my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2020

Kristen Ashley - "Córka gliniarza"

Autor: Kristen Ashley
Tytuł: Córka gliniarza
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 512
Gatunek: literatura obyczajowa, romans

Indy Savage jest córką policjanta i prowadzi małą, ale urokliwą księgarnię. Jest zadowolona ze swojego życia, ponieważ może liczyć na wsparcie swojego ojca, a oprócz tego ma oddanych przyjaciół, wśród których jest Ally Nightingale. Dziewczyny znają się od dziecka, ponieważ ich matki i ojcowie razem się ze sobą przyjaźnili. Pozorny spokój Indy jest jednak zaburzony prze Liama "Lee" Nightingale'a, brata jej najlepszej przyjaciółki. Indy od najmłodszych lat była w nim zakochana i wraz z upływem czasu to się nie zmieniło. Pewnego dnia ścieżki Indy i Lee krzyżują się, gdy mężczyzna zaczyna jej pomagać w rozwiązaniu pewnej dziwnej sprawy. Pracownik Indy zostaje uwikłany w przestępstwo, natomiast Lee chcąc ją chronić postanawia jej pomóc.

"Córka gliniarza" to książka z bardzo lubianego przeze mnie gatunku young adult. Jest to lekka i wciągająca książka napisana z dużą dozą humoru. "Córka gliniarza" to jedna z tych książek, które czyta się w ekspresowym tempie. Akcja jest bardzo dynamiczna i czytelnik nie ma ani chwili na oddech. Pomimo dużej objętości (ponad pięćset stron), powieść czyta się bardzo szybko, wręcz czytelnik mimowolnie sunie się po kartkach zapisanych słowami. Kristen Ashley ma lekki i bardzo przystępny warsztat pisarski, co w połączeniu z dynamiczną akcją oraz interesującą fabułą daje świetne połączenie.

Pomimo tego, że sama historia i pomysł mi się spodobały, to najbardziej irytujące były dla mnie zachowania zarówno Indy, jak i Lee. To niestety przeważyło nad moją końcową opinią o tej powieści. Naprawdę dawno nie spotkałam tak niesamowicie irytującej pary bohaterów. Są to osoby w okolicach trzydziestu lat, a ich zachowania były często irracjonalne, dziecinne i po prostu głupie. Indy jest chyba jedną z najbardziej irytujących protagonistek, o których miałam kiedykolwiek okazję czytać. Tej bohaterki dosłownie nie da się lubić. Jest bardzo infantylna i nijaka, bezbarwna, całkowicie bez żadnego polotu.


"Córka gliniarza" pomimo bardzo irytującej głównej bohaterki to wciągająca i lekka książka do przeczytania w dwa wieczory. Polecam ją szczególnie osobom, które poszukują relaksującej i wciągającej historii.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Christel Petitcollin - „Jak lepiej myśleć”

Znalezione obrazy dla zapytania jak lepiej myslec
Autor: Christel Petitcollin
Tytuł: Jak lepiej myśleć
Wydawnictwo: Feeria
Liczba stron: 221
Gatunek: poradnik

W moje ręce ostatnio trafiła książka, a raczej pewnego rodzaju poradnik o tytule: „Jak lepiej myśleć”. Jest to kontynuacja pierwszej części „Jak mniej myśleć”. Pierwszej części nie miałam okazjo czytać, ale bez problemu odnalazłam się w aspektach opisywanych przez autorkę.

Jak lepiej myśleć” jest rozwinięciem myśli, które zostały przedstawione w pierwszej części (której nie czytałam). Autorka przedstawia tutaj listy wraz z prośbami, które otrzymała od swoich czytelników. 

„Jak lepiej myśleć” to poradnik, który porusza wiele aspektów z życia osob wysoko wrażliwych i analizujących bez końca. Gdy tylko zobaczyłam ten tytuł, wiedziałam, że jest to coś dla mnie. Ja jestem taką osobą opisywaną przez Christel Petitcollin. Analizuję bez końca, moją głowę ciągle zaprząta milion myśli. I nawet jak nie mam żadnych powodów do zmartwień, to zawsze sobie takie znajdę. Jest to straszne i bardzo uporczywe w życiu codziennym, dlatego staram się z tym walczyć. „Jak lepiej myśleć” uzmysłowiło mi wiele ważnych rzeczy i pozwoliło mi się „dostać” do sedna moich problemów i zdać sobie sprawę skąd się one biorą w pierwszej kolejności. Autorka porusza wiele interesujących aspektów, takich jak niska samoocena, alienacja społeczna czy generalnie temat „ego” i jak jest ono ważne w codziennym życiu.

Jak lepiej myśleć” to ciekawy poradnik, który pozwala czytelnikowi na poszukiwania sedna własnych problemów. Nie jest on oczywiście żadnym rozwiązaniem, w końcu największą pracę ostatecznie i tak musimy wykonać my sami. Żałuję jedynie, że wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest pierwsza część „Jak mniej myśleć” i nie sięgnęłam po nią wcześniej.

piątek, 26 lipca 2019

K.N. Haner - "Ring girl"

Autor: K.N. Haner
Tytuł: "Ring girl"
Wydawnictwo:  Kobiece
Liczba stron: 282
Gatunek: literatura obyczajowa, romans
Premiera: 3 lipca 2019

Eden Turner to dwudziestodwuletnia dziewczyna, córka niegdyś sławnego boksera. Eden studiuje zarządzanie w Nowym Jorku i wydawałoby się pozornie, że jej życie jest idealne. Jednak to tylko pozory, bowiem dziewczyna ma bardzo złe relacje ze swoim ojcem, na którego jest utrzymaniu. Ojciec dziewczyny jest agresywny, brutalny i bardzo zaborczy. Ciężko go zadowolić. Wszystkie te animozje wynikają z tego, że mężczyzna w przeszłości miał aferę związaną z dopingiem, która poniekąd zrujnowała jego karierę. Eden, choć zna świat boksu od poszewki, próbuje go unikać, jednak bezskutecznie.

Logan "Dante" Johnson to pretendent do tytułu mistrza świata w boksie. Życie tego mężczyzny jest pełne wyrzeczeń i jest podporządkowane w całości dyscyplinie, którą uprawia. Eden przypadkiem poznaje Logana, którego pamięta z przeszłości. I całkowicie niespodziewanie ścieżki tych obojga ponownie krzyżują się i okazuje się, że pomiędzy nimi bardzo szybko pojawia się nić porozumienia. Istnieje jednak pewna tajemnica, która może ich rozdzielić...

"Ring girl" to najnowsza wydana książka poczytnej pisarki K.N. Haner, reklamowana zresztą jako hit. To także moje pierwsze spotkanie z twórczością tej pisarki. Przyznaję, że byłam bardzo ciekawa jej książek, ponieważ nieustannie napotykałam się na pozytywne recenzje. Warto także podkreślić, że K.N. Haner to jedynie pseudonim, pod którym kryje się polska pisarka urodzona w Ciechanowie. Gdy tylko dowiedziałam się tego moja ciekawość jeszcze bardziej się rozbudziła. A tym samym i moje oczekiwania wzrosły. Jednak moim zdaniem K.N. Haner daleko do zagranicznych pisarek, specjalistek od romansów, niestety... 

Moim zdaniem, niestety, "Ring girl" jest mocno przeciętną książką. Nie zrozumcie mnie źle, czytanie tej książki sprawiło mi przyjemność. Bardzo szybko ją przeczytałam, ze względu na jej małą objętość, ale także wciągającą fabułę i wartką akcję. Jednak tak naprawdę jeden główny mankament przeszkodził mi w lekturze, a jest to główna bohaterka, Eden. Dawno już nie spotkałam się z tak bezbarwną i irytującą postacią, jaką jest Eden. Eden jest płytka, rozkapryszona, nudna. Ponoć ma dwadzieścia dwa lata, a zachowuje się jak dojrzewająca nastolatka. Właśnie przez jej absurdalne zachowania nie mogłam do końca cieszyć się lekturą... A szkoda, bo moim zdaniem zamysł był ciekawy, jednak potencjał trochę zmarnowany.

