my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2015

Melissa de la Cruz - Wyspa potępionych

 
Autor: Melissa de la Cruz Tytuł: Wyspa potępionych Wydawnictwo: Egmont Liczba stron: 319

"Wyspa potępionych" to pierwszy tom serii Następcy autorstwa amerykańskiej pisarki Melissy de la Cruz. Pierwszy raz o tym cyklu słyszałam stosunkowo niedawno, a to za sprawą jej ekranizacji, która niedługo będzie miała premierę na Disney Channel.

Najpierw kilka zdań o fabule. Dwadzieścia lat temu wszyscy złoczyńcy zostali wypędzeni z pięknej krainy - Auradonu, w miejsce specjalnie stworzone dla nich. Miejsce o tytułowej nazwie, Wyspie Potępionych, gdzie nie ma absolutnie żadnej magii. Pewnego dnia czwórka nastolatków, będących dziećmi osławionych czarnych charakterów ma szansę przywrócić magię na Wyspie... Czy im to się uda, czy zostali skazani na porażkę?

Chodź lektura "Wyspy potępionych" była lekturą dobrą, to jednak odniosłam wrażenie, że potencjał tego pomysłu nie został do końca wykorzystany. Warsztat pisarski Melissy de la Cruz w tej książce okazał się jakiś taki bez polotu, dosyć podobny jak w przypadku innej serii tej pisarki, Błękitnokrwistych. Wiem, że jest to autorka, której dzieła są raczej skierowane do wąskie grupy odbiorców, więc sądzę, że mało wymagającym czytelnikom styl napisania "Wyspy potępionych" na pewno przypadnie do gustu. Jakby nie było, jest bardzo lekki nie zawiera zbędnych opisów (co nie zmienia faktu, że dla mnie jest on najzwyczajniej w świecie zbyt ubogi).

Najbardziej w serii Następcy spodobał mi się sam pomysł, ogólne zarysowanie koncepcji. To takie połączenie mojego dzieciństwa, kiedy to uwielbiałam baśnie i wszystko, co magiczne. Nadal zresztą mam do takich rzeczy sentyment, dlatego książek z takiego gatunku po prostu nigdy nie mogę sobie darować. 

No właśnie, choć jak wyżej wspomniałam świat przedstawiony jest niezwykle ciekawy i pełen potencjału, to odniosłam wrażenie, że został on stworzony na niewystarczająco mocnym gruncie. Może duży wpływ ma na to mała, wręcz uboga ilość opisów w zasadzie czegokolwiek. Melissa de la Cruz za to skupiła się w dużej mierze na samej specyfice bohaterów, co też ma swoje uroki. Osobiście najbardziej polubiłam Mal, która lubi "udawać" złą, ale w rzeczywistości w jej wnętrzu kryje się o wiele więcej, niż widzi ona sama.

Podsumowując, choć "Wyspa potępionych" zostawiła mnie pełną niedosytu, to i tak jestem pełna pozytywnych przeczuć. To seria, która jest głównie skierowana do młodszych czytelników, ale myślę, że i starsi znajdą tutaj coś dla siebie. To taki pewnego rodzaju świetny powrót do dzieciństwa. Mam nadzieję, że Melissa de la Cruz lepiej spisze się w kolejnych tomach.
Moja ocena: 6/10

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

czwartek, 12 lutego 2015

Moira Young - Gniewna gwiazda

Autor: Moira Young Tytuł: Gniewna gwiazda Wydawnictwo: Egmont Liczba stron: 411

Prawie rok temu miałam okazję zapoznać się z książką "Krwawy szlak", która otworzyła nową serię - Kroniki czerwonej pustyni, wydawaną w Polsce pod nakładem wydawnictwa Egmont. Co tu dużo mówić - byłam pod ogromnym wrażeniem świata i bohaterów, których stworzyła Moira Young. Urzekła mnie także oryginalna forma napisania, w której dialogi nie są wyszczególnione. Nie każdemu mogłoby to przypaść do gustu, ale ja wręcz to pokochałam! Nic więc dziwnego, że kontynuacji tego cyklu wyczekiwałam z niecierpliwością, jednak "Dzikie serce" porządnie mnie rozczarowało. Z porównaniu z pierwszym tomem okazało się nie tak emocjonujące. Jesteście ciekawi jak przypadła mi do gustu finałowa część Kronik czerwonej pustyni - "Gniewna gwiazda"? W takim razie zapraszam do przeczytania mojej recenzji!

Saba wraz ze swoimi przyjaciółmi jest gotowa na ostateczną rozrywkę z DeMalo - mężczyzną, który za wszelką cenę chce stworzyć Nowy Eden. Miejsce, które będzie zamieszkiwane jedynie przez silne osoby, a słabe będą zabijane. Tymczasem DeMalo pragnie, aby dziewczyna z nim była, więc skrada jej propozycję... Jednak serce Saby należy do Jacka. Jak wiele główna bohaterka będzie w stanie poświęcić, aby uchronić tych, których kocha?

Pierwsza moja myśl po zakończeniu lektury to: "Jak Moira Young mogła to zrobić?!". Cóż, z pewnością nie podarowała swoim czytelnikom banalnego zakończenia. Pisarka najwyraźniej wyznaczyła sobie za zadanie, aby zaskoczyć swoich fanów, a może i nawet ich zaszokować. I udało się jej to. Sama nie wiem czy na dobre, czy na złe. Po prostu nie tego się spodziewałam. Ostatnie tomy serii, które się pokochają mają być sielankowe i szczęśliwe, a pełnokrwiści bohaterowie mają ruszyć razem w stronę zachodzącego słońca. Przynajmniej tak jest w założeniu, bo nadal są autorzy, którzy decydują się na pójście w odwrotną stronę, a to jest jak z loterią - nigdy nie wiadomo. Uważam, że zakończenie wyszło raczej takie słodko-gorzkie i mi zdecydowanie nie przypadło do gustu, chociaż ta jego otwartość w pewnym stopniu pozwala się domyślać, co będzie dalej.

