem. I tak oto trafiłam na powieść polskiej pisarki Anety Borewicz pt. "Księżycowe cienie".

Ciężko byłoby w kilku zdaniach streścić fabułę "Księżycowych cieni". To historia kobiety, która zaczyna układać sobie życie na nowo po nieudanym i toksycznym związku. To skłania ją do przemyśleń związanych z całą jej egzystencją. Maria wspomina dawne czasy, swoich przyjaciół, a nawet swojego byłego męża.

"Księżycowe cienie" to bez wątpienia bardzo przemyślana i dopracowana powieść. Została napisana piękną i bardzo bogatą polszczyzną. Chwilami warsztat pisarski Anety Borewicz był wręcz poetycki i kwiecisty. Czytelnik od samego początku może zorientować się, z jaką książką będzie miał do czynienia. Z taką, która zachęca, aby na chwilę się zatrzymać i poświęcić trochę czasu refleksjom, a wiadomo, że w obecnych czasach jest o to ciężko. Za dużo poświęcamy czasu pracy, a za mało na te naprawdę najważniejsze kwestie. Czasami jednak - moim zdaniem - styl pisania autorki był zwyczajnie zbyt przesadzony. Najbardziej rzucało mi się to w oczy, gdy chodziło o dialogi między bohaterami, wtedy nie wydawały mi się one ani trochę realne, za to bardzo wymuszone. Oczywiście nie zawsze takie były, jednak, gdy już miało to miejsce, nie potrafiłam wyobrazić sobie dwóch ludzi w rzeczywistości, którzy rozmawialiby ze sobą w tak iście poetyckim stylu.

Początek lektury był cóż... dosyć ciężki. Trudno było mi się "wbić" w rytm tej powieści, jako, że wcześniej nie czytałam obyczajówek. Uspokajałam jednak siebie, w końcu ta książka liczy prawie sześćset stron, więc siłą rzeczy trochę czasu zabierze pisarce rozwijanie akcji i fabuły. W pewnym sensie, gdy już przywykłam do warsztatu pisarskiego Anety Borewicz, lektura "Księżycowych cieni" stała się całkiem przyjemna. Niestety, ale zabrakło mi jakiegoś głównego motoru napędowego akcji, a przez to fabuła dużo na tym straciła. W moim odczuciu same refleksje bohaterki to trochę za mało na tak długą powieść.

Ta powieść nie ma szybkiej i zawrotnie pędzącej akcji, ma jednak dogłębnie dopracowaną i niezwykle realną fabułę, która skłania do przemyśleń. To historia kobiety, która wraca do swoich wspomnień i analizuje je. Nie sposób nie docenić piękności warsztatu pisarskiego naszej rodzimej pisarki Anety Borewicz, a gdyby akcja chwilami nie byłaby tak strasznie nużąca, to ta książka byłaby naprawdę niezła. Niestety, ale bywały takie momenty, gdy ciężko było mi się zmusić do czytania. Polecam tę powieść osobom, które gustują w literaturze obyczajowej, zawierającej wiele odniesień do przeszłości oraz takim, które cenią sobie refleksyjne historie.
Moja ocena: 5/10

wtorek, 3 grudnia 2013

Agnieszka Lingas-Łoniewska - Obrońca nocy

Obrońca nocy - Agnieszka Lingas-Łoniewska
Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Tytuł: Obrońca nocy
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 304
Moja ocena: 6/10

Twórczość Agnieszki Lingas-Łoniewskiej jest mi dobrze znana, przeczytałam bowiem kilka jej dzieł, jedne podobały mi się mniej, drugie bardziej. Mimo to, gdy tylko zauważyłam "Obrońcę nocy" byłam ciekawa, jak nasza rodzima pisarka spisze się w fantastyce. Jesteście ciekawi moich dosyć, delikatnie rzecz ujmując, mieszanych wrażeń?

Przenosimy się do Miasta Aniołów, gdzie mieszka dziennikarka śledcza Melisa Mallory. I to nie byle jaka dziennikarka, ale najlepsza w swoim fachu. Ostatnie jej artykuły skupiają się na niebezpiecznym narkotyku o nazwie ToxicCristal, który niesie za sobą coraz większą liczbę ofiar. Sytuację stara się uratować Nocny Łowca, samozwańczy superbohater miasta, który chce ocalić bezbronnych, stojąc na granicy prawa i walcząc o bezpieczeństwo w mieście.
Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy firma, w której pracuje główna bohaterka zostaje wykupiona przez Maseratti Enterprises, na czele której stoi niebywale przystojny i groźny James Maseratti. Ścieżki tych dwojga, chociaż nie powinny, krzyżują się.
Jak dalej potoczą się ich losy?
"Obrońca nocy" zraził mnie najbardziej jednym, bardzo istotnym, o ile nie najważniejszym elementem w całej fabule powieści: miłością, a konkretnie jej wykonaniem. Uwaga, teraz najlepsze! Bohaterowie zakochują się w sobie na przełomie kilku dni. Nie, że są sobą oczarowani i w ogóle, ale darzą się taką miłością, która jest jedna na całe życie. Po przeczytaniu tej książki zaczęłam się zastanawiać, czy to po prostu ja nie jestem romantyczką albo nie jestem naiwna. Którą z tych dwóch opcji wolicie?

Zastanawiam się, czy autorka może wymyślić coś nowego, bo póki co, jak dla mnie "Obrońca nocy" jest powieścią sztampową, która uparcie trzyma się schematu innych dzieł Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Tylko, że tutaj mamy do czynienia z fantastycznym tłem. Szybko pędząca akcja, błyskawiczny romans, szczypta przeciwności losu i mamy przepis na idealne kobiece czytadło. W sumie z tym, czy idealne mogłabym polemizować, ale nie wdawajmy się w szczegóły. O ile taki wzór na początku mógł ciekawić, uprzyjemnić czas, o tyle po kolejnych zapoznaniach się z książkami tej pisarki zaczyna to po prostu okropnie i niemiłosiernie nudzić. W efekcie, "Obrońca nocy" najwyraźniej w świecie niczym mnie nie zaskoczył, chociaż nie jest to winą warsztatu pisarskiego autorki, który jest naprawdę dobry. Bardzo przystępny, przez co lekturę tę czyta się błyskawicznie.

"Obrońca nocy" obfituje w takie perełki jak: "A teraz... teraz ją straciłem, chociaż tak naprawdę nigdy nie była moja" czy "A jak mogłem z nią walczyć, skoro miała nade mną władzę absolutną...?" Autorka sili się na artyzm, patos i zwyczajnie przesadza. Za dużo w tym melodramatu.

Pozytywny akcent jest taki, iż Melisa Mallory jest ciekawą główną bohaterką. Należy do tych kobiet, które uparcie bronią swoich racji i nie dają sobie w kaszę dmuchać. Nie irytowała mnie (wbrew pozorom to jest bardzo dużo!), zaskarbiła sobie moją sympatię. James Maseratti to za to inna bajka. Przystojny, bogaty, odważny, idealny, a zarazem... nierealny po prostu.