Pomimo oczywistych wad, rozumiem, dlaczego powieści tej pisarki odnoszą taki sukces. K.N. Haner pisze w lekki, prosty sposób, a fabuła jej książek nie jest skomplikowana, za to ciekawa i idealna do romansów. To dlatego jej książki cieszą się tak dużym zainteresowaniem w Polsce, ponieważ dzięki nim można się zrelaksować i odpocząć po ciężkim dniu. "Ring girl" nie było książką dla mnie, ale jestem pewna, że dla większości czytelników na pewno się spodoba. Pomimo oczywistych wad, dzięki wartkiej akcji i interesującej fabule skończyłam czytać ją w rekordowym tempie.
Moja ocena: 5/10

Za książkę serdecznie dziękuję księgarni Tania Książka! Powieść tą możecie znaleźć w kategorii książki dla kobiet

Tania książka - Tanie Książki i podręczniki

wtorek, 18 czerwca 2019

Victoria Schwab - "Vicious. Nikczemni"

Autor: V.E. Schwab
Tytuł: Vicious. Nikczemni
Wydawnictwo: We Need Ya
Liczba stron: 450
Gatunek: fantastyka, literatura młodzieżowa

Victor i Eli poznali się jeszcze będąc razem na studiach. Od początku zaprzyjaźnili się, dostrzegając w sobie wzajemnie łączące ich wspólne cechy: inteligencję i ambicję. Ostatnio szczególnie zaangażowali się oni w badania o osobach, które posiadają nadprzyrodzone zdolności - w skrócie PP, czyli PonadPrzeciętni. Eli ma pewną teorię, że w sprzyjających warunkach można nabyć takie zdolności i postanawia sprawdzić to w rzeczywistości. Za nim w tyle nie chce zostać równie ambitny i głodny wiedzy Victor. Tak zaczyna się niebezpieczna gra z życiem i śmiercią. Eksperyment naukowy przeradza się w coś bardzo niebezpiecznego. A ambicja i pragnienia mogą przerosnąć nawet ich oboje.
Mija dziesięć lat, a Victor jest głodny zemsty. Bohater ucieka z więzienia i za wszelką cenę chce się zemścić na dawnym przyjacielu. Tak zaczyna się walka pomiędzy osobami, które był sobie kiedyś bliskie, a obecnie są dla siebie wrogami. Kto wygra tą rozgrywkę?

"Vicious. Nikczemni" to książka, o której ostatnio było bardzo głośno. Przeglądając social media i blogi książkowe po prostu nie sposób było nie trafić na pochlebne recenzje tej powieści. Ta książka reklamowana jako mroczna powieść o ambicjach i nadprzyrodzonych mocach. Przyznaję, że sam pomysł i zamysł autorki jest naprawdę ciekawy. Element, który najbardziej mi się spodobał to zatarcie granicy dobra ze złem. W tej historii nic nie jest czarne albo białe, a V.E. Schwab skupia się bardziej na moralnych decyzjach bohaterów, na ich pragnieniach, zemście i osobistych rozterkach. Pisarka pozwala czytelnikowi samemu zadecydować co jest dobre, a co złe w oparciu na subiektywną opinię czytelnika.

Nietypowy w tej książce jest sposób prowadzenia narracji V.E. Schwab przedstawiła dwie osie czasowe: przeszłość i przyszłość. Jest to ciekawy zabieg, ale uważam, że autorka trochę przesadziła z jego stosowaniem, powodując chaos w akcji. Ponadto przedstawione są losy zarówno Victora jak i Eli'ego. Jest to duża zaleta, a ponieważ pozwala czytelnikowi poznać losy obojga bohaterów. Pozwala to na lepsze zrozumienie ich psychiki oraz zachowań, a także na podjęcie decyzji kto jest tym złym, a kto jest tym dobrym. Czytelnik może podjąć swój własny osąd i zadecydować, który punkt widzenia uważa za słuszny i odpowiedni. 

Po zaletach czas na wady, bowiem niestety, znalazłam ich kilka. Przyznaję, że po tak wielu pozytywnych recenzjach oczekiwałam czegoś więcej po "Vicious. Nikczemni". Trochę się rozczarowałam, ale może sama jestem sobie winna. Czytelnicy nadmuchali tą bańkę, ale ona w końcu musiała pęknąć. Szczerze mówiąc, to czego mi najbardziej zabrakło to tego mroku i wątku PonadPrzeciętnych, czyli dwóch aspektów, które były często wykorzystywane w reklamie tej książki. Mroku moim zdaniem było niewiele, natomiast jeżeli chodzi o drugą sprawę, to sytuacja przedstawia się analogicznie. Bardzo nastawiłam się na rozwinięcie wątku PonadPrzeciętnych, większego rozwinięcia tej ciekawej teorii, tymczasem autorka skupiła się jedynie na dwóch głównych bohaterach. V.E. Schwab mocno rozwinęła osobiste rozterki Eli'ego i Victora, zaniedbując tym samym inne, moim zdaniem ciekawsze wątki. Kolejnym minusem jest sposób narracji, czyli połączenie teraźniejszości z przeszłością. Jest to ciekawy zabieg, ale stosowany z umiarem. W tej książce co chwila zmienia się oś czasowa, chwilami można się naprawdę pogubić. Podczas większej części lektury nie mogłam się odnaleźć w tym chaosie. V.E. Schwab mogła zachować trochę umiaru i niepotrzebnie tak "przeskakiwać".

"Vicious. Nikczemni" to dobrze napisana książka traktująca o czymś nowym i oryginalnym. To miły powiew świeżości na dzisiejszym rynku wydawniczym. Jednak czegoś mi w tej książce zabrakło. Zbytnie pomieszanie teraźniejszości z przeszłością, za dużo skupienia się na ambicji bohaterów i trochę niezrozumienie rozterek nimi kierujących. Ja tego nie kupiłam i nie przemawiają do mnie powody zarówno Victora, jak i Eli'ego. Wiem jednak, że wielu osobom ta powieść się podoba, więc sięgnijcie, przeczytajcie i sprawdźcie na własnej skórze, czy warto.
Moja ocena: 5/10



Za książkę serdecznie dziękuję księgarni Gandalf!
Gandalf.com.pl


piątek, 28 sierpnia 2015

Jamie McGuire - Piękna katastrofa

Autor: Jamie McGuire Tytuł: Piękna katastrofa Wydawnictwo: Albatros Liczba stron: 462

Abby Abernathy rozpoczyna studia w nowym miejscu. Są one dla niej pewnego rodzaju przepustką do rozpoczęcia świeżego startu, bez pamiętania o swojej bolesnej i niezbyt udanej przeszłości. Wszystko przebiega nie po jej myśli, gdy w życiu poukładanej bohaterki pojawia się Travis. Ten chłopak uosabia wszystko, czego dziewczyna chce unikać. Travis walczy w nielegalnych walkach w podziemnym klubie i generalnie jest typowym playboyem. Ścieżki tych dwóch krzyżują się, gdy Abby przegrywa pewien zakład...

Nie ukrywam, że wobec "Pięknej katastrofy" miałam naprawdę duże oczekiwania. To za sprawą tego, że nieraz na zagranicznych forach tytuł "Beautiful disaster" obił mi się o uszy (przy okazji chwała wydawnictwu, że zdecydowali się dosłownie przełożyć tytuł na język polski, to strzał w dziesiątkę!). Zwrot zachęcający do lektury z tyłu okładki: "Intensywna. Niebezpieczna. Wciągająca. Absolutnie uzależniająca. Powieść, na punkcie której oszalały młode Amerykanki." tylko wzmógł moją chęć do jak najszybszego zapoznania się z tym dziełem. Może to dlatego moje rozczarowanie było jeszcze dotkliwsze. Jamie McGuire bowiem ściągnęła mnie na ziemię i och, cóż to był za upadek! Bardzo bolesny. Autorka sprowadziła mnie na rzeczywistość, prawie tak jakby twierdziła: moja książka jest fajna, ale tylko fajna. Na pewno nie taka, jak zakładaliście. Nie zrozumcie mnie źle, "Piękna katastrofa" to powieść, którą czyta się niezwykle szybko i przyjemnie, no właśnie, a więc dlaczego nie daję jej wyższej oceny? Już śpieszę tłumaczyć.