Wzloty i upadki. Tak bym skrótowo określiła swoją przygodę z serią Kroniki czerwonej pustyni. Pierwszy tom był świetny, niesamowicie mnie wciągnął i czytałam go z wypiekami na twarzy. Walki w klatkach, ciężki klimat, ta wszechobecna brutalność... Jeśli chodzi o kontynuację, to znacznie ostudziła mój zapał, bo za mało było w niej Jacka. Co się tyczy "Gniewnej gwiazdy"... w ostateczności uważam, że Moira Young spisała się świetnie. Bohaterowie wręcz wychodzili z kartek, a napięcie nieustannie towarzyszyło mi w czasie lektury. Gdyby nie to zakończenie - byłoby idealnie.

Kroniki czerwonej pustyni mogę z czystym sumieniem polecić każdemu fanowi dystopii, ale także i osobom, które poszukują nowych wrażeń. Oryginalność tej serii z pewnością urzeknie każdego.
Moja ocena: 7/10

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

środa, 29 października 2014

Moira Young - Dzikie serce

Autor: Moira Young Tytuł: Dzikie serce (Kroniki Czerwonej Pustyni tom 2) Wydawnictwo: Egmont Liczba stron: 398

Kroniki Czerwonej Pustyni to trylogia, którą pokochałam całym sercem. To jedna z najlepszych dystopii, które miałam okazję kiedykolwiek przeczytać. Pierwszy tom, "Krwawy szlak" tak bardzo mi się spodobał i tak wiele sprzecznych emocji we mnie wywołał, że z niecierpliwością wyczekiwałam premiery kontynuacji, "Dzikiego serca". Gdy ją w końcu trzymałam w dłoniach, byłam ogromnie podekscytowana. Jesteście ciekawi, czy spełniła moje oczekiwania?

Saba była pewna, że jej życie w końcu wróciło na właściwie tory. Ma przy sobie ukochanego brata bliźniaka, Lugh oraz młodszą siostrę, Emmi. Niedługo trafi nad Wielką Wodę, gdzie dołączy do niej ukochany Jack - czy mogłoby być jeszcze lepiej? Jednak główna bohaterka dowiaduje się czegoś, co każe jej wątpić w lojalność Jacka... I pod wpływem niespodziewanych wydarzeń znowu trafia w sam środek niebezpieczeństwa.

Jestem rozczarowana. Absolutnie, totalnie rozczarowana. Niby oceniłam kontynuację na mocną siódemkę, ale dla mnie to stanowczo za MAŁO, nie po takich oczekiwaniach, które miałam. To za słaba ocena na drugi tom serii, której prequel po prostu wgniótł mnie w fotel i po jego przeczytaniu myślałam: "ja chce więcej!". Mnie, osobiście jako czytelnika Moira Young po prostu zawiodła. "Dzikie serce" pod względem napisania nie ustępuje niczym "Krwawemu szlakowi", tutaj także nadal występuje nietypowa konstrukcja dialogów, czy generalnie warsztat pisarski autorki. Jednak to, co mi się w ogóle nie podoba to fakt, w jaki sposób zmierza fabuła tego tomu, a może powinnam raczej napisać, brak centrum osi fabuły, czy w ogóle odniesienia do tego, co będzie w ostatniej, finałowej części. Jakoś za mało wyrazista ta akcja, toczy się, bo toczy, ale w sumie czytelnik nie wie, dlaczego i po co. To jednak jeszcze zniosę, ale to, czego nie wybaczę szanownej Young to fakt, co zrobiła z główną bohaterką. Saba, niegdyś odważna, nieustraszona, silna, walcząca na praszczętach w sequelu przestała być tak wyrazista, przypominała ledwie cień samej siebie. Miłość do Jacka niestety, ale w moich oczach dużo jej ujęła, dziewczyna stała się straszliwie egoistyczna, nie patrzyła dosłownie na nic. I na to też starałam się przymykać oko, ale litości, ile można?

A teraz ponarzekam... Znowu. Nie zrozumcie mnie źle, "Dzikie serce" mi się podobało, czytałam znacznie gorsze kontynuacje. Zresztą to raczej osobista kwestia, bo to, co dla mnie jest minusem, nie dla każdego musi nim być. Najbardziej zawiodła mnie praktycznie ZNIKOMA, tak, znikoma, obecność Jacka. Bohatera, którego po prostu pokochałam, a w tym tomie ledwie się pojawia. Mężczyzna, który potrafi urozmaicić każdy dialog, nadać mu życie i sarkastyczny humor, typowy dla tej postaci. Jack, który rozświetla swoją obecności każdą chwilę, nawet tę najgorszą. Będąc w połowie lektury myślałam: "spokojnie, na pewno zaraz będzie Jack, a ty będziesz mogła podwyższyć ocenę", ale się przeliczyłam. Jak można tak świetną i wyrazistą serię, jaką są Kroniki Czerwonej Pustyni pozbawić jednej z najciekawszych osobowości? Ja się pytam, jak?!


Jak widzicie, "Dzikie serce" wzbudziło we mnie słodko-gorzkie emocje. Z jednej strony cieszyłam się, że znowu mogłam wrócić do postaci, które pokochałam całym sercem przy spotkaniu w "Krwawym szlaku", a z drugiej strony obawiałam się rozczarowania, które zresztą mnie spotkało. Cóż, chyba o to chodzi w książkach, prawda? Żeby wywoływały emocje. I w tym przypadku Moira Young spisała się na medal. Polecam wielbicielom dystopii, którzy w tym gatunku poszukują czegoś świeżego i innowacyjnego. Kroniki Czerwonej Pustyni napisane oryginalnym, a niekiedy kwiecistym językiem nie spodobają się każdemu, ale mimo to jestem pewna, że wielbiciele dystopii i mocnych wrażeń na pewno znajdą tutaj coś dla siebie.
"Są ludzie, którzy mają w sobie moc zmieniania rzeczy. Odwagę, aby działać w służbie czegoś większego niż oni sami."
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

niedziela, 5 października 2014

Philippa Gregory - Złoto głupców

Autor: Philippa Gregory Tytuł: Złoto głupców Wydawnictwo: Egmont Liczba stron: 339

Każdy fan powieści historycznych z pewnością słyszał o Philippie Gregory - uznawanej pisarce tego gatunku. Z wykształcenia Gregory jest historykiem, więc dobrze wie, o czym pisze. Międzynarodową sławę zyskała za sprawą książki "Kochanice króla", która doczekała się swojej ekranizacji. Zakon Ciemności to cykl jej autorstwa skierowany głównie do młodzieży, a jego poprzednie części to: "Odmieniec" oraz "Krucjata". Oba tomy miło wspominam, pozostawiły one po sobie dobre wrażenia, jednak odczuwałam pewien niedosyt. Jesteście ciekawi jak Philippa Gregory spisała się w trzeciej części pt. "Złoto głupców"?