Powinnam przestać się pastwić nad tą biedną książką, więc przechodzę do meritum. Wbrew wymienionym przeze mnie wadom "Obrońca nocy" jest warty przeczytania. Na pewno wiernym fanom Agnieszki Lingas-Łoniewskiej i wielbicielom lekkich romansów z fantastycznym tłem powieść ta przypadnie do gustu. Żałuję, iż tak mało było tej fantastyki w fantastyce. Gdyby zrezygnować z niepotrzebnej przesady, za mocno uwidocznionego wątku miłosnego lektura ta pewnie spodobałaby mi się o wiele bardziej. A tak jest zwykłe 6.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Hanna Maria Janina Kasperska - Przetrwać w czasie

Przetrwać w czasie... - Hanna Maria Kasperska

Autor: Hanna Maria Janina Kasperska
Tytuł: Przetrwać w czasie
Wydawnictwo: Novae res
Liczba stron: 83
Moja ocena: bez oceny

Nie tego się spodziewałam - tymi oto słowami zacznę swoją recenzję książki "Przetrwać w czasie" autorstwa Hanny Marii Janiny Kasperskiej. Toż ta powieść liczy sobie niewiele ponad 80 stron! Nie spodziewałam się, iż będzie tak mała objętościowo, automatycznie pomyślałam, że autorka tak naprawdę nie mogła się wykazać na przestrzeni kilkunastu kartek. I poniekąd miałam rację.

Z tą książeczką uporałam się w zaledwie godzinę, co nie jest jakimś specjalnym wyczynem i spokojnie można przeczytać ją za jednym "zamachem". "Przetrwać w czasie" opowiada historię Sonii - kobiety wyzwolonej, obiektu pożądania kilku oficerów. Po spędzonej nocy z jednym z nich kobieta wyjeżdża za granicę, gdzie poznaje nieodpowiednich ludzi i wplątuje się w zawiłe relacje.

Dosyć ciężko ocenić mi tą lekturę, bowiem nic po niej nie zyskałam. Może gdyby objętościowo byłaby większa, to autorka miałaby większe pole do manewru, a tak, to nie bardzo mnie zainteresowała swoją zbyt naciąganą fabułą. Czy polecam? Pozostawiam tą decyzję Wam, z drugiej strony godzina z naszego życia na lekturę "Przetrwać w czasie" to wcale nie jest tak dużo.

sobota, 10 sierpnia 2013

(95). Nina Reichter - Ostatnia spowiedź


Autor: Nina Reichter
Tytuł: Ostatnia spowiedź tom I
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 380
Moja ocena: 5/10
Bradin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, że będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A późnej wspaniała noc się kończy.
I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej.
Nigdy więcej.
Bo zbyt mocno czują, co rodzi się między nimi.

Żadne z nich nie może się teraz zakochać.
Ally jest zajęta – uwikłana w dziwny związek, z którego na razie nie może się wyplątać, a Brada obowiązuje kontrakt płytowy, który mówi – „prasa nie może odkryć twoich kobiet”. Brade jednak używa podstępu i ciągnie tę znajomość. Pozostaje tylko jeden szkopuł. Ally nadal nie ma pojęcia, kim jest Bradin.
I również skrywa pewien sekret.
Co zrobi Bradin, pragnąc dziewczyny, której nie powinien nawet tknąć?

Pewna debiutancka powieść polskiej pisarki wywołała spore poruszenie w małym blogowym świecie, którego jestem częścią. Mowa tutaj oczywiście o "Ostatniej spowiedzi" Niny Reichter. Zewsząd dobiegały mnie zachwyty nad tą książką, więc w końcu uległam pokusie i przystąpiłam do czytania. Powinnam jednak wiedzieć, że to, co jest komentowane na szeroką skalę nie zawsze zadowala, a w większej części zwyczajnie rozczarowuje.

Ally Hanningan jest normalną dziewczyną, taką jak milion innych. Jej pozornie poukładane życie jest z góry zaplanowane przez jej rodziców. Ma chłopaka, którego nie kocha, ale jest z nim, można by rzec, z wygody. Bradin Rothfeld, młody rockman wiedzie za to całkowicie odmienną egzystencję. Jest wokalistą niezwykle popularnego zespołu Bitter Grace. Ich ścieżki nigdy nie powinny się skrzyżować, ale tak się dzieje. Oboje spędzają noc na lotnisku, bowiem ich loty zostały opóźnione. Co wyniknie z tego niespodziewanego spotkania, podczas którego między nimi zaczęło iskrzyć?

"Ostatnia spowiedź" pierwotnie była fanfickiem, który został opublikowany na blogu autorki. Zespół, o którym była w nim mowa to Tokio Hotel, motyw ten jednak został nieznacznie przerobiony na potrzeby książki. Bądź, co bądź podobieństwa były straszliwie rażące, przez co podczas czytania tej lektury nieodłącznie towarzyszyły mi twarze Billa i Toma Kaulitzów. Nie, żebym jakoś specjalnie ich nienawidziła, bo tak nie jest. Szanuję gust innych osób, w końcu wiadomo, że jest to kwestia niedyskusyjna. Bo o czym tutaj rozprawiać? Dla mnie jednak inspiracja tym zespołem zepsuła całą radość czytania. Byłoby nieźle, gdyby była to jedyna wada tej powieści, a tak nie jest.

W "Ostatniej spowiedzi" schematyczność okropnie rzuca się w oczy. Rockman, nic nie wyróżniająca się dziewczyna, oboje się w sobie zakochują. Jak dla mnie Ally była kopią Belli z osławionego "Zmierzchu" lub Any z "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Jak kto woli. Romans ten wydawał mi się jakby żywcem wyjęty z taniego podrzędnego harlequinu. Serio, aż człowiek się zastanawia, czy on tak się pastwi na biedną książką, bo ma ukryty zmysł hejtera, czy to pisarkom brak krztyny oryginalności.

Co nieco wspomniałam o Ally i o tym, że jest wszędzie-znaną-kopią pewnej innej literackiej postaci, ale dodam nawet zdanie (lub kilka!) więcej. Główna bohaterka reprezentuje sobą rozpacz, ogółem roztacza wokół siebie aurę nieszczęścia. W zamierzeniu pewnie miała wzbudzić współczucie, a zamiast tego pojawiła się irytacja połączona z żenującym politowaniem. Ally co dwie strony płacze i lamentuje, że nie może być ze sławnym wokalistą, bo... no, nie może, bo jakaś fanka jej go odbierze. Chwilami odnosiłam wrażenie, jakby sama sobie na siłę stwarzała problemy. Tak w ogóle to każdy charakter w "Ostatniej spowiedzi" stwarzał sobie sztuczne komplikacje, przez co cała otoczka pozornie pięknej miłosnej historii wypadła niesamowicie naciąganie, nierealistycznie i w ogólnym rozrachunku naprawdę  nieciekawie.

Początkowo byłam dobrych myśli. Same pozytywne recenzje, zachwyty. I w sumie to początek do najgorszych nie należał, bo zapowiadało się obiecująco. Jednak im dalej w las, tym gorzej. Naciągana fabuła, dziwne i wymyślone problemy bohaterów, którzy sami na siłę rzucają sobie kłody pod nogi. Język autorki nie był zły, rzekłabym nawet, że całkiem niezły, ale niekiedy ta patetyczność i przesada ze strony Niny Reichter wydawały mi się niemal śmieszne. Niemal, bo później zaczęły niebotycznie mnie irytować. Niech nie zapomnę wspomnieć o tytułach każdych rozdziałów, które były zwyczajnie przesadzone. Jakby miłość Ally i Bradina miała milion powodów, aby nie istnieć.

"Ostatnia spowiedź" okazała się dla mnie pasmem rozczarowań. Czy to przez moje wysokie oczekiwania? Może. W każdym razie mnie nie przypadła do gustu tak, jak reszcie zachwyconych czytelników. Schemat goni schemat. Plusem jest jednak to, że całkiem szybko się ją czyta. Z ciekawości zapewne sięgnę po drugi tom.

piątek, 26 lipca 2013

(89). Grzegorz Mucha - London eye


Autor: Grzegorz Mucha
Tytuł: London Eye
Wydawnictwo: Novae res
Liczba stron: 175
Moja ocena: 6/10
„London eye” to dziennik intymny, w którym splątane ciała i zbłąkane dusze podróżują przez czas i przestrzeń.