Zazwyczaj gustuję w książkach, które czyta się szybko i lekko, które pozwalają oderwać mi się od rzeczywistości i nieuchronnych problemów oraz monotonii dnia codziennego. Lubię, kiedy dane dzieło naprawdę absorbuje CAŁĄ moją uwagę, które pozwala mi się zanurzyć w czymś cudownie niezobowiązującym. Nie wstydzę się tego, że wolę sięgać po literaturę typu young adult czy new adult. Na ambitną literaturę czas jest w szkole i na studiach, a poza obowiązkami trzeba znaleźć czas na przyjemność. "Piękna katastrofa" choć wpasowuje się w mój typ książek do czytania, to czegoś w niej jej zabrakło. Choć, gdy przystępowałam do lektury, wciągała mnie, to jednak wciąż niewystarczająco. Nie skradła mojej uwagi całkowicie, nie wywołała wielkich, a nawet praktycznie żadnych emocji. Nie czepiałabym się tego, gdyby nie to, że miała to być powieść m.in "uzależniająca i intensywna". Równie szybko co się ją przeczyta, to niestety i się o niej zapomni. A intensywne dzieło w całej swojej wymowie powinno na długo zapaść w pamięć... Ale to tylko moja, czysto subiektywna opinia.

"Piękna katastrofa", jak już pewnie się zorientowaliście, nie do końca spełniła moje oczekiwania. Może dlatego, że mam już za sobą lekturę wielu takich książek i trudniej mnie zadowolić. Nie chodzi mi nawet o schematy, które niewątpliwie tutaj występują. Dobra, porządna dziewczyna i zły chłopak. Duet iście oryginalny (ha!). Takie utarte koncepcje wcale mi nie przeszkadzają, bo ja akurat ten motyw bardzo lubię. Piszę tak chaotycznie, że chwała komukolwiek, kto zrozumie moje przemyślenia. W każdym razie, związek Abby i Travisa z pewnością nie należy do stabilnych, więc cóż, będzie dużo wzlotów i upadków.

Z drugiej strony jeśli postawię się na miejscu niezaprawionego w boju czytelnika, to wiem, że "Piękna katastrofa" się mu spodoba. Jakby nie patrzeć, to bardzo lekka, dobrze i przystępnie napisana książka. Fabuła też jest niczego sobie, a akcja jest wartka i dynamiczna. Wszystko dzieje się bardzo szybko, Jamie McGuire zadbała o to, aby nie było nudno. Zresztą, duet Abby i Travisa wiele gwarantuje, ale jedną z tych rzeczy na pewno nie jest nuda. Kim więc jestem, aby odradzać Wam przeczytanie tej książki, jeśli właśnie dokładnie tego rodzaju literatury oczekujecie?
Moja ocena: 5/10

poniedziałek, 25 maja 2015

Tricia Rayburn - Głębia

Autor: Tricia Rayburn Tytuł: Głębia (tom 2) Wydawnictwo: Dolnośląskie Liczba stron: 367

Po tragicznej śmierci swojej siostry życie Vanessy Sands zaczyna w końcu wracać do normy. Rozpoczyna ona ostatni rok swojej nauki w liceum i ma nadzieję, że wszystko w końcu się ułoży, i będzie ona mogła zostawić przeszłość za sobą. Nie jest to jednak takie proste, bowiem wszystko co wie o swojej rodzinie jest kłamstwem. Między nią a Simonem także wszystko zaczyna się psuć, ponieważ dziewczyna boi się wyznać mu prawdę. Jakby było tego mało, Vanessa nie jest do końca przekonana, czy syreny z Winter Harbor naprawdę nie żyją...

Niedawno miałam okazję zapoznać się z cyklem, którego motywem przewodnim są syreny. Został on stworzony przez Tricię Rayburn i składa on się z trzech części: "Syreny", "Głębi" i "Mrocznej toni". Od samego początku, gdy tylko ta seria pojawiła się w Polsce, byłam nią zaciekawiona i to nie tylko przez wgląd na piękne, klimatyczne okładki. Syreny to temat, który nie jest często poruszany w powieściach, których grupą docelową jest młodzież, a więc nic dziwnego, że moja fascynacja została rozbudzona. I niestety, nie została ona do końca zaspokojona. Już w prequelu zauważyłam, że autorka słabiutko rozwinęła wątek tych niesamowitych istot, jakimi są syreny, ale stwierdziłam, iż w sequelu na pewno ulegnie to zmianie. Niestety, tak się nie stało. W zasadzie cała fabuła "Głębi" opiera się w sumie na... niczym. Główna bohaterka, Vanessa, swobodnie lawiruje sobie pomiędzy różnymi wydarzeniami, ale tak naprawdę nie ma żadnego jednego wątku, który ładnie scalałby wszystko w spójną, nierozerwalną całość. Pojawiają się nowi bohaterowie i to chyba oni według Rayburn są ważniejsi niż same syreny, które zostały potraktowany bardzo po macoszemu.

Czym są syreny według autorki? W zasadzie są praktycznie normalnymi ludźmi. Dobra, muszą zanurzać się w słonej wodzie i takową pić, ale to dla mnie trochę za mało. A, nie zapomnijmy o tym, że przyciągają one męski wzrok, zważywszy na ich atrakcyjność. W sumie to nic więcej. W ogóle dziwię się Tricii Rayburn, że zdecydowała się na poruszenie motywu syren, skoro nie potrafiła go udźwignąć i zamiast tego wcisnęła swoim czytelnikom bardzo uproszczoną i ubogą wersję. Po lekturze "Głębi" już się przyzwyczaiłam i ochłonęłam z ideą, że syreny w tym cyklu stanowią jedynie tło dla rozterek głównej bohaterki.

"Głębia" nie jest kontynuacją, na którą liczyłam. Fakt, przeczytałam ją równie szybko, jak "Syrenę", ale o ile na mankamenty w pierwszym tomie można przymknąć oczy, o tyle w drugim rzucają się one w oczy niczym jaskrawy neon. Gdzie te syreny, ja się pytam? Dobrze, że chociaż warsztat pisarski autorki nie uległ zmianie i całą książkę czytało się szybko, i przyjemnie. Mam już "Mroczną toń" na swojej półce i niedługo ją przeczytam. Ciekawi mnie jednak, czy finałowa część okaże się lepsza...
Moja ocena: 5/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

sobota, 14 marca 2015

Garth Nix - Sabriel

Autor: Garth Nix Tytuł: Sabriel (Stare Królestwo tom I) Wydawnictwo: Literackie Liczba stron: 356

"Sabriel" to pierwszy tom otwierający serię australijskiego pisarza Gartha Niksa. Oryginalnie została ona wydana w 1995 roku, w Polsce ukazała się w 2004 roku i na szczęście Wydawnictwo Literackie podjęło się wznowienia wydawania tego cyklu. W ubiegłym roku słyszałam o nim całkiem sporo i czułam coraz bardziej rozbudzającą się we mnie ciekawość. Nie potrafię sobie odpuścić lektury, w której cały świat fantastyczny zostaje stworzony od podstaw. A właśnie takiego zadania podjął się Nix...

Sabriel jest uczennicą Wywerley College, gdzie dorasta w bezpiecznym miejscu. Jest ona także jedyną córką maga Abhorsena. Pewnego dnia dowiaduje się ona, iż jej ojciec zaginął i postanawia za wszelką cenę go dowiedzieć się, co mu się stało i go odnaleźć. Aby to zrobić, będzie zmuszona opuścić Stare Królestwo i wybrać się na niebezpieczną podróż do Krainy Zmarłych...

"Sabriel" to nawet całkiem dobra książka. Nic jednak nie poradzę na to, że w czasie jej lektury najzwyczajniej w świecie czułam, że czegoś tutaj brakuje. Jakby to, co otrzymałam było niepełną historią. I właśnie to zaważyło na mojej końcowej ocenie odnośnie tego dzieła. Akcja choć dynamiczna, była jakby bez polotu, na próżno mogłam doszukiwać się napięcia towarzyszącego mi w czasie czytania, szybszego bicia serca. Co poszło nie tak? Przede wszystkim tworzenie świata fantastycznego od podstaw wymaga dużej precyzji od pisarza. A przynajmniej tak przypuszczam, bo w końcu nie jest łatwym zadaniem przelanie swoich wizji na coś materialnego. Tutaj jednak świat przedstawiony jawił mi się jako mało dopracowany i ukazany zbyt ogólnikowo. Zabrakło mi większej ilości opisów, dzięki którym mogłabym cały obraz porządnie sobie wyobrazić.