Fabuła "Złota głupców" jest bardzo zbliżona do tych z poprzednich tomów, nie mogę napisać zbyt wiele bez zdradzenia istotnych faktów. Nasi młodzi podróżnicy Luca, Freize, Izolda i Iszrak otrzymali zadanie od przełożonego Luki, będącego Inkwizytorem. Tym razem trafiają do tętniącej karnawałową zabawą pięknej Wenecji, gdzie mają zbadać sprawę fałszerstwa monet. I tym razem na naszych bohaterów czeka wiele niebezpiecznych zadań...

"Złoto głupców" jest o wiele lepszą książką, niż jego poprzednicy. Z ciekawszą osią fabuły i o niebo bardziej interesującym umiejscowieniem. Powiedziałabym, iż jest to bardziej klimatyczna powieść, ze względu na miejsce, w którym rozgrywa się akcja. Wenecja to świetny wybór na perypetie głównych bohaterów, ponieważ można w nieskończoność opisywać piękność tego miasta, a tym samym zachęcić czytelnika do wgłębienia się w tę lekturę. Jednak oczywiście nie każdemu pisarzowi może się udać wcielić ten plan w życie, do tego trzeba mieć odpowiednie umiejętności pisarskie. I Philippa Gregory jak najbardziej je ma, bowiem właśnie jedną z największych zalet serii Zakon Ciemności są obrazowe opisy, które pozwalają niemal odczuć na własnej skórze aurę tętniącej zabawą Wenecji. Pisarka ta nie bez powodu jest nazywana królową powieści historycznych, jej książki są jednymi z najlepszych w gatunku, a sama Gregory z powodzeniem umie odzwierciedlić nie tylko fakty historyczne, ale także uczucia bohaterów i czasem nawet humor. A ta wybitna mieszanka to według mnie przepis na sukces.

W poprzednich tomach Philippa Gregory raczej delikatnie zarysowała wątek miłosny, subtelnie starała się nie wykorzystywać jego potencjału na jeden raz, ale dawkować go na kolejne części. Ten zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę i pomimo, że zostawia czytelnika z uczuciem niedosytu, to także potęguje jego ciekawość. Powiem tylko tyle, iż w "Złocie głupców" romans nabiera większego rozmachu.

Podsumowując: "Złoto głupców" jest jeszcze ciekawszą opowieścią, niż "Odmieniec" czy "Krucjata" i świadczy o tym nie tylko przepiękna okładka, czy opis, ale przede wszystkim zawartość tej książki. Zakon Ciemności to cykl, którzy z pewnością przypadnie do gustu czytelnikom poszukującym lekkiej, ale absorbującej lektury na kilka wieczorów. Polecam!
" (...) Świat jest pełen tajemniczych zjawisk i tylko zadając pytania, ucząc się i badając, możemy cokolwiek zrozumieć."
Moja ocena: 7/10

piątek, 3 października 2014

Romantyczna seria: "Mała księżniczka" i "Dziewczę z sadu"

Autor: Frances Hodgson Burnett Tytuł: Mała księżniczka Wydawnictwo: Egmont Liczba stron: 283

Jestem pewna, że nie ma osoby, która by nie słyszała o klasyku, jakim jest "Mała księżniczka" autorstwa Frances Hodgson Burnett. To powieść, która chyba każdemu nieodłącznie kojarzy się z beztroskimi czasami dzieciństwa, gdzie nie było miejsca na smutki czy zmartwienia. Wydawnictwo Egmont jakiś czas temu wznowiło wydanie wielu klasyków i wśród nich znalazła się właśnie "Mała księżniczka". Nowe wydania są piękne, niezwykle klimatyczne i poręczne, a przede wszystkim przypomną wielu osobom o wspaniałych, lecz może nieco już zapomnianych książkach.

Sara Crewe ma wszystko, o czym tylko może zamarzyć siedmioletnia dziewczynka. Jej życie jest jak z bajki, usiane samą zabawą, baśniowymi historiami i pięknymi sukniami. Przez to wszystko razem wzięte mogłoby się wydawać, iż jest ona dzieckiem rozpieszczonym, ale wcale tak nie jest - to niezwykle skromna i empatyczna dziewczynka. Pewnego dnia musi opuścić rodzinne Indie wraz ze swoim ukochanym ojcem i zamieszkać na pensji dla dziewcząt w Londynie. W tym miejscu jest nieustannie hołubiona i wystawiana na podest. Jej dobre i poukładane życie zmienia się niewyobrażalnie, gdy w dniu swoich jedenastych urodzin Sara dowiaduje się, iż jej ojciec umarł i popadł w bankructwo. Od tamtej pory zostaje zmuszona do pracy jako służąca, zamieszkuje zimny strych i jej jedynym ukojeniem jest nieograniczona wyobraźnia...