To opowieść o losach kochanków, którzy wędrują przez świat, aby odnaleźć… siebie. Szukają miejsc i ludzi, dzięki którym powrócą wspomnienia i wiedza o tym, kim byli kiedyś, zanim się poznali. Wędrują bez map i przewodników, ponieważ wcale nie chcą dotrzeć, a jedynie być. Nie są turystami, nie są nawet podróżnikami - poszukują swojej własnej prawdy.

Książka ma wiele części, z których autor zdecydował się udostępnić tylko trzynaście. Odnajdziemy w niej nie tylko polskie realia, ale również głośny Londyn, szeroką Szkocję, rozległy Berlin i ciasny Hongkong. Nostalgia miesza się tutaj z erotyką i groteską.
Opisane wydarzenia oparte są na faktach.

W "London eye" autor przybliża swoim czytelnikom losy pewnych kochanków. Ich historia jest luźno zapisana w postaci dziennika. Zakochani zwiedzają i po prostu cieszą się ze wspólnego towarzystwa. Pomimo dużej różnicy wieku pomiędzy nimi, ich miłość jest widoczna dla każdego.

Nigdy nie czytałam dzienników, bo i nie za bardzo gustowałam w takim gatunku. "London eye" jednak od początku mnie zaciekawiło, głównie dlatego, że jest to historia oparta na faktach. I właśnie przez ten aspekt realności, spodobała mi się. Możliwość podróżowania, zwiedzania, poznawania nowych kultur i ludzi jest po prostu i intrygująca i sama bardzo chciałabym wieść takie życie, dlatego książkę tę czytałam z rosnącą ciekawością, a skończyłam ją szybko, wręcz błyskawicznie.

W "London eye" jest wiele interesujących, z życia wziętych zdjęć. Te grafiki bardzo mi się spodobały, bowiem stworzyły niepowtarzalny klimat, czyniąc książkę tę jeszcze bardziej realniejszą.

Podsumowując: "London eye" to ciekawy utwór, który ukazuje losy dwóch szaleńczo zakochanych w sobie osób, a na dodatek ich historia wydarzyła się naprawdę. Polecam tą książkę osobom, które gustują w takich właśnie prawdziwych opowieściach.

czwartek, 25 lipca 2013

(88). Dawid Sędłak - Dzień zaduszny


Autor: Dawid Sędłak
Tytuł: Dzień zaduszny
Wydawnictwo: Novae res
Liczba stron: 121
Moja ocena: bez oceny
„Dzień zaduszny” opowiada historię rycerza, który spotyka w lesie pustelnicę – Sabinę, i zakochuje się w niej. Gdy kobieta opowiada mu swoją historię – śmierć ojca i zdradę kochanka – rycerz w imię honoru postanawia odzyskać jedyną wartościową dla niej rzecz – medalion, który zabrał ze sobą były kochanek. W trakcie poszukiwań Alfreda – kochanka, ukazuje mu się duch starca oświadczający, że Alfred wraz z żoną już dawno nie żyją i żeby odzyskać utracony artefakt, rycerz musi udać się na zamek, gdzie raz do roku pojawiają się zjawy, żeby spełnić swoje pragnienia...
Jest to utwór owiany tajemnicą. O odnalezionym niedawno poemacie niewiele wiadomo – nie tylko nie figuruje on w żadnym spisie, ale nie posiada też autora. Jest niezwykle bogaty gatunkowo i intertekstualnie. Powieść przybliża czytelnikowi bogatą sieć nawiązań do znanych europejskich tekstów oraz niezliczoną ilość przenikających się cech charakterystycznych dla niemalże wszystkich gatunków romantycznych.

Zauważyłam ostatnio, że ograniczam się do czytania określonych gatunków. Dlatego w mojej głowie pojawiła się myśl, aby chociaż spróbować poszerzyć swoje horyzonty. I takim oto trafem w moje ręce wpadła książka "Dzień zaduszny", opracowana przez Dawida Sędłaka.

"Dzień zaduszny" to poemat, o którym pewnie niewielu z was słyszało, jego autor do tej pory pozostał anonimowy. Dawid Sędłak postanowił podjąć się trudnego zadania. W swoim opracowaniu zawarł utwory, do których poemat nawiązuje, podzielił się ze swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami, które zauważył podczas analizy tekstu. 

Do tej pory średnio ciekawiły mnie opracowania. Sięgałam po nie tylko wtedy, gdy musiałam uzupełnić swoją wiedzę na temat danych utworów. Czytanie tej książki pozwoliło mi spojrzeć na anonimowy poemat nieco innym okiem. 

Autor swoje refleksje opisał w luźny i ciekawy sposób. Książeczka ta ma zaledwie ponad 100 stron, dlatego czytało się ją bardzo szybko i przyjemnie.

Polecam to opracowanie przede wszystkim osobom, które pragną dowiedzieć się czegoś więcej o zapomnianym poemacie, a także osobom gustującym w literaturze popularnonaukowej. 

sobota, 13 lipca 2013

(83). Agnieszka Lingas-Łoniewska - Zakład o miłość


Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Tytuł: Zakład o miłość
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 246
Moja ocena: 6/10

Pełna wzruszeń historia o miłości, zagubieniu i poszukiwaniu siebie.

Sylwia Kujawczak, studentka ostatniego roku historii sztuki, za dwa tygodnie wychodzi za mąż. Wychowana w tradycyjnej, arystokratycznej rodzinie dziewczyna nie wie jednak do końca, jaka ma być jej życiowa droga. Gdy przyjaciółki wyciągają ją z domu na wieczór panieński, nie wie również, że ta noc zmieni jej przyszłość.

Aleks Cichocki „Cichy” to mężczyzna, który nie wierzy w miłość. Wychowywany przez ojca, nigdy nie wybaczył matce, że ich zostawiła. Ale czy Aleks zna prawdę o swoim dzieciństwie? I czy naprawdę jego serce nie potrafi kochać?

Sylwia i Aleks poznają się na imprezie. Szorstki w obyciu, pewny siebie, nauczony brania i korzystania z uroków życia mężczyzna intryguje ją. Dziewczyna boi się swoich odczuć, zaczyna zastanawiać się nad swoim dotychczasowym życiem, ułożonym wedle reguł, które narzuca jej rodzina, tradycja i narzeczony. Orientuje się, że nowo poznany mężczyzna zaczyna coraz więcej dla niej znaczyć.

Nie wie jednak, że padł pewien zakład…

Agnieszka Lingas-Łoniewska to popularna polska pisarka, która zyskuje coraz większe rzesze fanów. Jestem już zaznajomiona z jej twórczością, więc kiedy do rąk wpadła mi kolejna książka tej autorki, ochoczo przystąpiłam do lektury.

Sylwia Kujawczak to dwudziestoczteroletnia studentka ostatniego roku historii sztuki. Jest jedynaczką, mieszka we Wrocławiu i żyje w normalnej, kochającej się rodzinie. W rodzinie, gdzie tradycja jest najważniejsza. Sylwia, jako jedyna córka swoich rodziców ma z góry zaplanowane całe życie. Dziewczyna za dwa tygodnie bierze ślub ze starszym od niej doradcą finansowym, a po nim ma zapewnioną pracę w rodzinnym biznesie. Wszystko wydaje się takie piękne i poukładane. Młoda kobieta jednak czuje, że pragnie czegoś więcej, ma swoje marzenia i ambicje, ale boi się postawić rodzicom, których przecież kocha i wie, że chcą dla niej dobrze. Pech, a może szczęście chciało, że na swojej drodze spotkała kogoś, kto odmienił jej stateczne życie na zawsze...