Czytelnik od samego początku zostaje wrzucony w wir wydarzeń i nazw, których nawet do końca nie rozumie. Pominę to jednak, przecież w tego rodzaju książkach nie wszystko jest podane na tacy. Szkoda, że później też nie jest lepiej. Nie wiem, czy to moja wina, czy może coś przeoczyłam, ale dosyć ciężko było mi połapać się w akcji, czy nazwach, które wydawały się istnieć tylko po to, aby dezorientować czytelnika. Dopiero gdzieś około dwusetnej strony wszystko zaczęło mi się klarować, ale... dlaczego tak późno? Ja naprawdę rozumiem, że to fantastyka, ale jednak wydaje mi się, że to leży w interesie pisarza, aby umieć trafić do odbiorcy, zaciekawić go. Garth Nix zaciekawił mnie swoją opowieścią praktycznie dopiero pod sam koniec, gdzie akcja została pociągnięta w naprawdę ciekawszym kierunku. Chciałbym, żeby całość była tak dobra, jak finał, wtedy oceniłabym ją inaczej. Widzę tutaj kolejny interesujący pomysł z niewykorzystanym potencjałem...

Bardzo zaskoczył mnie sposób ukazania nekromancji przez Nixa. Tak jakby autor sam nie zdawał sobie sprawy, z czym się mierzy. Podjęcie się tego tematu, żeby go nie zawalić na całej linii jest dosyć trudne. A u tego autora wizja osiemnastolatki mierzącej się ze Światem Zmarłych w ogóle do mnie nie przemówiła. Sabriel jest zbyt beztroska, naiwna, a zawód przez nią wykonywany jawi się jako coś nadzwyczaj prostego. A nie sądzę, że tak powinno być.

"Sabriel" nie porywa na kolana, odniosłam wrażenie, jakby "czegoś" zabrakło. Całość okazała się nijaka, zbyt schematyczna. Zabrakło mi tutaj wątków pobocznych, czy bardziej pełnokrwistych postaci. Nie zmienia to jednak faktu, że idealnie spełnia swoją funkcję - jest wciągającą (pomijając nudne fragmenty), ukazuje, że dobro zawsze zwycięża ze złem. I jakkolwiek oklepane by się to nie wydawało - lubię takie motywy. Pozwalają mi one pamiętać, że dobro istnieje. Seria Stare Królestwo z pewnością spodoba się czytelnikom, który poszukują chwili relaksu, nie gwarantuję jednak, czy spodoba się bardziej zaprawionym w boju czytelnikom. Podobno kolejne tomy są o wiele lepsze i cóż, niedługo znowu wniknę w świat wykreowany przez Niksa. Mam nadzieję, że będzie to o wiele bardziej emocjonujące spotkanie...
Moja ocena: 5/10

sobota, 17 stycznia 2015

Diana Palmer - Nora

Autor: Diana Palmer Tytuł: Nora Wydawnictwo: Mira Harlequin Liczba stron: 382

Odkąd pamiętam zawsze miałam dosyć lekceważący stosunek do "typowych" harlequinów. Nigdy nie przeczytałam żadnego z nich, ale czułam taką... niechęć do nich, chociaż w zasadzie nie miałam z nimi żadnej styczności. Naprawdę nie lubię być z góry do czegoś uprzedzoną, więc gdy nadarzyła się okazja przeczytania jednej z książek tego typu stwierdziłam: "Dlaczego nie? Wiedziałabym chociaż w końcu, co jest takiego w tych powieściach, co tak wiele osób uważa za odrzucające."

Diana Palmer to nazwisko pisarki, której książek nawet jeśli się nie czytało, to na pewno gdzieś się słyszało. To autorka ponad dziewięćdziesięciu książek, które zostały przetłumaczone na wiele języków i licznie nagrodzone. "Nora" to jedna z jej dzieł, które ukazało się w 1994 roku, a całkiem niedawno doczekało się wznowienia swojego wydania w nowej, ładniejszej wersji.

Teksas, rok 1902. Eleanor Marlowe, nazywana przez bliskich "Norą" to wykształcona panna z dobrego domu, która lubuje się w podróżach. Dziki Zachód od zawsze ją fascynował, dlatego była bardzo podekscytowana, gdy otrzymała szansę, aby się tam się wybrać. Nowe miejsce jednak nie jest podobne do tych, o których czytała, a mężczyźni tam mieszkający niczym nie przypominają książkowych bohaterów...

Cóż - harlequiny z definicji są książkami mało wymagającymi. Typowymi romansami, w których główną osią fabuły jest oczywiście wątek miłosny. Koniecznie zawierający jakieś banalne przeciwności losu, dodajcie do tego szczyptę tajemnicy i otrzymacie przepis na po prostu "fajną" lekturę. Nic specjalnego, coś, co bardzo szybko wypadnie z pamięci, a jednak będziecie naprawdę zafascynowani losami bohaterów. Ze mną tak było. Czas płynął mi nieubłaganie szybko, a nim zauważyłam, skoczyłam lekturę "Nory" bardzo zdziwiona swoim tempem czytania.

"Nora" pozytywnie mnie zaskoczyła, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że to literatura z niższej półki. A takie przecież też są potrzebne. Dobrze jest czasami się zrelaksować przy tak niewymagającej lekturze i zapomnieć o monotonnej codzienności. Uważam jednak, że nie należy przesadzać i sięgnąć też czasem po te "ambitniejsze" pozycje, które też przecież istnieją.
Moja ocena: 5/10

czwartek, 16 października 2014

Belen Martinez Sanchez - Dzień, w którym umarłam

Autor: Belen Martinez Sanchez Tytuł: Dzień, w którym umarłam Wydawnictwo: Mira Harlequin Liczba stron: 379

Powieść "Dzień, w którym umarłam" była jedną z wrześniowych zapowiedzi, których wyczekiwałam. Opis wydawał mi się ciekawy, intrygujący, ale jednocześnie wiedziałam, żeby nie oczekiwać po niej zbyt wiele, bo to debiut literacki, a nie od dzisiaj wiadomo, że rządzą się one swoimi prawami. Autorką tej książki jest Belen Martinez Sanchez, młodziutka hiszpańska pisarka, laureatka konkursy literackiego na najlepszą powieść młodzieżową. Jesteście ciekawi, jak mi się spodobała? Cóż, fajerwerków z pewnością nie było.

Główną bohaterką tej historii jest Diletta Mair. Wyróżnia ją heterochromia, czyli różnobarwność tęczówek. Jednak nie tylko przez ten aspekt jest inna: Diletta bowiem widzi także duchy odkąd tylko pamięta. Nauczyła się, aby o tym nie mówić i za wszelką cenę starać się je ignorować. Całe jej życie ulega niewyobrażalnej zmianie, gdy drugiego października dwa tysiące trzeciego roku nastolatka umiera. Diletta odkrywa, iż naprawdę istnieje życie po śmierci... A wraz z nimi anioły i demony.

Mam mieszane uczucia po lekturze tej książki. Z jednej strony czytało się ją naprawdę szybko, ale z drugiej raziły mnie mankamenty tutaj występujące, co po prostu nie pozwoliło mi w pełni na czerpanie z przyjemności z czytania. Muszę przyznać, że to jedna z tych powieści, do których czytania najzwyczajniej w świecie się zmuszałam. Widać gołym okiem, że jest to debiut, a Belen Martinez Sanchez ma jeszcze przed sobą długą drogę do ulepszenia swojego warsztatu pisarskiego. Nie udało jej się na tyle mnie zaciekawić, żebym z wypiekami na twarzy pochłaniała losy Diletty. Koncepcja aniołów i demonów to temat rzeka i naprawdę wiele w tej dziedzinie można zdziałać, jednak tutaj według mnie została ona zbyt słabo rozwinięta i zarysowana, tak jakby pisarka nie do końca wiedziała, jak ją czytelnikowi przedstawić. Sanchez także nie udało się uniknąć tego błędu, który spotyka innych początkujących pisarzy: zbyt szybko starała się wyjaśnić swoje pomysły. Efekt? Pozbawienie tego uczucia zaintrygowania, ciekawości już na samym wstępie.