To niesamowite uczucie, móc znowu przeczytać tę magiczną opowieść będącą źródłem tak wielu istotnych wartości. Nasza główna bohaterka, Sara budzi tak ogromną sympatię, że czytelnik już od pierwszych stron zostaje zaciekawiony jej losami. To mądra, bystra, ale także i niezwykle sympatyczna i pomocna dziewczynka. Jednocześnie jest ona idealną postacią, która ukazuje co tak naprawdę jest ważne w życiu: nie są to pieniądze, a przyjaźń. I właśnie przez ten aspekt "Mała księżniczka" idealnie nadaje się na lekturę dla każdego, bez względu na wiek, jest to bowiem książka ponadczasowa. Jeśli jakimś cudem jeszcze nie przeczytaliście tej baśniowej historii, to musicie szybko to zmienić!
"Cokolwiek się zdarzy - powiedziała sobie - jedna rzecz wszakże się nie zmieni. Choćbym była księżniczką w łachmanach, jednakże i wtedy potrafię zachować swą godność książęcą. Łatwo być księżniczką gdy jest się odzianą w złote szaty, ale znacznie większy triumf - pozostać nią nawet wtedy, gdy nikt o Tobie nie wie."
Moja ocena: 8/10

Autor: Lucy Maud Montgomery Tytuł: Dziewczę z sadu Wydawnictwo: Egmont Liczba stron: 190

Lucy Maud Montgomery to ponadczasowa pisarka, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Ogromną sławę przyniosła jej seria Ania z Zielonego Wzgórza, jednak tym razem będę pisała o innej powieści, która wyszła spod jej pióra.

Głównym bohaterem, a zarazem jej narratorem tej historii jest dwudziestoczteroletni Eric Marshall, świeżo upieczony absolwent college'u. Pewnego dnia jego przyjaciel, Larry prosi go o przysługę: ma on zastąpić go w szkółce w Charlottetown na Wyspie Księcia Edwarda. I to wydarzenie na zawsze odmienia życie tego młodego mężczyzny. Spacerując po okolicy Eric zauważa zaniedbany, stary sad i wiedziony piękną muzyką wydobywającą się ze skrzypiec idzie dalej, w jego głąb. Tam zauważa niesamowitą dziewczynę, o niespotykanej urodzie, w której się zakochuje. Los jednak przygotował mu kilka niespodzianek...

Przyznaję, że nie czytałam osławionego cyklu Ania z Zielonego Wzgórza, oglądałam jedynie jego ekranizację, a jak powszechnie wiadomo, filmy nie zawsze odzwierciedlają piękno papierowej wersji. Jednak nie o tej serii Lucy Maud Montgomery chciałam pisać, tylko o jej innej powieści, która niesamowicie mnie urzekła i jej tytuł to: "Dziewczę z sadu". Ostatnio z twórczością Montgomery zetknęłam się przy okazji lektury "Błękitnego zamku", który również jest częścią Romantycznej serii wydawanej nakładem Wydawnictwa Egmont i już wtedy ta klasyczna pisarka mnie po prosto oczarowała.

"Dziewczę z sadu" ma ten magiczny klimat i aurę, które zostały zarezerwowane dla klasyków, ale nawet i to nie jest zawsze pewne. Jest coś uroczego i fascynującego w czytaniu książek, które niestety, ale w obecnych czasach zostały chyba trochę odsunięte w bok. A szkoda, bo wśród nich są powieści, które wielu osobom bez wątpienia by się spodobały. Lucy Maud Montgomery ma świetnie wypracowany warsztat pisarski, który jest bardzo obrazowy i lekki, zawiera wiele pięknych i dopracowanych opisów urozmaicających całą lekturę.

"Dziewczę z sadu" to niestety powieść, która nie ma zbyt wielu stron, bo zaledwie 190. Mimo to, autorka skutecznie zainteresowała mnie fabułą. Jest coś ponadczasowego w czytaniu tak delikatnej i pierwszej miłości, którą przeżyli bohaterowie tej książki. Polecam!
"Nieuchwytna, przejmująca melodia dziwnie pasowała do tego czasu i miejsca. Słychać w niej było westchnienie leśnego wiatru, niesamowity szept traw na które opada rosa białe myśli "czerwcowych gwiazdek", wesołość kwiatów jabłoni, echa dawnych śmiechów, pieśni i szlochów rozlegających się niegdyś w tym sadzie, a poza tym był tam tęskny płacz, jakby coś chciało wyrwać się na wolność i wypowiedzieć."
Moja ocena: 7/10

czwartek, 11 września 2014

Scott Westerfeld - Wyjątkowi

 Autor: Scott Westerfeld Tytuł: Wyjątkowi Wydawnictwo: Egmont Liczba stron: 382

Scott Westerfeld to pisarz, który z pewnością zasługuje na uznanie, a mimo to mam wrażenie, iż jego twórczość w Polsce nie jest tak powszechnie znana, jak powinna. Powieść pt. "Brzydcy" skradła moje serce, a jej kontynuacja "Śliczni" tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Niedawno w bibliotece w końcu zauważyłam upragniony finałowy tom "Wyjątkowi". Oczywiście od razu go wypożyczyłam i pełna podekscytowania przystąpiłam do lektury i ach... cóż to była za przygoda!

Tally Youngblood to nastolatka, która żyje w dystopijnym świecie. W tym świecie każda osoba, która ukończyła szesnasty wiek życia ma obowiązek poddania się operacji, która zmienia go z Brzydkiego w Ślicznego. Perfekcyjną personę, której w zasadzie jedynym zmartwieniem jest to, jak i gdzie dobrze się zabawić. Główna bohaterka jednak odkryła, iż Śliczni są pustogłowi, a operacja nie zmienia tylko i wyłącznie ich wyglądu, ale także i sposób postrzegania świata. W wielkim skrócie: mają oni nie sprawiać żadnych problemów władzy.

Tally w trzecim, a zarazem finałowym tomie poznajemy jako Wyjątkową, a konkretnie Nacinaczkę. Nacinacze nie podlegają Wyjątkowym Okolicznościom i sami tworzą własne zasady. Bohaterka razem ze swoimi przyjaciółmi wyrusza na niebezpieczną misję, której celem jest odnalezienie Nowego Dymu. Miasto to jest zamieszkiwane przez zbuntowanych ludzi, którzy nie chcą poddawać się operacjom. Jak dalej potoczą się losy Tally?

Wiecie za co pokochałam trylogię Scott'a Westerfeld'a? Cóż, po pierwsze na pewno za okładki. Są okropne! Na myśl przychodzi mi seria Cassandry Clare z polskimi okładkami, które są po prostu tragiczne, ale treść - zachwycająca. W tym przypadku jest tak samo. Seria tego pisarza jest po prostu oryginalna, o co obecnie przecież ciężko. Nie brakuje powieści dystopijnych na rynku wydawniczym, a cykl Westerfelda na ich tle zdecydowanie się wybija. Pisarz dopracował każdy tom, stworzył spójną historię, którą się pochłania z wypiekami na twarzy. Prequel i sequel czytałam z niesłabnącym entuzjazmem, natomiast finałowy tom po prostu pochłonęłam. 