Przyjaciółki Sylwii pewnego dnia postanowiły urządzić jej wieczór panieński. Dziewczyna w końcu ulega ich usilnym namowom i wybiera się z nimi do klubu, gdzie poznaje Aleksa "Cichego" Cichockiego. Jest to mężczyzna, który z charakteru nigdy by się jej nie spodobał. Pozornie. Cichy jest arogancki, pewny siebie i zawsze dostaje, to czego pragnie. 
Jak dalej potoczy się ich znajomość? I czy Sylwia w końcu mu ulegnie?

Chciałabym napisać, że jest w tej książce coś, co odróżnia ją od miliona innych. W końcu ileż myśmy mieli powieści opartych na tym samym, nieco już utartym schemacie? Bardzo wiele. Niestety, ale w "Zakładzie o miłość" Agnieszki Lingas-Łoniewskiej zdecydowanie zabrakło mi tego "czegoś".

Największym plusem twórczości tej autorki jest błyskawicznie posuwająca się do przodu akcja. Podobnie jest z "Zakładem o miłość". Czytelnik praktycznie od pierwszej strony zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, przez co lekturę tę czyta się naprawdę szybko, ale bez nieustannie towarzyszącego napięcia. Skończyłam tę książkę z zasady, a nie dlatego, że jakoś specjalnie mnie wciągnęła.

Komu polecam "Zakład o miłość"? Przede wszystkim zagorzałym fanom twórczości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, a także osobom, które pragną przeczytać coś lekkiego i niezobowiązującego.
„Nigdy nie wiemy, co się czai za rogiem, za zakrętem. To chyba sprawia, że życie jest takie wspaniałe i ekscytujące.”

sobota, 29 czerwca 2013

(76). Grażyna Hanaf - Joachim



Autor: Grażyna Hanaf
Tytuł: Joachim
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 287
Moja ocena: 7/10
Dla Joachima, siedemnastolatka z Wrocławia, zbliżające się wakacje to osobista tragedia. Spędzi je w małym miasteczku. Na początku roku szkolnego nastolatek dokonał bowiem coming out’u i poinformował szkołę, jak również całą dzielnicę, w której mieszka, że jest gejem. Rodzice, aby odetchnąć od zamieszania, wyjeżdżają do Hiszpanii, zostawiając syna u swojej przyjaciółki w Bolesławcu.

Nowa opiekunka Joachima i jej przyjaciele nie zamierzają dopuścić, by chłopak poinformował bolesławian o swoich preferencjach i stosują zabawny fortel, aby milczał. Joachim powoli poznaje miasto, które rozpoczyna wielkie przygotowania do parady Glinoludów, w której każda inność ma swoje wyjątkowe miejsce.

Chłopak spotka w Bolesławcu rozmaitych ludzi: kochających swoje miasto, żądnych władzy, ukrywających swoją inność jak on. Pozna też blachary-galerianki (niepełnoletnie nastolatki), które spotykają się z dorosłymi mężczyznami na dyskotekach i w ich autach. Będzie też musiał pomóc młodej, zgwałconej dziewczynie. I dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest on sam…

Joachim to siedemnastolatek, który na pozór nie wyróżnia się niczym od innych swoich rówieśników. Mieszka we Wrocławiu wraz z rodzicami i młodszą siostrą. Życie nastoletniego chłopaka diametralnie ulega zmianie, gdy dokonuje on coming out'u, wyjawiając, iż jest on gejem. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby poinformował on o tym fakcie swoich najbliższych. Joachim jednak poszedł o krok dalej, sprawił, że każda osoba w mieście słyszała o jego orientacji seksualnej, bowiem pewnego dnia pukał do każdych drzwi i odwiedzał każdy sklep...

Życie Joachima od tamtego momentu nie było już takie samo. Bliski przyjaciel się od niego odwrócił, a rodzice nie potrafili poradzić sobie z krnąbrnym i aroganckim nastolatkiem. Kiedy więc nadchodzą wakacje, jego rodzina wyjeżdża do Hiszpanii, a syna postanawiają zostawić w Bolesławcu, u pewnej samotnej matki imieniem Mira.

W nowym miejscu chłopak poznaje ekscentryczną mieszankę współlokatorów, odkrywając tym samym z pewnym zaskoczeniem, że wszyscy razem świetnie się uzupełniają. Teodor to czterdziestoletni kawaler, Diana to felietonistka, a Mira jest samotną matką. W trójkę wiedli w miarę normalne i spokojne życie, do czasu, gdy na poddasze wprowadził się Joachim. A na dodatek postawił sobie za cel poinformowanie każdej osoby w Bolesławcu o swojej orientacji seksualnej...
"Ten świat nie był widoczny dla heretyków. Jakby istniał w innej przestrzeni. Na marginesie ich życia."
Autorce "Joachima" nie można odmówić kreatywności i pomysłowości w tworzeniu bohaterów. Każdy z nich jest inny, nietypowy, czasem odnosi się wrażenie, iż zostali  wyrwani z rzeczywistości, a niekiedy wręcz przeciwnie - wydają się być przerysowani, a ich zachowania absurdalne. Sposób bycia Joachima wydawał się mi nieraz nienormalny. Jego potrzeba wyjścia z ukrycia, ujawnienia się była jak najbardziej normalna i na miejscu, jednak już fakt, iż pukał on do drzwi każdej osoby, mówiąc o tym, już nie. Joachim okazał się w dużej mierze postacią nieprzewidywalną, przez co czytelnik nie miał pojęcia, co może mu wpaść jeszcze do głowy.

W "Joachimie" bardzo spodobał mi się fakt, iż autorka w swojej książce nie bała się poruszyć tematów powszechnie uważanych za tabu. Lektura ta porusza wątki homoseksualizmu i gwałtu, a także kilka pobocznych. Sprawiło to, iż "Joachim" kipiał wręcz autentycznością, a czytanie tej pozycji okazało się przyjemnym i ciekawym doświadczeniem.

"Joachim" jednak nie jest powieścią pozbawioną wad. Autorka w swoją książkę wplotła bardzo dużo rozbudowanych przemyśleń, które bardzo często mnie nudziły. Zazwyczaj lubię poznać inny punkt widzenia i poczytać o refleksjach bohaterów, jednak jeśli są one w nadmiarze to bardzo dużo ujmują i zanudzają.

"Joachim" to książka ciekawa, w której autorka sięgnęła po ignorowane dotąd tematy. I właśnie to szalenie mi się spodobało. Polubiłam także Joachima i dwoistość jego charakteru: z jednej strony arogancki nastolatek, a z drugiej strony młody chłopak, który poszukuje odpowiedzi na proste, ale filozoficzne pytanie: "Kim jestem?". Polecam ją przede wszystkim fanom tego gatunku, bo obawiam się, że innych może niekiedy zanudzić.

niedziela, 9 czerwca 2013

(69). Tomasz Karandysz - Życie to iluzja



Autor: Tomasz Karandysz
Tytuł: Życie to iluzja
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 372
Moja ocena: 1/10
„Życie to iluzja” opowiada o człowieku, który poszukuje sensu własnego życia. Natchnienia, które pozwoli mu cieszyć się szczęściem i miłością. Wciąż jednak coś lub ktoś staje mu na drodze do osiągnięcia zamierzonego celu.