Bohaterowie zwyczajnie do mnie nie przemówili. Tej młodej hiszpańskiej pisarce brak jeszcze wprawy w pisaniu, a tym bardziej kreowaniu ciekawych osobowości. Diletta jest jedną z tych głównych postaci, których nie da się polubić. Nieustannie irytująca, infantylna, często płacząca i generalnie po prostu sprzeczna. Z jednej strony autorka "Dnia..." stara się zaprezentować ją jako asertywną osobę, a z drugiej jako typową sierotkę występującą w tego rodzaju książkach. Jakby sama nie mogła się zdecydować na jeden wariant. Jeśli chodzi o męską stronę do wzdychania - tutaj takiej nie znalazłam, choć w zamierzeniu miał zapewne być to Alois Petersen. Ja naprawdę wiele rozumiem i sama wprost uwielbiam sarkastycznych bohaterów, ale lubię powtarzać, że we wszystkim trzeba zachować umiar. A Alois niebotycznie wkurza, sprawiał, że chciałam zarzucić tę lekturę i nigdy do niej nie wracać. Podobnie jak u Diletty, u niego też dostrzegłam tą sprzeczność w zachowaniu. Odniosłam wrażenie, jakby Belen Martinez Sanchez brakowało konsekwencji w tworzeniu bohaterów i nadawaniu im unikalnych cech charakteru.

Powieść "Dzień, w którym umarłam" niestety, ale nie spodobała mi się. Zapewne gdybym była o kilka lat młodsza, pisałabym teraz pozytywną recenzję. Młodsza jednak nie jestem i ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że nawet w powieściach typu young adult poszukuję czegoś, co mnie pochłonie i zaciekawi. Jednak to, że mi ona nie przypadła do gustu, wcale nie znaczy, że u Was będzie tak samo. Jestem pewna, że osobom poszukującym lekkiej i niewymagającej lektury to dzieło się spodoba.
Moja ocena: 5/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Aneta Borewicz - Księżycowe cienie

 Autor: Aneta Borewicz Tytuł: Księżycowe cienie Wydawnictwo: Novae res Liczba stron: 570

Nie czytam powieści obyczajowych. Zawsze kojarzą mi się one z życiowymi tematami i powolną akcją. I o ile te pierwsze lubię, to tego drugiego już nie bardzo. Ostatnio jednak uparcie postanowiłam, że będę poszerzała swoje horyzonty czytelnicze i sięgała po gatunki, które dotychczas omijałam szerokim łukiem. I tak oto trafiłam na powieść polskiej pisarki Anety Borewicz pt. "Księżycowe cienie".

Ciężko byłoby w kilku zdaniach streścić fabułę "Księżycowych cieni". To historia kobiety, która zaczyna układać sobie życie na nowo po nieudanym i toksycznym związku. To skłania ją do przemyśleń związanych z całą jej egzystencją. Maria wspomina dawne czasy, swoich przyjaciół, a nawet swojego byłego męża.

"Księżycowe cienie" to bez wątpienia bardzo przemyślana i dopracowana powieść. Została napisana piękną i bardzo bogatą polszczyzną. Chwilami warsztat pisarski Anety Borewicz był wręcz poetycki i kwiecisty. Czytelnik od samego początku może zorientować się, z jaką książką będzie miał do czynienia. Z taką, która zachęca, aby na chwilę się zatrzymać i poświęcić trochę czasu refleksjom, a wiadomo, że w obecnych czasach jest o to ciężko. Za dużo poświęcamy czasu pracy, a za mało na te naprawdę najważniejsze kwestie. Czasami jednak - moim zdaniem - styl pisania autorki był zwyczajnie zbyt przesadzony. Najbardziej rzucało mi się to w oczy, gdy chodziło o dialogi między bohaterami, wtedy nie wydawały mi się one ani trochę realne, za to bardzo wymuszone. Oczywiście nie zawsze takie były, jednak, gdy już miało to miejsce, nie potrafiłam wyobrazić sobie dwóch ludzi w rzeczywistości, którzy rozmawialiby ze sobą w tak iście poetyckim stylu.

Początek lektury był cóż... dosyć ciężki. Trudno było mi się "wbić" w rytm tej powieści, jako, że wcześniej nie czytałam obyczajówek. Uspokajałam jednak siebie, w końcu ta książka liczy prawie sześćset stron, więc siłą rzeczy trochę czasu zabierze pisarce rozwijanie akcji i fabuły. W pewnym sensie, gdy już przywykłam do warsztatu pisarskiego Anety Borewicz, lektura "Księżycowych cieni" stała się całkiem przyjemna. Niestety, ale zabrakło mi jakiegoś głównego motoru napędowego akcji, a przez to fabuła dużo na tym straciła. W moim odczuciu same refleksje bohaterki to trochę za mało na tak długą powieść.

Ta powieść nie ma szybkiej i zawrotnie pędzącej akcji, ma jednak dogłębnie dopracowaną i niezwykle realną fabułę, która skłania do przemyśleń. To historia kobiety, która wraca do swoich wspomnień i analizuje je. Nie sposób nie docenić piękności warsztatu pisarskiego naszej rodzimej pisarki Anety Borewicz, a gdyby akcja chwilami nie byłaby tak strasznie nużąca, to ta książka byłaby naprawdę niezła. Niestety, ale bywały takie momenty, gdy ciężko było mi się zmusić do czytania. Polecam tę powieść osobom, które gustują w literaturze obyczajowej, zawierającej wiele odniesień do przeszłości oraz takim, które cenią sobie refleksyjne historie.
Moja ocena: 5/10

poniedziałek, 12 maja 2014

Lynsay Sands - Ukąszenie

Ukąszenie - Lynsay Sands Autor: Lynsay Sands
Tytuł: Ukąszenie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 398
Moja ocena: 5/10
Wampiry, wampiry i jeszcze raz wampiry... Ile można wałkować ten sam temat? Książka Lynsay Sands została wydana w 2005 roku, czyli można by powiedzieć - nie trafiła w wampirzą modę. W Polsce powieść tej amerykańskiej autorki ukazała się w 2012 roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. "Ukąszenie" to pierwsza część wielotomowej Sagii Rodu Argeneau. Jesteście ciekawi, czy mnie czymś zaskoczyła? Jeśli tak, zapraszam Was do zapoznania się z moją recenzją!

Greg Hewitt to znany i ceniony psycholog, specjalista od fobii, który przygotowuje się do wymarzonych i długo wyczekiwanych wakacji. Jego urlop zostaje jednak brutalnie przerwany, gdy zostaje on porwany przez wampirzą rodzinę.

Lisiannę Argeneau spotkała prawdziwa niespodzianka, gdy ww swoim starym pokoju zauważyła leżącego na łóżku atrakcyjnego mężczyznę. Wampirzyca przekonana była, iż jest on jej urodzinowym prezentem, jednak szybko zostaje wyprowadzona z błędu - Greg ma jej pomóc z jej fobią, Lisianna bowiem cierpi na hemofobię. Wyobrażacie sobie wampira, który boi się widoku krwi? Jak bardzo psycholog namiesza w życiu Lissi?

Gdy sięgałam po "Ukąszenie" w zasadzie wiedziałam, czego się spodziewać. Lekkiej i przyjemnej historii o wampirach, którą szybko przeczytam, ale o której również bardzo szybko zapomnę. Sądzę, że autorka wykazała się ciekawym pomysłem w tworzeniu historii - w końcu idea porywania niczego nieświadomego psychologa to nowość, ale w kwestii wyjaśnienia pochodzenia wampirów - całkowicie zawiodła, bowiem Sands za wszelką cenę chciała wyjaśnić historię krwiopijców naukowo. I po prostu to do mnie nie przemawia, nie wiem, czy to przez ubogi sposób, w jaki zostało to wyjaśnione, czy przez to, iż wampirów po prostu nie da się wcisnąć w ramy nauki.

Pisząc tą recenzję nie potrafię wykrzesać z siebie ani krztyny entuzjazmu, a zazwyczaj, gdy oceniam jakąś powieść negatywnie, nigdy nie brakuje mi słów. Jednak w tym przypadku właśnie tak jest. "Ukąszenie" to nie jest zła książka, tylko po prostu nie wnosi nic nowego. Ukazuje wampiry w sposób, który był już poruszany milion razy w innych dziełach. W moim odczuciu to po prostu przeciętna historia, przeciętni bohaterowie i przeciętna cała reszta, przy której wynudziłam się niemiłosiernie.