Zakończenie niestety jako czytelnika niezbyt mnie usatysfakcjonowało. Odniosłam wrażenie, jakby pisarzowi na samej mecie zabrakło pomysłu na dokończenie całej historii. Fakt, nie było to najgorsze możliwe zakończenie, ale na pewno też nie takie, które wyjaśnia wszystko.

W tej części pisarz skupił się na Nacinaczach - jak już wspomniałam, nie podlegają oni Wyjątkowym Okolicznościom i sami tworzą swoje własne zasady. Scott Westerfeld rzucił na nich trochę światła w tym tomie, bo w poprzednich było o nich niewiele wspomniane. Śliczni, aby czuć się "pysznymi" musieli po prostu dobrze się bawić i ryzykować, bo przecież bez ryzyka nie ma zabawy. Nacinacze natomiast mają skórę poznaczoną bliznami, które sami sobie sprawiają - chcą czuć się bardziej "mroźnie". Ich twarze składają się z samych ostrych kątów i wgłębień, a dodatkowo pokrywają je blizny. Krótko mówiąc są po prostu... przerażający. Właśnie za nowatorską ideę Nacinaczy najbardziej doceniłam finałową część tej trylogii.

"Wyjątkowi" to popis umiejętności pisarskich Scott'a Westerfeld'a. Ten pisarz rzuca nowe światło na powieści dystopijne. Wyobraźnia tego autora wydaje się prawie że nieograniczona. Jeśli nadal nie czytaliście tej trylogii, to gorąco zachęcam Was do jej lektury!
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

środa, 30 lipca 2014

Premierowo: Monika Kowaleczko-Szumowska - Galop '44

Autor: Monika Kowaleczko-Szumowska Tytuł: Galop '44 Wydawnictwo: Egmont
Galop ’44 - Monika Kowaleczko-Szumowska
Seria Poza czasem Wydawnictwa Egmont znam i lubię. Pokochałam Trylogię czasu, "Gorączkę", a nawet nieco słabszą "Nieskończoność". To są tytuły, w których głównym wątkiem jest miłość. "Galop '44" Moniki Kowaleczko-Szumowskiej to jednak inna bajka. To nie jest lektura, która porusza łatwe i przyjemne tematy. Mowa tutaj o Powstaniu Warszawskim. Przecież zakończyło się ono klęską, pogromem Polaków. Jednak nie tylko - ukazało ono przede wszystkim wolę walki i ducha patriotyzmu mieszkańców ówczesnej Polski. Pisarka podjęła się więc trudnego zadania, bo w swojej powieści zdecydowała poruszyć się trudny motyw w dosyć niekonwencjonalny, połączyła go bowiem z... podróżami w czasie. Jesteście ciekawi, co wyszło z tak nietypowej kombinacji?

Wojtek i Mikołaj, choć są braćmi, nie mogli się od siebie bardziej różnić. Starszy Wojtek to małomówny i poukładany nastolatek, podczas gdy młodszy Mikołaj jest żywiołowym i ciekawym świata chłopcem. Rodzeństwo niezbyt dobrze się dogaduje, na próżno można doszukiwać się u nich braterskich uczuć. Wszystko zmienia jedno wydarzenie - wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam Mikołaja spotyka niesamowite zdarzenie - chłopak przenosi się w czasie i trafia do roku 1944 w sam wir Powstania Warszawskiego. Wojtek decyduje się na tą samą podróż, aby uratować brata. Dzięki tej niezwykłej, ale niebezpiecznej przygodzie chłopcy poznają najważniejsze wartości w życiu, jakimi są przyjaźń i miłość.

Monika Kowaleczko-Szumowska rozpoczyna swoją historię od opisu dwóch braci. W ogóle niepodobnych do siebie nie tylko z wyglądu, ale też i charakteru. W zasadzie muzyka to jedyne łączące ich wspólne zainteresowanie, które i tak też często doprowadza do ich kłótni. Do czego zmierzam? Otóż do tego, że pomimo tak oczywistych różnic Wojtka i Mikołaja, ten pierwszy, wiedząc, gdzie jest Mikołaj, ruszył mu na pomoc. Wiedząc, jak absurdalna jest sama idea podróży w czasie, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie na niego czyha pragnął zabrać brata do domu. Polska pisarka świetnie ukazała więzi łączące to rodzeństwo, pomimo tego, że oboje często siebie nawzajem irytują, wkurzają i doprowadzają do szału, to wciąż są braćmi.

Największy podziw wzbudza oczywiście fakt, z jaką dokładnością i precyzją pisarka opisała fakty historyczne. Gołym okiem widać, jak wiele pracy poświęciła samemu zebraniu materiałów, nie wspominając już o pisaniu powieści. Do książek opartych na historii zazwyczaj podchodzę z ostrożnością i myślę też, że sami autorzy robią tak samo. Gdy sięga się po tematy, które w rzeczywistości miały miejsce, trzeba wykazać się dużym wyczuciem i taktem. Monika Kowaleczko-Szumowska to zrobiła. Sprawiła, że jej książka naprawdę wywołuje emocje, przez co czyta się ją z niesłabnącym zapałem.

Kolejnym plusem "Galopu '44" są także świetnie wykreowani bohaterowie, jakby żywcem wyrwani z rzeczywistości i umieszczeni na kartach powieści. Wojtek i Mikołaj, choć różni od siebie, na wskutek niesamowitych wydarzeń uczą się, co jest w życiu najważniejsze i powoli się do siebie zbliżają. Męstwo i odwaga to cechy, którymi nieraz musieli się wykazać i pomimo całkowitego nieprzystosowania do sytuacji wyszło im to świetnie. Co lepsze, pisarka nie przesadziła i nie zrobiła z zwyczajnych chłopców dwóch postaci, całkowicie odrealnionych.