Powieść jest obrazem wewnętrznych przeżyć i alteracji rozdartego wewnętrznie bohatera. Autor kreśli psychologiczny portret człowieka zagubionego w świecie rzeczywistym , którego nie przyjmuje, uciekając w świat marzeń i snów. Żyje złudzeniem i mirażami dnia codziennego. W pewnym momencie dochodzi do tego, że całe jego życie wydaje się być tylko i wyłącznie ulotnym złudzeniem.

Główny bohater - tudzież anonim, którego imienia nawet nie poznaliśmy przez prawie 400-stronnicową książkę to mężczyzna, którym targają sprzeczne uczucia. Jest on członkiem gangu, jednak podczas kolejnej akcji, wszystko zmienia swój bieg wydarzeń. Na swojej drodze bowiem grupa ludzi spotyka, ku swojemu zdziwieniu - mężczyznę z nadprzyrodzonymi mocami, który okazuje się być magiem...

Po tej książce spodziewałam się wielu, dogłębnych i bardzo emocjonalnych opisów, które poruszą każdą strunę w moim sercu. Oczekiwałam interesujących i ciekawych przemyśleń na temat ludzkiej egzystencji i jestestwa. Nie dostałam nic z tego. W zamian autor uraczył swoich czytelników płytkimi, nudzącymi informacjami opisanymi w najbardziej możliwie pokrętny sposób.

Rozdziały były długie, zdecydowanie za długie! Powiedzenie "przeczytam tylko jeden rozdział" nabrało tutaj całkiem nowego znaczenia. I nie miałabym nic przeciwko temu, jeśli byłyby one ciekawe i wciągające, gdyby intrygowały i zostały napisane w zrozumiały sposób. Autor niestety stanowczo przesadził, przez co opisy w tej książce były po prostu absurdalne.

Momentem, w którym straciłam cierpliwość, a tym samym  iskierkę nadziei było zakochanie się głównego bohatera. Jego zachwyty nad tą kobietą przyprawiały mnie o mdłości. Jeszcze chwila i zacząłby pisać o niej poematy, a szczerze mówiąc, niewiele brakowało.

Rozumiem tendencję pisarzy do tworzenia bohaterów urodziwych, jednak w granicach dobrego smaku. Kobieta, w której zakochał się główny bohater, to ideał. Obszerne opisy tejże boskiej istoty obejmowały m.in takie epitety jak: "chodzące bóstwo", "kwiat najpiękniejszy" czy "niebiańska istota". W tych także momentach po prostu się śmiałam, bo nie mogłam się opanować. 

Tomasz Karandysz miał z pewnością dobre intencje. Szczerze wierzę, iż autor chciał stworzyć intrygującą opowieść o ludzkich zmaganiach, jednak jego dążenie do idealności i tworzenie wymuszonych, niebotycznie długich opisów, tak jak i sztucznych dialogów - zgubiło go, sprawiając tym samym, że książka ta okazała się raczej parodią.

"Życie to iluzja" to książka w interesującej oprawie graficznej, jednak niestety z wnętrzem, które pozostawia bardzo wiele do życzenia. Czytanie jej było dla mnie drogą przez mękę. Nie polecam, a wręcz odradzam! 
 

piątek, 17 maja 2013

(62). Karol Ketzer - Czereśnie prosto z drzewa



Autor: Karol Ketzer
Tytuł: Czereśnie prosto z drzewa
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 208
Moja ocena: 6/10

 
"Czereśnie prosto z drzewa" to zbiór 10 opowiadań łączących w sobie sensację, fantastykę i współczesną obyczajowość z warstwą ukrytą – powłoką subtelnych pytań, na które czytelnik będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. Wydaje się, że bez żadnej przesady można nazwać ten styl realizmem magicznym w wydaniu krwisto słowiańskim. Nie brakuje tutaj elementów klasycznych, znaków czasów, w których przyszło nam żyć, przeplatających się ze zdarzeniami oraz postaciami cudownymi.

Ciekawe konstrukcje składniowe, bogate słownictwo, nagromadzenie tropów, oryginalna pozycja, jaką zajmuje narrator oraz wiele odwołań do kultury zarówno wysokiej, jak i masowej czynią ze zbioru lekturę ciekawą, wciągającą, emocjonującą i niezapomnianą.


"Czereśnie prosto z drzewa" to zbiór dziesięciu pomysłowych opowiadań, podczas czytania których czytelnik może zostać pozytywnie zaskoczony lub zanudzony.

Niepierwszy i nieostatni raz napiszę, że nie jestem wielką zwolenniczką opowiadań. Uważam, że w pewnym sensie ograniczają autora, sprawiają, że niekiedy świetna historia nie jest rozwijana w wystarczający i satysfakcjonujący sposób, przez co czytelnik odczuwa niedosyt. 

Karol Ketzer w swojej książce porusza rozmaite tematy, począwszy od psychiki swoich bohaterów, a skończywszy na ich problemach. Są to ich obecne przeżycia i zmagania, z którymi muszą sobie poradzić. 

Autorowi nie brak kreatywności, jego pomysły nieraz okazały się dla mnie bardzo zaskakujące, wydaje mi się, że w pewnym sensie bazowały na zaskoczeniu czytelnika. Sprawiały, że osoba, która sięga po tę książkę spodziewa się kilku oklepanych tematów z problemami na planie głównym, jednak w dalszej części lektury okazały się jednak przemyślanym posunięciem.
"Każdy wie wszystko, chociaż jeszcze o tym nie wie."
W "Czereśniach prosto z drzewa" rzuca się w oczy wyszlifowany, a co za tym idzie i bardzo dobry warsztat pisarski autora. Nie brak mu charyzmy i ciekawych pomysłów, które zostają rozwinięte w interesujący sposób.  

Ja niestety w tych opowiadaniach nie potrafiłam odnaleźć swojego faworyta. Autor stosował zmienną narrację, raz z punktu widzenia kobiety, raz z mężczyzny, przez co czytelnik nie może się nijak utożsamić z bohaterem. Niektóre historie są lekkie, niektóre jednak bardzo trudne w odbiorze, a przede wszystkim w zrozumieniu.

"Czereśnie prosto z drzewa" są pełne odwołań do kultury masowej, co może się spodobać, ale także i odrzucać. Na początku uznałam to za plus, jednak im więcej ich było, tym bardziej miałam ich dość. Przecież, co za dużo, to niezdrowo! 
"Pistolet przystawiano mi do głowy kilkukrotnie. Kilkukrotnie przestawiałem go sam. Niestety spist nage robił się twardy, a palce słabe. Ciekawe, prawda? Nie boję się też bólu. Miałem szczęście poznać ludzi, którzy skutecznie leczą ten strach." 
Prozatorski debiut Karola Ketzera wzbudził we mnie mieszankę emocji. Niekiedy był to szok spowodowany oryginalnymi pomysłami autora. Niestety, ale chwilami książkę tę czytało się bardzo opornie, nie wspominając już o tym, że stawała się coraz bardziej chaotyczna i ciężka w odbiorze. Pozycję tę polecam przede wszystkim pasjonatom takiej literatury, jest to pozycja bez wątpienia nietuzinkowa, która mimo to średnio przypadła mi do gustu.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:
CZYTAM FANTASTYKĘ.


czwartek, 9 maja 2013

(58). Agnieszka Chęćka - Pustka Pandory



Autor: Agnieszka Chęćka
Tytuł: Pustka Pandory
Wydawnictwo:Novae res
Liczba stron: 270
Moja ocena: 5/10

Ekscentryczna studentka historii sztuki przeprowadza się do Gdańska, gdzie niespodziewanie otrzymuje kopertę z wiadomością wysłaną na jej nowy adres. Zapoznaje się z dokumentacją śledztwa biura detektywistycznego, dotyczącego makabrycznego morderstwa sprzed paru miesięcy. Czuje dziwną więź z tym wydarzeniem, ma wrażenie, że gdzieś to już widziała. Postanawia wyjaśnić dawno zamkniętą sprawę.