I w końcu, odpowiadając na pytanie postawione w pierwszym akapicie - "Ukąszenie" miało swoje zaskakujące momenty, jednak te gorsze były liczniejsze. Często wiało nudą, akcja ciągnęła się jak flaki z olejem i pomimo obiecującego warsztatu pisarskiego autorki - za nic nie mogłam się zmusić do dalszej lektury. W efekcie powieść tę skończyłam w naprawdę żałosnym tempie, a zazwyczaj czytanie książek o takiej objętości idzie mi o wiele szybciej. Może po prostu wampiry mi się przejadły? Bo ile można w kółko czytać o tym samym?
 
"Ukąszenie" to książka dla moli książkowych lubujących się w tematyce wampirów. Dla takich czytelników, którzy poszukują lekkiej i nieskomplikowanej historii, o której równie szybko, co ją przeczytali, zapomną. Jeśli tego właśnie szukacie, ta powieść jest dla Was idealna!

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

sobota, 10 sierpnia 2013

(95). Nina Reichter - Ostatnia spowiedź


Autor: Nina Reichter
Tytuł: Ostatnia spowiedź tom I
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 380
Moja ocena: 5/10
Bradin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, że będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A późnej wspaniała noc się kończy.
I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej.
Nigdy więcej.
Bo zbyt mocno czują, co rodzi się między nimi.

Żadne z nich nie może się teraz zakochać.
Ally jest zajęta – uwikłana w dziwny związek, z którego na razie nie może się wyplątać, a Brada obowiązuje kontrakt płytowy, który mówi – „prasa nie może odkryć twoich kobiet”. Brade jednak używa podstępu i ciągnie tę znajomość. Pozostaje tylko jeden szkopuł. Ally nadal nie ma pojęcia, kim jest Bradin.
I również skrywa pewien sekret.
Co zrobi Bradin, pragnąc dziewczyny, której nie powinien nawet tknąć?

Pewna debiutancka powieść polskiej pisarki wywołała spore poruszenie w małym blogowym świecie, którego jestem częścią. Mowa tutaj oczywiście o "Ostatniej spowiedzi" Niny Reichter. Zewsząd dobiegały mnie zachwyty nad tą książką, więc w końcu uległam pokusie i przystąpiłam do czytania. Powinnam jednak wiedzieć, że to, co jest komentowane na szeroką skalę nie zawsze zadowala, a w większej części zwyczajnie rozczarowuje.

Ally Hanningan jest normalną dziewczyną, taką jak milion innych. Jej pozornie poukładane życie jest z góry zaplanowane przez jej rodziców. Ma chłopaka, którego nie kocha, ale jest z nim, można by rzec, z wygody. Bradin Rothfeld, młody rockman wiedzie za to całkowicie odmienną egzystencję. Jest wokalistą niezwykle popularnego zespołu Bitter Grace. Ich ścieżki nigdy nie powinny się skrzyżować, ale tak się dzieje. Oboje spędzają noc na lotnisku, bowiem ich loty zostały opóźnione. Co wyniknie z tego niespodziewanego spotkania, podczas którego między nimi zaczęło iskrzyć?

"Ostatnia spowiedź" pierwotnie była fanfickiem, który został opublikowany na blogu autorki. Zespół, o którym była w nim mowa to Tokio Hotel, motyw ten jednak został nieznacznie przerobiony na potrzeby książki. Bądź, co bądź podobieństwa były straszliwie rażące, przez co podczas czytania tej lektury nieodłącznie towarzyszyły mi twarze Billa i Toma Kaulitzów. Nie, żebym jakoś specjalnie ich nienawidziła, bo tak nie jest. Szanuję gust innych osób, w końcu wiadomo, że jest to kwestia niedyskusyjna. Bo o czym tutaj rozprawiać? Dla mnie jednak inspiracja tym zespołem zepsuła całą radość czytania. Byłoby nieźle, gdyby była to jedyna wada tej powieści, a tak nie jest.

W "Ostatniej spowiedzi" schematyczność okropnie rzuca się w oczy. Rockman, nic nie wyróżniająca się dziewczyna, oboje się w sobie zakochują. Jak dla mnie Ally była kopią Belli z osławionego "Zmierzchu" lub Any z "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Jak kto woli. Romans ten wydawał mi się jakby żywcem wyjęty z taniego podrzędnego harlequinu. Serio, aż człowiek się zastanawia, czy on tak się pastwi na biedną książką, bo ma ukryty zmysł hejtera, czy to pisarkom brak krztyny oryginalności.

Co nieco wspomniałam o Ally i o tym, że jest wszędzie-znaną-kopią pewnej innej literackiej postaci, ale dodam nawet zdanie (lub kilka!) więcej. Główna bohaterka reprezentuje sobą rozpacz, ogółem roztacza wokół siebie aurę nieszczęścia. W zamierzeniu pewnie miała wzbudzić współczucie, a zamiast tego pojawiła się irytacja połączona z żenującym politowaniem. Ally co dwie strony płacze i lamentuje, że nie może być ze sławnym wokalistą, bo... no, nie może, bo jakaś fanka jej go odbierze. Chwilami odnosiłam wrażenie, jakby sama sobie na siłę stwarzała problemy. Tak w ogóle to każdy charakter w "Ostatniej spowiedzi" stwarzał sobie sztuczne komplikacje, przez co cała otoczka pozornie pięknej miłosnej historii wypadła niesamowicie naciąganie, nierealistycznie i w ogólnym rozrachunku naprawdę  nieciekawie.

Początkowo byłam dobrych myśli. Same pozytywne recenzje, zachwyty. I w sumie to początek do najgorszych nie należał, bo zapowiadało się obiecująco. Jednak im dalej w las, tym gorzej. Naciągana fabuła, dziwne i wymyślone problemy bohaterów, którzy sami na siłę rzucają sobie kłody pod nogi. Język autorki nie był zły, rzekłabym nawet, że całkiem niezły, ale niekiedy ta patetyczność i przesada ze strony Niny Reichter wydawały mi się niemal śmieszne. Niemal, bo później zaczęły niebotycznie mnie irytować. Niech nie zapomnę wspomnieć o tytułach każdych rozdziałów, które były zwyczajnie przesadzone. Jakby miłość Ally i Bradina miała milion powodów, aby nie istnieć.

"Ostatnia spowiedź" okazała się dla mnie pasmem rozczarowań. Czy to przez moje wysokie oczekiwania? Może. W każdym razie mnie nie przypadła do gustu tak, jak reszcie zachwyconych czytelników. Schemat goni schemat. Plusem jest jednak to, że całkiem szybko się ją czyta. Z ciekawości zapewne sięgnę po drugi tom.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

(92). Sylvia Day - Dotyk Crossa


Autor: Sylvia Day
Tytuł: Dotyk Crossa
Wydawnictwo: Wielka litera
Liczba stron: 416
Moja ocena: 5/10
Gideon Cross pojawił się w moim życiu jak błyskawica w mroku.

Był piękny i intrygujący, rozpalał do białości. Pociągał mnie jak nikt dotąd. Pragnęłam jego dotyku jak narkotyku, choć wiedziałam, że jest dla mnie zgubny. Moja zraniona dusza i ciało broniły się, ale on z łatwością je posiadł.

Gideon czuł to samo, dręczyły go podobne demony. Byliśmy jak lustra, które odbijały swoje najgłębsze rany i najdziksze pragnienia.

Ta miłość stworzyła mnie na nowo. Modliłam się, by koszmary przeszłości nie rozdzieliły nas.
Eva Tramell niedawno przeprowadziła się do Nowego Jorku wraz ze swoim najlepszym przyjacielem Carym Taylorem. Oboje zamieszkali w pięknym i dużym apartamencie. Główna bohaterka znalazła pracę w firmie reklamowej i już pierwszego dnia wpadła na wręcz nierealistycznie przystojnego Gideona Crossa, który okazał się być jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Oboje czują do siebie fascynację, a nieskrępowany biznesmen już drugiego dnia proponuje Evie niezobowiązujący seks. To, co początkowo miało być zabawą, stopniowo przeradza się w coś więcej, jednak czy uda im się przegonić mroczne demony przeszłości?