"Galop '44" nie jest książką pozbawioną wad. Osobiście zabrakło mi pewnego wstępu do opisywanych wydarzeń. Wojtek i Mikołaj już praktycznie na samym początku zostają przeniesieni w czasie. Jak dla mnie całe to zdarzenie zostało rozegrane zbyt szybko, z pewnością można byłoby trochę je rozbudować, wtedy czytelnik zastanawiałby się nieustannie: "kiedy TO się stanie?!", a tak tego elementu zaskoczenia i napięcia został już pozbawiony na starcie. Poza tym samo to, jak bohaterowie przenieśli się w czasie woła o pomstę do nieba, podróże w czasie przez tunel w muzeum jakoś niezbyt do mnie przemawia. Zdecydowanie ten wątek został potraktowany po macoszemu.


"Galop '44" to barwna opowieść, która wciągnęła mnie do ostatniej strony. To książka, którą po prostu trzeba przeczytać. Idealnie odzwierciedla ona wartości, które w życiu są najważniejsze, a często o nich zapominamy. Autorka podkreśla, jak istotne jest to, abyśmy nie pozwolili sobie zapomnieć o naszej historii. Polecam!

Moja ocena: 7/10

niedziela, 29 czerwca 2014

Joanna Jodełka - Ars dragonia


http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/219000/219177/265855-352x500.jpg
Autor: Joanna Jodełka
Tytuł: Ars Dragonia
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 279
Moja ocena: 4/10

Do fantastyki w wydaniu polskich autorów nadal podchodzę z obawą, ale mimo to chętnie po nią sięgam. Ktoś zapyta, dlaczego? Powód jest prosty - z ciekawości. Wciąż czekam na tę jedną powieść, która powali mnie na kolana i dzięki której uwierzę, że nasi rodzimi pisarze również mogą się świetnie wpisać w kanony fantastyki.

"Ars Dragonia" wzbudził we mnie mieszane uczucia, zanim jednak przejdę do właściwej części swojej recenzji, wypadałoby wspomnieć co nie co o fabule. Akcja tej powieści toczy się w Poznaniu, do którego przybywa nasz główny bohater, szesnastoletni Sebastian Pitt. Przyczyna przyjazdu chłopca nie jest zbyt pozytywna, bowiem jej powodem jest pogrzeb jego dziadka, który zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Sebastian już od początku swojego pobytu w tym mieście, zaczyna zauważać dziwne rzeczy. Pojawia się nie tylko coraz więcej pytań bez odpowiedzi, ale także i  tajemnic...

Niby "Ars Dragonia" czyta się szybko, niby nie jest to taka straszna książka, ale... No właśnie, to "ale". W istocie dzieło polskiej pisarki okazało się dla mnie po prostu nudne i przegadane. Na początku akcja mknęła szybko, dodatkowo lekturę urozmaicały archiwalne dokumenty tajemniczej organizacji, które tylko potęgowały niepewność w rodzaju "nie wiem, czego się spodziewać". I na prawdę nie wiedziałam. Nie powiem, pierwsze pięćdziesiąt stron tego dzieła zainteresowało mnie, jednak im dalej w las, tym gorzej.

"Ars Dragonia" wydaje się jedną z tych książek, przy której można miło spędzić czas. Lekka, przyjemna, pozwala odetchnąć na chwilę od dnia codziennego. Zaraz, wróćmy, wcale taka nie jest, a chyba powinna, bo przypuszczam, że jej grupą docelową jest młodzież. Początkowo się nie zrażałam tym, że nie rozumiałam, o czym ta powieść jest, myślałam "spokojnie, przecież wszystko się wyjaśni". I nie za bardzo wyjaśniło, wręcz przeciwnie - było więcej niewiadomych niż wiadomych. Cała książka jest bardzo chaotyczna, jest dużo przeskoków narracji, przez co czytelnik nie bardzo może rozeznać się w akcji. To mylące, bo nawet nie zdążyłam dobrze przemyśleć tego, co przeczytałam, a Joanna Jodełka przenosiła mnie już w inne miejsce. W efekcie zachęcająca otoczka tajemniczości i niepewności zaczęła być dla mnie po prostu irytująca.

"Ars Dragonia" to książka, na której mocno się zawiodłam. Liczyłam na powieść, która umili mi czas, a to, co otrzymałam to misz-masz różnych koncepcji na fabułę, które nie bardzo do siebie pasują. Jeśli musiałabym podsumować jednym słowem tę lekturę, byłoby to słowo: chaos. Odniosłam wrażenie, jakby Joanna Jodełka nie potrafiła się zdecydować na jeden spójny pomysł, więc postanowiła wmieszać ich kilka i stworzyć prawdziwą mieszankę. To zdecydowanie nie jest najlepszy przepis na dobrą młodzieżową książkę z pogranicza fantastyki.

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

wtorek, 24 czerwca 2014

Yvette Żółtkowska-Darska - MESSI. Mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem


Messi, mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem - Yvette Żółtowska-Darska
Autor: Yvette Żółtkowska-Darska
Tytuł: Messi. Mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 185
Moja ocena: 7/10
Chyba nie ma osoby, która nie słyszałaby o legendarnym piłkarzu, jakim jest Lionel Messi. Nie trzeba nawet być fanem piłki nożnej, bo to nazwisko po prostu się słyszy. Sama biografia Messiego jest nie tylko bardzo ciekawa, ale także i inspirująca. Lea już jako dziecko cechowała fascynacja do piłki nożnej, która rosła wraz z jego wiekiem. To niezwykle zdeterminowany i skromny chłopiec, którego historia ukazuje, że wszystko jest możliwe, jeśli pragnie się tego wystarczająco mocno.

"Messi. Mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem" to, nie da się ukryć, nieco inna propozycja wydawnicza o tym piłkarzu, niż te, które ukazały się dotychczas. Ta książka jest napisana bardzo lekkim i przystępnym językiem, przez co dla dzieci będzie niezwykle przyjemna w odbiorze, co nie znaczy, że starszym czytelnikom nie przypadnie do gustu. Warsztat pisarski autorki jest elastyczny i pomysłowy, przez co odniosłam wrażenie prawie jakbym "płynęła" po stronach. Tę powieść naprawdę czyta się w błyskawicznym tempie! Biografia Lionela Messiego jest podzielona na pięć części, z czego każda ukazuje ewolucję i poszczególne etapy kariery piłkarza. Od trudnych początków, aż do stania się prawdziwym mistrzem.