Amelia wspólnie ze świeżo poznanym detektywem zgłębia tajemnice środowiska lokalnych poetów, a z pożółkłych kartek starych książek czerpie wiedzę o starochińskiej mitologii i symbolice, niezbędną do odnalezienia sadystycznego przestępcy.

On sam zostawia znaki, prowokuje. Bawi się. Nieuchronnie zbliża. Amelia przyjmuje zaproszenie do gry…

Główną bohaterką "Pustki Pandory" jest studentka historii sztuki - Amelia Stanley. Dziewczyna dopiero co przeprowadziła się do Gdańska, ma zaledwie kilku znajomych i nie zanosi się na to, aby to skromne grono miało się powiększyć. Jej spokojne życie zmienia jednak bieg, gdy znajduje ona tajemniczą kopertę ze zdjęciami morderstwa pewnej kobiety. Sprawa ta została nierozwiązana, a morderca nadal pozostaje okryty cieniem. Amelia zaczyna współpracować z detektywem Karolem Sosnowskim, oboje chcą za wszelką cenę schwytać bezwzględnego psychopatę.

Amelia jest dociekliwą osobą i właśnie przez pryzmat tej cechy, polubiłam ją. Okazała się ona nieustępliwą kobietą, która ma skłonność do przesadnego analizowania ludzi oraz niezbyt łatwo przychodzi jej nawiązywanie relacji. Jest raczej zamknięta w sobie, odgradza się od innych niewidzialnym murem. Dlatego utożsamienie się z nią nie było dla mnie żadnym problemem, bowiem charakter głównej bohaterki jest bardzo podobny do mojego.
"Co zrobić, kiedy jedynym towarzyszem jest własne odbicie w lustrze, a samotność staje się wówczas niemal namacalna, bardziej intensywna, niż gdy jest się wśród ludzi? Jakie kroki należy podjąć, by wypełnić pustkę, skoro lata temu zalęgła się gdzieś wewnątrz, dokąd świadomość zwyczajnie nie dociera?"
Nie jestem wielką znawczynią thrillerów i powieści sensacyjnych. Nie mogę więc porównać "Pustki Pandory" do innych książek. Wiem jednak, iż utwory z takich gatunków powinny trzymać w napięciu, sprawiać, aby czytelnik nie mógł oderwać się od czytania, ciekawy każdej nadchodzącej strony. Tutaj zwyczajnie tego zabrakło. Autorka skupiła się na szczegółach związanych z morderstwem, nie jest to oczywiście mankamentem, jednak jako główny wątek spisał się słabo. Sądzę, iż można było poprowadzić akcję w ciekawszym kierunku, rozwijając więcej pobocznych historii, które się pojawiły. Przeszłość Amelii oraz Karola mogłaby zainteresować czytelnika, gdyby została bardziej rozbudowana.
"Nie była w stanie patrzeć na świat z myślą, że mimo wszystko każdy zmierza w dobrym kierunku i wszystko się ułoży. Dawno temu rozpadła się na tysiące kawałeczków, jednak zapomniała, gdzie je zostawiła. Była niekompletna."
"Pustka Pandory" okazała się lekturą, która zawiodła moje oczekiwania. Sam pomysł wydawał mi się mało intrygujący w połączeniu z dopracowaną i trafną okładką. Gdyby autorka rozwinęła bardziej wątki poboczne, zamiast jednego głównego, czyli schwytaniu mordercy, książka stałaby się ciekawsza i bardziej wciągająca. Akcja była bez polotu, zaczęła rozwijać się dopiero w połowie, a wtedy to już autorka nie dała czytelnikowi odetchnąć, bombardując co raz to nowszymi szczegółami. "Pustkę pandory" polecam osobom, które mają ochotę na mało wymagający thriller, jednak bardziej zatwardziałym fanom tego gatunku odradzam.

piątek, 19 kwietnia 2013

(52). Aleksandra Kromp - Na skrzydłach czasu



Autor: Aleksandra Kromp
Tytuł: Na skrzydłach czasu
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 268
Moja ocena: 7/10
12 sierpnia 2008 roku Maida i jej chłopak Aleks jedzą śniadanie. W odwiedziny przychodzi do nich kolega o imieniu Ragner. Maida zostawia mężczyzn samych, idąc na górę do płaczącej Sary – swojej córki. I wtedy słyszy strzał...

To Ragner strzelił do Aleksa, a teraz chce zabić ją. Niespodziewanie w pokoju, gdzie Maida szuka schronienia, pojawia się młody nieznajomy i ratuje ją z opresji. Dla Aleksa jest już jednak za późno na pomoc – nie żyje.

Tajemniczy wybawca, który okazuje się być opiekuńczym aniołem Maidy, przekonuje ją, że mężczyznę można uratować. Trzeba tylko cofnąć się w czasie i zmienić kilka decyzji.

Tak więc Maida ma znowu siedemnaście lat i dopiero zaczyna swój związek z Aleksem... Szybko przekonuje się, że niemal wszystko w jej życiu jest kłamstwem…

Maida to dwudziestojednoletnia kobieta, które wiedzie zwyczajne życie ze swoim chłopakiem Aleksem i pięciomiesięczną córką Sarą. Ich spokojna rutyna zostaje jednak przerwana, gdy w odwiedziny do rodziny przychodzi kolega Aleksa - Ragner, Maida zostawia mężczyzn samych, kiedy nagle słyszy okropny rumor dochodzący z dołu... W jej głowie pojawia się jedna myśl "ratować Sarę"... Od tamtej chwili wszystko diametralnie się zmienia.
"Lekkie niczym muśnięcie skrzydeł dotknięcie jego skóry podziałało na nią niczym porażenie prądem."
Kiedy Maidzie wydawało się, że wszystko jest już stracone, w jej domu pojawia się tajemniczy przybysz imieniem Mandir, który okazuje się być aniołem i oznajmia kobiecie, iż można cofnąć czas i zmienić bieg wydarzeń. Tak więc akcja cofa się o cztery lata, główna bohaterka jest w liceum i dopiero rozpoczyna związek z Aleksem.
"Zaczęła kręcić się w kółko. Srebrzysta sukienka wirowała niczym kwiat o rozłożystych płatkach wokół jej nóg."
Motyw anioła w literaturze jest wykorzystywany coraz częściej. Początkowo pomysł z cofnięciem się w czasie wydaje się oklepany, jednak później okazuje się świetnym i zaplanowanym posunięciem autorki. Główna bohaterka ma możliwość zmiany swojej przyszłości i w pewnym sensie tak się dzieje, nie może jednak zmienić pewnych rzeczy zbyt drastycznie, bowiem wytyczne wciąż pozostają. Musi ona urodzić córkę Aleksa - Sarę. Do tego często widuje Ragnera, wiedząc, co zrobił jej chłopakowi. Co zrobi Maida i jak zmieni bieg wydarzeń? Czy uda jej sie uratować Aleksa?
"Maida przymknęła oczy, gdy Mandir dotknął jej ramienia. Po raz drugi w życiu poczuła ten bezwzględny spokój..."
"Na skrzydłach czasu" w założeniu miało być thrillerem, z którym niestety niewiele ma wspólnego. Książka ta nie spowodowała u mnie żadnych większych emocji, nie wywołała dreszczyku emocji ani napięcia. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że fabuła jest ciekawa i wciągnęła mnie od pierwszych stron. Będąc w połowie lektury byłam niemal pewna zakończenia, które jednak okazało się zaskakujące i całkowicie niespodziewane. Lekturę tę czyta się błyskawicznie, jest to przyjemna pozycja z kilkoma mrocznymi wątkami w tle. Serdecznie polecam!

czwartek, 11 kwietnia 2013

(48). Konrad Gonera - Przestrzeń samotności



 
Autor: Konrad Gonera
Tytuł: Przestrzeń samotności
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 264
Moja ocena: 8/10

Szczęście nie istnieje, gdy się nim nie dzielimy, niekiedy jednak nie mamy z kim go współdzielić.