Dokładnie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce. Może zapytacie, skoro wiedziałam, to po co ją w ogóle zaczynałam? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: z ciekawości. Interesowało mnie czy Sylvia Day stworzy coś przyjemnego do przeczytania (nie ukrywajmy, w literaturze tego gatunku raczej specjalnych ambitnie książek nie ma). I moje oczekiwania spełzły na niczym.

Wszystko w "Dotyku Crossa" przypominało mi o feralnych "Pięćdziesięciu twarzach Greya". Nie dlatego, że jest to ten sam gatunek i siłą woli człowiek porównuje do siebie takie książki, ale dlatego, że one naprawdę są podobne. Przynajmniej można bez wahania stwierdzić, że są oparte na tym samym, nieco już utartym schemacie. Nie wnoszą nic, czego by już wcześniej inne autorki nie zaserwowały swoim czytelnikom.

Większość fabuły tej książki zamykała się w jednym układzie. Kłótnia, seks, zgoda i tak w kółko. Przecież tego nie da się czytać! Zabrakło mi tutaj bardzo dużo. Sam wątek demonów z przeszłości Evy i Gideona wydawał mi się straszliwie naciągany, kompletnie niedopracowany i dodany tylko po to, aby urozmaicić opowiadaną historię.

Gideon Cross w zamierzeniu pewnie miał być męskim ideałem, a wyszedł raczej jako nieosiągalny, nierzeczywisty i wyjęty z bajki półbóg. Idealny, bogaty, mądry, czuły, namiętny, gotów zrobić dla tej jedynej kobiety wszystko. Poza tym jego zaborczość i niekiedy przesadzona zazdrość wydawały mi się żałosne i wkurzające. Szczerze mówiąc, nigdy nie wytrzymałabym z takim facetem. Eva ma dosyć osobliwy charakterek, nie brak jej temperamentu, jednak w obliczu Gideona to wszystko znika, a ona sama zachowuje się jak potulna owieczka. Nie ma żadnej frajdy w czytaniu, jeśli główna bohaterka traci rozum i rozsądek przy nieziemsko przystojnym biznesmenie.

"Dotyk Crossa" na początku czytało mi się bardzo szybko, jednak im dalej w las, tym było gorzej. Nie mogłam przetrawić praktycznie wszystkiego. Płascy bohaterowie doprowadzali mnie do szału praktycznie każdym swoich zachowaniem. Faktycznie, książka ta jest o całe niebo lepiej napisana od "Pięćdziesięciu twarzy Greya", jednak czy to jest naprawdę taka wielka zachęta? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

Czy polecam? Nie wiem, pozostawiam Wam do podjęcia decyzję. Ja z ciekawości pewnie zapoznam się z kolejnymi częściami.

czwartek, 9 maja 2013

(58). Agnieszka Chęćka - Pustka Pandory



Autor: Agnieszka Chęćka
Tytuł: Pustka Pandory
Wydawnictwo:Novae res
Liczba stron: 270
Moja ocena: 5/10

Ekscentryczna studentka historii sztuki przeprowadza się do Gdańska, gdzie niespodziewanie otrzymuje kopertę z wiadomością wysłaną na jej nowy adres. Zapoznaje się z dokumentacją śledztwa biura detektywistycznego, dotyczącego makabrycznego morderstwa sprzed paru miesięcy. Czuje dziwną więź z tym wydarzeniem, ma wrażenie, że gdzieś to już widziała. Postanawia wyjaśnić dawno zamkniętą sprawę.

Amelia wspólnie ze świeżo poznanym detektywem zgłębia tajemnice środowiska lokalnych poetów, a z pożółkłych kartek starych książek czerpie wiedzę o starochińskiej mitologii i symbolice, niezbędną do odnalezienia sadystycznego przestępcy.

On sam zostawia znaki, prowokuje. Bawi się. Nieuchronnie zbliża. Amelia przyjmuje zaproszenie do gry…

Główną bohaterką "Pustki Pandory" jest studentka historii sztuki - Amelia Stanley. Dziewczyna dopiero co przeprowadziła się do Gdańska, ma zaledwie kilku znajomych i nie zanosi się na to, aby to skromne grono miało się powiększyć. Jej spokojne życie zmienia jednak bieg, gdy znajduje ona tajemniczą kopertę ze zdjęciami morderstwa pewnej kobiety. Sprawa ta została nierozwiązana, a morderca nadal pozostaje okryty cieniem. Amelia zaczyna współpracować z detektywem Karolem Sosnowskim, oboje chcą za wszelką cenę schwytać bezwzględnego psychopatę.

Amelia jest dociekliwą osobą i właśnie przez pryzmat tej cechy, polubiłam ją. Okazała się ona nieustępliwą kobietą, która ma skłonność do przesadnego analizowania ludzi oraz niezbyt łatwo przychodzi jej nawiązywanie relacji. Jest raczej zamknięta w sobie, odgradza się od innych niewidzialnym murem. Dlatego utożsamienie się z nią nie było dla mnie żadnym problemem, bowiem charakter głównej bohaterki jest bardzo podobny do mojego.
"Co zrobić, kiedy jedynym towarzyszem jest własne odbicie w lustrze, a samotność staje się wówczas niemal namacalna, bardziej intensywna, niż gdy jest się wśród ludzi? Jakie kroki należy podjąć, by wypełnić pustkę, skoro lata temu zalęgła się gdzieś wewnątrz, dokąd świadomość zwyczajnie nie dociera?"
Nie jestem wielką znawczynią thrillerów i powieści sensacyjnych. Nie mogę więc porównać "Pustki Pandory" do innych książek. Wiem jednak, iż utwory z takich gatunków powinny trzymać w napięciu, sprawiać, aby czytelnik nie mógł oderwać się od czytania, ciekawy każdej nadchodzącej strony. Tutaj zwyczajnie tego zabrakło. Autorka skupiła się na szczegółach związanych z morderstwem, nie jest to oczywiście mankamentem, jednak jako główny wątek spisał się słabo. Sądzę, iż można było poprowadzić akcję w ciekawszym kierunku, rozwijając więcej pobocznych historii, które się pojawiły. Przeszłość Amelii oraz Karola mogłaby zainteresować czytelnika, gdyby została bardziej rozbudowana.
"Nie była w stanie patrzeć na świat z myślą, że mimo wszystko każdy zmierza w dobrym kierunku i wszystko się ułoży. Dawno temu rozpadła się na tysiące kawałeczków, jednak zapomniała, gdzie je zostawiła. Była niekompletna."
"Pustka Pandory" okazała się lekturą, która zawiodła moje oczekiwania. Sam pomysł wydawał mi się mało intrygujący w połączeniu z dopracowaną i trafną okładką. Gdyby autorka rozwinęła bardziej wątki poboczne, zamiast jednego głównego, czyli schwytaniu mordercy, książka stałaby się ciekawsza i bardziej wciągająca. Akcja była bez polotu, zaczęła rozwijać się dopiero w połowie, a wtedy to już autorka nie dała czytelnikowi odetchnąć, bombardując co raz to nowszymi szczegółami. "Pustkę pandory" polecam osobom, które mają ochotę na mało wymagający thriller, jednak bardziej zatwardziałym fanom tego gatunku odradzam.

wtorek, 16 kwietnia 2013

(50). Nora Melling - Kwiat mroku. Zatraceni



Autor: Nora Melling
Tytuł: Kwiat mroku
Wydawnictwo: MAK Verlag
Liczba stron: 352
Moja ocena: 5/10
Miłość silniejsza niż śmierć.

Luisa patrzyła bezradnie, jak jej młodszy brat umiera na raka. Gdy przed czterema miesiącami odszedł, dziewczynie zawalił się świat. Jej rodzice uznali, że pozostanie w Hamburgu, z którym wiąże się tyle bolesnych wspomnień, przysporzy rodzinie więcej cierpienia. Mają nadzieję, że przeprowadzka do Berlina przyniesie wszystkim ulgę. Luisa jednak wciąż nie może się pogodzić ze śmiercią brata i postanawia w dniu siedemnastych urodzin popełnić samobójstwo. Przed krokiem w przepaść w ostatniej chwili powstrzyma ją nieznajomy chłopak.