Yvette Żółtkowskiej-Darskiej udało się stworzyć naprawdę interesującą biografię. Przede wszystkim nie składa się ona z samych suchych faktów i informacji, bowiem autorka wzbogaciła ją o dialogi i rozmaite ciekawostki o kraju, z którego pochodzi Leo - Argentyny. Dodatkowo W "Messim..." aż się roi od pięknych zdjęć, przedstawiających nie tylko piłkarza, ale także jego przyjaciół i rodzinę. Czytelnik ma okazję zobaczyć na fotografiach małego Messiego, ale także i np. jego kolegów z klubów.

Na uwagę zasługuje też udana szata graficzna tej lektury. Nie tylko na zewnątrz jest kolorowa, barwna i przykuwająca wzrok, ale także i w środku. Teraz i młodsi czytelnicy też będą mieli okazję zapoznać się z historię Lionela Messiego, bo dotychczasowe biografie były raczej skierowane do doroślejszych odbiorców.

"Messi. Mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem" to nie jest zwyczajna biografia. Ta pozycja nie nudzi, a ciekawi, pozwala młodszym fanom na wzbogacenie swojej wiedzy o najlepszym piłkarzu świata - Leo Messim. Jak głosi napis na początku książki: "Miejcie swoją pasję. Podążajcie za nią. Uwierzcie w siebie i nigdy się nie poddawajcie. Jak uczy nas historia Leo, nie ma rzeczy niemożliwych." Polecam!

środa, 11 czerwca 2014

Marie Lucas - Między teraz a wiecznością

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/215000/215557/255652-352x500.jpg
Autor: Marie Lucas
Tytuł: Między teraz a wiecznością

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 421

Moja ocena: 6/10
Bardzo lubię przepełnione magią powieści z serii wydawnictwa Egmont Poza czasem. Do tej pory miałam okazję zapoznać się z kilkoma jej dziełami, m.in z Trylogią czasu, "Nieskończonością" czy "Cieniami na Księżycu". "Między teraz a wiecznością" to najnowsza powieść z tego cyklu wydawniczego. Jesteście ciekawi, czy urzekła mnie tak samo, jak inne książki?

Nasza główna bohaterka to szesnastoletnia Julia, która niedawno przeprowadziła się do nowego miejsca i tam też chce zacząć "nowe" życie, zapominając o swojej bolesnej przeszłości. W nowej szkole udaje kogoś, kim nie jest, zdobywa nowych przyjaciół i umawia się z popularnym Feliksem... Jednocześnie ciągnie ją do Nikiego, szkolnego outsidera, którego wszyscy omijają szerokim łukiem... Ale Niki pewnego dnia zagaduje Julię i ma dla niej przerażającą wiadomość od jej dziadka. Tylko, że jej dziadek nie żyje...

Niestety, ale w "Między teraz a wiecznością" jest cała masa schematów. Najlepszym przykładem jest szkolny outsider, oczywiście niezwykle przystojny, skrywający tajemnicę i przejawiający (a jakże inaczej!) zainteresowanie naszą główną bohaterką. Wyraźniej już się chyba nie dało. Szczerze mówiąc, to strasznie mnie boli i generalnie irytuje fakt, że niestety, ale coraz mniej jest oryginalności w powieściach skierowanych dla młodzieży. Za to elementem, który bardzo mi się spodobał to poruszenie motywu duchów. Do tej pory nie spotkałam się z tym tematem w wielu książkach, a szkoda, bo jest to pomysł obiecujący i intrygujący, z pewnością można z niego wiele "wycisnąć".

Kreacja bohaterów nie jest mocną stroną tej książki. Oczywiście kto jak woli, jednak ja jestem czytelniczką, która ogromną wagę przykłada do postaci. Julia może nie jest na podium, ale z pewnością znajdzie się dla niej miejsce na mojej osobistej liście najbardziej irytujących bohaterek. Już pomijając jej brak asertywności, doprowadzała mnie do szału swoim rozdarciem do miłości dwóch chłopaków (Serio? Znowu?). Mój rozum nie potrafi ogarnąć, dlaczego uporczywie płeć męska lgnie do takich dziewczyn. Osobowości drugoplanowe, które w zamierzeniu powinny wzbudzać ciekawość również zawiodły. W szczególności rozczarował mnie Feliks, w którym początkowo dostrzegałam inteligencję i arogancję. A ja lubię te cechy. W ostatecznym rozrachunku okazał się jedynie... płytki. Jednak nie jest tak źle, bo jest Niki, który niczym heros ratuje sytuację. Ta postać ma w sobie zdecydowanie coś mrocznego. Od samego początku niecierpliwie wyczekiwałam scen z jego udziałem. I na szczęście nie musiałam czekać długo.

Zadziwiające, że pomimo utartych schematów i za szybko posuwającą się do przodu akcją, odnalazłam przyjemność z czytania. Gdzieś tam pomiędzy stronami odkryłam, że historia Nikiego i Julii naprawdę mnie zaciekawiła. "Między teraz a wiecznością" ma podstawy do jeszcze lepszej opowieści. Książkę tą czyta się naprawdę błyskawicznie, nie jest skomplikowana, nie zmusza do uporczywego zastanawiania się, co bohaterowie mają namyśli. Jest prosta. Sądzę, że gdyby Marie Lucas poświęciła więcej czasu na doskonalenie swojego warsztatu, budowanie napięcia czy kreacji bohaterów, powieść byłaby naprawdę dobra. A tak to jest tylko niezła.