Harry Ambrose, student literatury, za sprawą swojego przyjaciela Evana zostaje siłą wyrwany z marazmu, w którym tkwi od wielu lat. Zyskując nowych przyjaciół odnajduje na nowo siebie, a także poznaje tajemniczą dziewczynę o imieniu Esme, która staje się obiektem jego pożądania. Na Harry’ego spada niespodziewanie obowiązek opiekowania się małą dziewczynką o imieniu Pati, która dla niego samego staje się najważniejszą osobą w jego dotychczasowym życiu. Wszystko układa się idealnie do czasu, gdy bohaterowie, stojąc u progu realizacji swoich życiowych marzeń, powoli opuszczają dotychczasowe środowisko, pozostawiając niewygodną pustkę…

„Przestrzeń samotności” to powieść o przemijaniu i emocjach, które towarzyszą człowiekowi w odosobnieniu.

Osoby samotne, niestety, ale są postrzegane jako outsiderzy, żyją odizolowani od społeczeństwa, co często ma podłoże psychologiczne i nie jest ich winą. Są oni ofiarami błędnej interpretacji rówieśników, bowiem nawet będąc otoczonym przez rodzinę i przyjaciół można czuć się samotnym.
"(...) Uświadomiłem sobie, jak bardzo musi cierpieć, gdy niemal każdego dnia zderza się ze światem i wiszącym w powietrzu brakiem akceptacji, która jest powodem wartościowania i segregowania ludzi wedle absolutnie idiotycznych i nieprawdziwych przesłanek."
Główny bohater to Harry Ambrose, student literatury, który przez pracę swoich rodziców większość czasu spędza samotnie w domu. Żył on w swego rodzaju odosobnieniu, zmieniło się to jednak wtedy, gdy jego przyjaciel Evan zabrał go do Centrum Inicjatyw Młodzieżowych, z którym był on związany od lat. Chłopak poznaje tam grupę osób, z którymi połączyła go nić zrozumienia, stopniowo przeradzająca się w przyjaźń i wzajemne zaufanie. Dzięki nim został wyciągnięty z bańki, w której istniał przez większość swojej egzystencji. Został odciągnięty od codziennej monotonii.
"Dopóki zachowujemy subiektywność, sytuacja taka jest wręcz magiczna, ale nawet jeśli w końcu przejdzie przez filtr racjonalnego myślenia, nieco tracąc swój blask, to i tak dostrzegamy w tym często element wręcz mistyczny. Pozostając fałszywy, w naszym odczuciu wciąż będzie wzbudzał emocje napędzające do tego, aby dalej żyć i istnieć w zgodzie ze swoimi odczuciami, a nie obiektywnymi, wyblakłymi prawdami."
"Przestrzeń samotności" to opowieść nieprzeciętna, która wzrusza, a także ciekawi. Jest to książka bogata w refleksje nad rozmaitymi tematami, o samotności oraz egzysencji człowieka.
"Przestrzeń samotności, tkanka mojego istnienia, milcząca ostoja mojego szaleństwa."
Czytając "Przestrzeń samotności" nie da się odczuć, iż jest to debiut. Konrad Gonera wykreował wszystkie postaci z precyzją, każdemu przypisując ciekawy życiorys i zainteresowania. Połączył ze sobą grupę osób: Harry'ego, Evan'a, Julię, Nate'a i Esme oraz najmłodszą Pati, tworząc mieszankę przyjaciół, dzięki czemu każdy czytelnik może utożsamić się z bohaterem, który jest mu najbliższy. Przede wszystkim autor nie bał się poruszyć wątku depresji, która wciąż jest tematem tabu, pomimo tego że dotyka ona coraz większą część społeczeństwa. "Przestrzeń samotności" to debiut Konrada Gonery, a jeśli tak mają właśnie wyglądać debiuty, to jestem spokojna o polską literaturę. Serdecznie polecam!

środa, 3 kwietnia 2013

(43). Marta Dąbkowska - Sevile. Magia i Miłość



Autor: Marta Dąbkowska
Tytuł: Sevile. Magia i miłość
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 176
Moja ocena: 6/10

„SEVILE. Magia miłość” to paranormalny romans dla tych, którzy mają dość bezbronnych księżniczek ratowanych przez dzielnych rycerzy. Czas odwrócić historię i poznać nietypową kobietę, dbającą o życie nieporadnego mężczyzny.

Selena jest sevilem. Istotą z innego wymiaru wtrącającą się w życie ludzi. Zostaje jej powierzona odpowiedzialna misja – zniszczenie naukowca, który jest coraz bliżej prawdy i odkrycia tajemnicy sevili. Ciężko jest jednak zrealizować plan, gdy dostaje się ciało człowieka, którym nie umie się posługiwać. Dziewczyna, prócz nowych doznań i emocji, będzie musiała zmierzyć się z silnym uczuciem do swojego celu. Wie, że go kocha. Wie, że musi go zabić. Czy będzie umiała połączyć te dwie opcje?


Od początku zaintrygował mnie romans paranormalny o tytule "Sevile. Magia i miłość" autorstwa Marty Dąbkowskiej. Piękna okładka i intrygujący opis - czego chcieć więcej?
"Przeszłam przez długi oświetlony korytarz prowadzący do sali tronowej. Dookoła latały jakieś małe stworki i zewsząd dobiegał ich cichutki śpiew."
Główną bohaterką jest sevilka, zuchwała Selena. Istoty te mają za zadanie wtrącać się w życie śmiertelników. Selena otrzymuje od swojego władcy, Vincenta wymagające zadanie - ma powstrzymać rozwój badań naukowych dwudziestoośmioletniego Daniela Torresa, nieważne jest w jaki sposób to zrobi. Już wtedy wiedziała, że przysporzy jej ono wiele problemów, nie miała jednak pojęcia jak wiele... Selenę i Daniela niespodziewanie połączyło uczucie, komplikując tym samym zadanie sevilki, a Vincent nie należy do pobłażliwych władców...
"Sevile zamieszkują przestrzeń, której jeszcze nikomu nie udało się zobaczyć ani zbadać. To sfera między Niebem a Piekłem, tuż nad Ziemią. Z tej perspektywy możemy spokojnie obserwować poczynania ludzi. No i cóż poradzić, że czasem lubimy wtrącać się w człowiecze życie."
Księgarnie obecnie roją się od książek z gatunku paranormal romance, który zdecydowanie czyta mi się najprzyjemniej. Co zatem odróżnia tę książkę? Z pewnością jest to nieprzeciętny pomysł, sevilów w końcu do tej pory jeszcze nie było. Minusem tej lektury jest szybki, a niemalże błyskawiczny postęp akcji, nie pozwoliło to czytelnikowi na "wdrożenie" się w opowieść. "Sevile. Magia i miłość" uważam za udany debiut. Jest to przyjemna, lekka i niezobowiązująca książka na jeden wieczór.