Ma na imię Thursen. Mieszka w lesie z grupą rówieśników. Szukają tam zapomnienia, bo wszyscy mają za sobą równie traumatyczne przeżycia jak Luisa. Żeby uciec przed bólem i wspomnieniami o dawnym życiu, zmieniają się w wilkołaki, ale każda przemiana oznacza utratę cząstki człowieczeństwa. Także Thursen wkrótce będzie już tylko wilkiem – chyba że Luisa zdoła go ocalić.

Dziewczyna postanawia poznać przeszłość Thursena. Ma tylko jeden punkt zaczepienia – zniszczoną fotografię przedstawiającą stary dom. Kierowana impulsem odwiedza agencje nieruchomości w nadziei, że w którejś z nich ktoś rozpozna budynek i opowie jej o ludziach, którzy w nim mieszkają (bądź mieszkali). Szczęście się do niej uśmiecha – poznaje starszą siostrę Thursena, która bardzo tęskni za bratem. Zanim jednak Luisa zdoła zwrócić Thursenowi dawne życie i… tożsamość, dochodzi do dramatycznych wydarzeń, które mogą zniweczyć jej plany.

"Kwiat mroku" autorstwa Nory Melling zaintrygowała mnie bardziej piękną okładką, niż opisem, który od początku wydał mi się bardzo schematyczny. Motyw wilkołaków w książkach zaczyna mnie już nudzić, liczyłam jednak na to, że w tej lekturze okaże się rozwinięty w ciekawy sposób.
„Wydaje ci się, że coś będzie istniało wiecznie, a jutro może się okazać, że już tego nie ma.”
Główna bohaterka Luisa Folkert to na pozór jedna z wielu nastolatek w Berlinie, jednak jest coś, co odróżnia ją od innych. Jest to dziewczyna, której ból nie jest obcy. Cierpienie ukształtowało ją, a przez to jest outsiderem i nie ma przyjaciół. Wiedziona rozpaczą po śmierci swojego brata jest bliska samobójstwa. Powstrzymuje ją jednak tajemniczy chłopak imieniem Thursen. Luisa stopniowo się z nim zaprzyjaźnia, z czasem okazuje się jednak, że jej uczucia są o wiele silniejsze...
„Jestem jak przesadzona roślina, której korzenie zostały na starym miejscu.”
"Kwiat mroku" jest książką bogatą w refleksje głównej bohaterki. Zazwyczaj są to przemyślenia na temat bólu po śmierci najdroższej jej osoby - brata. Dziewczyna nie potrafiła sobie poradzić z cierpieniem, nie dogadywała się ze swoimi rodzicami, a także rówieśnikami. Autorka posługuje się prostym, nieskomplikowanym, a nawet rzekłabym, że młodzieżowym językiem, przez co lekturę tę czyta się bardzo szybko, wręcz błyskawicznie. Wątek miłosny, czyli zazwyczaj jedna z zalet książek paranormal romance kulał i wołał o pomstę do nieba! Luisa to wiecznie niezdecydowana i irytująca postać, przez co miłosć jej i Thursena budziła raczej litość, niż wielkie emocje.
 „Już nie płaczę. A więc to prawda, jest tak jak myślałam. Przychodzi taka chwila, kiedy nie ma już w tobie łez. Jestem skorupą, pustą, wypraną z żalu i rozpaczy. We mnie już tylko pustynia.”
Paranormal romance to gatunek. który jest mi bardzo dobrze znany i lubiany. Chciałabym więc napisać, że jest w tej pozycji coś, co odróżnia ją od innych z takiej samej tematyki, jednak zabrakło w niej bardzo wiele. Nora Melling skupiona na opisywaniu uczuć głównej bohaterki chyba zapomniała o innych postaciach. Przyznaję, że irytuje mnie już motyw wilkołaków w książkach, jednak jeśli jest w dobry sposób wykreowany, nie nudzi, a ciekawi. Tutaj autorka bardzo szablonowo poradziła sobie z tym wątkiem. Niestety, ale likantropia nadal jest bardzo ubogo rozwijana w literaturze. "Kwiat mroku" polecam osobom, które liczą na lekką, niezobowiązującą lekturę, przede wszystkim niezbyt ambitną i zapadającą w pamięć.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:

środa, 20 lutego 2013

(29). Cate Tiernan - Płonący stos: Kielich wiatru, krąg popiołów - księga 1



Autor: Cate Tiernan
Tytuł: Płonący stos: Kielich wiatru, krąg popiołów
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 424
Moja ocena: 5/10

Ja jestem nią.
Ona jest mną.
Jesteśmy czarownicami.
Dlaczego zostałyśmy rozdzielone?
Dlaczego teraz się spotkałyśmy?
I dlaczego obie kochamy tego jednego…
Thais
Nienawidzę Nowego Orleanu. Nienawidzę mojej nowej opiekunki, która pojawiła się znikąd, kiedy zginął mój tata. Nienawidzę całego mojego nowego życia i tego, że muszę zaczynać ostatnią klasę liceum w nowej szkole. Jakbym stała na krawędzi klifu i coś przerażającego miało mnie popchnąć w dół, w jakiś nieznany świat. Co tam znajdę? Siebie? A jeśli coś gorszego – prawdę o mojej przeszłości?
Clio
Dziś w szkole spotkałam drugą mnie. Mnie z innym imieniem, ale jednak mnie – z moimi czarnymi włosami, zielonymi oczami i identycznym znamieniem na policzku.
Jedna z tych historii o bliźniętach rozdzielonych po urodzeniu? O nie - prawda jest o wiele bardziej niesamowita, o wiele bardziej mroczna. A jej poszukiwanie połączy nas magią i krwią, i podzieli uczuciem do tego samego chłopaka...

Cate Tiernan jest autorką jednej z moich ulubionych serii zapoczątkowanej "Ukochanym nieśmiertelnym", którego pokochałam za niesamowity klimat i magię. Po "Płonącym stosie" oczekiwałam wręcz równie przyjemnej i wciągającej na parę godzin lektury. Dlatego też moje rozczarowanie było jeszcze większe i nie mogłam przestać porównywać obu serii tej autorki do siebie. "Ukochanemu nieśmiertelnemu" fakt, nie brak wad i wcale temu nie przeczę, ale przy nim "Płonący stos" wypada naprawdę bardzo blado.
„Jestem kobietą, której pragniesz, silną jak skała, gorącą jak magma. Odddam się tobie, to nie żart, jeśli dowiedziesz, że jesteś tego wart.”
Cate Tiernan serwuje nam historię taką, jakich wiele. Są dwie rozdzielone bliźniaczki: Thais i Clio, które nie wiedzą o swoim istnieniu. Pierwszą z nich - Thais, samotnie wychowuje ojciec i mieszka ona w Connecticut, a druga - Clio mieszka ze swoją babcią w Nowym Orleanie. Przez splot dziwnych, niefortunnych zdarzeń obie zamieszkują w tym samym mieście i... chodzą do tej samej szkoły. Spotkanie jest więc nieuniknione. A żeby nie była to typowa opowiastka o odnalezieniu się nawzajem bliźniąt, obie są czarownicami, z różnicą, że jedna o tym wie, a druga nie ma najmniejszego pojęcia. Wszystko się jeszcze bardziej komplikuje, gdy poznają Luca - Andre Martina oraz dowiedzą się o swojej mrocznej przeszłości...
„Nic nie jest dobre, ani złe, to myśl czyni je takim.”
Bardzo rozczarowała mnie ta książka. Chwilami zastanawiałam się gdzie ta Cate Tiernan, której "Ukochany nieśmiertelny" tak mnie pochłonął? Pomimo moich najszczerszych chęci pozwolenia sobie "wciągnięcia" się w tę książkę, zwyczajnie nie dałam rady. Bohaterowie byli tak szablonowi i do bólu przewidywalni, że po prostu nie dało się ich lubić. Dialogi były nudne, jakby autorka dała je po to, aby po prostu były. Brakowało mi napięcia, które pozwoliłoby mi czerpać przyjemność z tej lektury. Nie było tak niestety i przyznaję, że drugą część czytałam mało dokładnie, bo chciałam jedynie skończyć tę książkę. Podsumowując: "Płonący stos" jest bardzo przeciętną książką, zamiast której jej można przeczytać wiele ciekawszych.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:
CZYTAM FANTASTYKĘ, PARANORMAL ROMANCE.