Wyzwania, w których recenzja bierze udział:
CZYTAM FANTASTYKĘ, PARANORMAL ROMANCE.

sobota, 30 marca 2013

(42). Michał Puczyński - Odmiana przez przypadki



Autor: Michal Puczyński
Tytuł: Odmiana przez przypadki
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 138
Moja ocena: 6/10

Odmiana przez przypadki to zbiór 6 fantastycznych opowiadań!

Mateusz żywych trupów
Zmarli wracają do życia, upominają się o swoje prawa i stają się najbardziej
uprzywilejowaną grupą obywateli. Jak długo ludzie będą znosić ulgowe
traktowanie żywych trupów?

Odmiana przez przypadki
Zaczęło się od niezdarnego podrywu, a skończyło na trudnym wyborze:
czy warto zmieniać własną młodość, ryzykując utratę wszystkiego, co
osiągnęło się w dorosłym życiu?

Weekend z wżurkami
Świat oszalał na punkcie wżurek – kosmicznych robaczków, działających
na ludzi jak narkotyk. Jak zdobyć dziewczynę, która przez uzależnienie
całkowicie straciła zainteresowanie mężczyznami?

Baśka
Baśka to tajemnicza kobieta. Podobno jest w Mensie. Podobno jest czymś
w rodzaju szpiega. Podobno jest niedostępna. Maurycy przekona się,
że pewnych tajemnic nie powinno się zgłębiać.

Skrobacz

Dwaj wrogowie z dzieciństwa muszą odsunąć na bok stare urazy, jeśli
chcą się dowiedzieć, jaka tajemnicza istota dręczy jednego z nich.

Galaktyczne mrówki
Reporter, któremu grozi zwolnienie z uwagi na absolutny brak sukcesów,
zwraca się o pomoc do siły wyższej. Czy druga szansa jest odpowiedzią
na modły, podstępem, czy zbiegiem okoliczności?


Przyznaję, że nie przepadam za opowiadaniami, czytam je niezwykle rzadko. Wolałabym mieć jedną całą książkę niż kilka pomniejszych historii. Mimo to "Odmiana przez przypadki" zaciekawiła mnie, a to za sprawą dopracowanej okładki stylizowanej na komiks, która przykuła mój wzrok, a później poszło już z górki.
"Podbiegli do okna; Czarny zgasił światło. Wpatrywali się w horyzont rozjarzony światłami blokowisk i jednorodzinnych domów, nad którymi widniała blada łuna."
"Odmiana przez przypadki" to zbiór sześciu krótkich opowiadań napisanych prostym, nieskomplikowanym językiem. Książkę tę, pomimo moich początkowych obiekcji czytało mi się bardzo miło, ale niestety jej objętość pozostawia dużo do życzenia. Jest to przyjemny utwór na jeden wieczór. Autorowi nie brak było pomysłowości, nieraz zaskoczył mnie w tych krótkich historiach. Osobiście najbardziej spodobało mi się opowiadanie, z którego zaczerpnięto tytuł, czyli "Odmiana przez przypadki". Jeśli oczekujecie lekkiej, niezobowiązującej lektury jest to książka idealna dla was.

Nie umiem składać ładnych, kwiecistych życzeń, więc życzę Wam po prostu wesołych świąt spędzonych w rodzinnym gronie. :)

wtorek, 19 marca 2013

(37). Florentyna Grądkowska - Źle wydrukowane życie


 
Autor: Florentyna Grądkowska
Tytuł: Źle wydrukowane życie
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 254
Moja ocena: 7/10

Źle wydrukowane życie przedstawia historię przyjaźni, która przerodziła się w wielką, lecz nie do końca szczęśliwą miłość.

Powiesz, że „miłość” może być szczęśliwa lub nieszczęśliwa, że nie ma nic pomiędzy, ale w tym przypadku było inaczej. Lili i Maks byli sobie przeznaczeni, ale w ostatniej chwili los zmienił zdanie i postanowił ich rozdzielić.

Leżałam na dywanie, zupełnie tak jak Karolina kilka dni temu. Nie miałam siły się ruszyć, płakałam tak długo aż zabrakło mi łez. Udało mi się usiąść, rozejrzałam się po pokoju. Na nocnej szafce stał Tymbark, którego wcześniej tam nie było. Musiałam go nie zauważyć. Usiadłam na łóżku i chwyciłam butelkę do ręki. Pociągnęłam zawleczkę i już chciałam się napić, ale coś przykuło moją uwagę. Mała kartka złożona na pół. Odstawiłam napój i chwyciłam papier, rozłożyłam go i od razu poznałam niestaranne pismo Maksa.


Z wstydem stwierdzam, że rzadko sięgam po polską literaturę. Nie będę tutaj kłamać, że nie mam możliwości, bo one zawsze się znajdują, jeśli człowiek wystarczająco mocno się stara. Po prostu zdarzyło mi się parę razy sparzyć i później wolałam sięgać po coś sprawdzonego. W końcu się przełamałam i napiszę co nieco o "Źle wydrukowanym życiu" autorstwa Florentyny Grądkowskiej.
 "Położyłam dłoń na jego sercu i wtuliłam się w niego, czując niesamowite ciepło i szczęście. Czułam, jak rytm jego serca gwałtownie przyśpiesza. Wydawało mi się, że bije tylko dla mnie, bo przecież tylko ja w tej chwili mogłam je słyszeć."
Główną bohaterką książki jest tegoroczna maturzystka Lilianna Smałko, która wiedzie zwyczajne życie, nieróżniące się niczym od życia innych nastolatków. Wszystko się jednak zmienia, gdy w szkole pojawia się nowy uczeń Maciej Nowicki, a dziewczyna dopiero później odkrywa, kim on jest. Chłopak zaczyna darzyć Lilkę coraz większą sympatią. Nie wszystko jednak jest takie kolorowe, bowiem między nastolatką a jej najlepszym przyjacielem Maksem Bednarkiem coś zaczyna się psuć, a ona nie ma pojęcia dlaczego...
"Przez chwilę wpatrywałam się w morze. Z klifu wygląda zupełnie inaczej niż z plaży. Niby na wyciągnięcie ręki, niby tak blisko, a wystarczy krok, jeden mały krok i nie ma ani morza, ani ciebie."
Choć wątek zakochania się w sobie najlepszych przyjaciół może wydawać się oklepany, przedstawiony w ciekawy sposób wcale nie musi taki być. I tutaj mam dylemat, bo historia Lilianny, Maksa i Maćka ma potencjał, ale przecież ileż myśmy już mieli tych pomysłów z niewykorzystanym potencjałem? Stanowczo za dużo! Brakowało mi tutaj sensu w zachowaniu niektórych bohaterów, co w większości na końcu zostanie wyjaśnione. Główna bohaterka, Lilianna jest strasznie naiwnie wykreowaną postacią. Brakuje jej polotu, dynamiki, zachowanie tej dziewczyny w niektórych momentach wręcz mnie rozśmieszało, a jej płacz można było obserwować w każdym rozdziale. Litości, ile można! Książka ma małą objętość, czytało mi się ją bardzo szybko i przyjemnie, pomimo tego, że nie mogłam znieść Lilki. Kiedy sądziłam, że już wiem jaką ocenę jej wystawię, nagle coś się zmieniło! Muszę przyznać, że autorka wspaniale to sobie obmyśliła, bo koniec był jak zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, kompletnie nie tego się spodziewałam. Po skończeniu tej lektury siedziałam z literą "o" na ustach zastanawiając się: "że co?!" Jest to niezobowiązująca lektura idealna na jeden wieczór, a zakończenie sprawia, że wręcz musimy sięgnąć po drugą część!