I w końcu odpowiadając na pytanie, które postawiłam na początku recenzji. "Między teraz a wiecznością" to ciekawa historia, której jednak brak tego urzekającego klimatu, który zewsząd mnie otaczał przy lekturze chociażby "Cieni na Księżycu". W odróżnieniu od nich, "Między..." ma przede wszystkim słabsze wykonanie. Warsztat pisarski Marie Lucas pozostawia dużo do życzenia, ale myślę, że wraz z kolejnymi jej książkami (o ile takowe się ukażą) będzie coraz lepiej. W jakimś stopniu to dzieło z niewykorzystanym potencjałem (przecież tyle już ich było!), a piszę to jako wieloletnia wielbicielka powieści młodzieżowych. "Między teraz a wiecznością" nie zadowoliło mnie dostatecznie, mimo to jestem pewna, że mniej wymagającym czytelnikom ta opowieść się spodoba. To dobra alternatywa na lekką lekturę.

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Kerstin Gier - Zieleń szmaragdu

Zieleń Szmaragdu - Kerstin GierAutor: Kerstin Gier
Tytuł: Zieleń szmaragdu
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 454
Moja ocena: 10/10
Trylogia czasu przyniosła niemieckiej pisarce Kerstin Gier międzynarodową sławę. Jej seria została pokochana przez miliony czytelników na całym świecie i zresztą nic dziwnego - to prawdziwy literacki fenomen ostatnich lat. "Zieleń szmaragdu" to trzeci, a zarazem finałowy tom, zwieńczenie całej historii opowiadającej o nastolatkach obdarzonych genem podróży w czasie - Gwendolyn Shepherd oraz Gideonie de Villiers.
Jeszcze zanim sięgnęłam po "Zieleń szmaragdu" towarzyszyło mi dużo rozmaitych emocji. Podekscytowanie, że oto przede mną leży kolejna część zachwycającej trylogii, radość wynikająca z faktu, że przez kilka dni będę mogła oddać się wciągającej lekturze, a także smutek, bo już koniec historii. Po lekturze przepełniało mnie jeszcze więcej uczuć. Poczułam żal, że nie ma czwartego tomu, a jednocześnie w głębi duszy wiem, iż Kerstin Gier obdarowała swoich bohaterów idealnym zakończeniem. Autorka stworzyła naprawdę wyjątkowy, uroczy i przezabawny cykl.
Fabuła w finałowym tomie jest bardzo podobna do tej w poprzednich, z różnicą, że Kerstin Gier odkrywa tutaj wszystkie tajemnice, które nam zaserwowała. Wiemy, jaki emocjonujący koniec miał miejsce w "Błękicie szafiru". Serce Gwendolyn zostało złamane na milion małych kawałeczków, ale nastolatka nie ma nawet czasu, aby o tym myśleć, ponieważ intrygi z przeszłości wplatają się w teraźniejszość. Dziewczyna czy tego chce, czy nie - potrzebuje pomocy Gideona w rozwikłaniu prawdziwych intencji złowrogiego hrabii de Saint Germain. Przy okazji dowie się szokujących rzeczy o samej sobie...
Wiele czytelników w swoich recenzjach pisze, iż to "Zieleń szmaragdu" jest najlepszym tomem z całej trylogii. I nie sposób się z tym nie zgodzić. W dużej mierze to zasługa intryg, zagadek i tajemnic, które autorka w końcu wyjaśnia, ale także i tego, co pokochałam wcześniej: wartkiej akcji, wspaniałej kreacji bohaterów, lekkiego, ciekawego i absorbującego warsztatu pisarskiego Kerstin Gier, a także oczywiście dużego poczucia humoru autorki.
Bezsprzecznym atutem tej serii jest sam pomysł na fabułę. Podróże w czasie to wątek wciąż ledwie "ruszony" przez pisarzy, dlatego Kerstin Gier miała ogromne pole do manewru. I perfekcyjnie to wykorzystała, czerpiąc z niego wszystko, co najlepsze. W innowacyjny sposób skonstruowała akcję, połączyła poszczególne wątki tworząc jedną, wspólną i niezachwianą całość. 

Uwielbiam to uczucie, gdy pewna książka podoba mi się tak bardzo, że rzeczywistość nie ma żadnego znaczenia w obliczu wydarzeń fikcyjnych. Nie każda powieść potrafi tak mocno oddziaływać na czytelnika, a Kerstin Gier właśnie to się udało. Stworzyła ona trylogię, która podoba się wszystkim, niezależnie od wieku czy upodobań czytelniczych. Na przestrzeni tych trzech części niesamowicie zżyłam się z bohaterami i szczerze mogę powiedzieć, że naprawdę będzie mi ich brakowało. Jeśli ktokolwiek ma jakieś wątpliwości odnośnie przeczytania tej serii, to je rozwiewam - absolutnie warto się z nią zapoznać!
 "Z miłości robi się rzeczy, których inaczej by się nie zrobiło."
WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

środa, 23 kwietnia 2014

Kerstin Gier - Błękit szafiru

  
Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Błękit szafiru
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 363
Moja ocena: 10/10
 
Jakiś czas temu miałam okazję zapoznać się z pierwszą częścią osławionej Trylogii czasu, pt. "Czerwień rubinu". Jak się pewnie domyślacie, książka ta całkowicie i nieodwołalnie skradła moje serce. Całe szczęście na mojej półce od razu stała kontynuacja, więc nie czekałam długo, zanim zaczęłam ją czytać. I całkowicie przepadłam. Po raz kolejny.

Jeszcze kilka dni temu Gwendolyn Shepherd była przekonana, że jest zwyczajną nastolatką. No może nie do końca zwyczajną. Z nietypową rodziną, która odziedziczyła gen podróży w czasie. Do pewnego momentu sądzono, iż to kuzynka Gwen, Charlotta go posiada, jednak okazało się, iż matka głównej bohaterki zataiła jej prawdziwą datę urodzenia.

I takim trafem Gwen trafia do świata, którego nie rozumie, a w którym musi się odnaleźć i wypełnić "misję" wraz ze swoim przystojnym towarzyszem Gideonem de Villiersem. Owa misja polega na wczytaniu krwi wszystkich podróżników w czasie do chronografu i została ona powierzona przez hrabiego de Saint German. Jednak nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, co się stanie, gdy chronograf będzie kompletny, a Gwendolyn jako jedyna wydaje się mieć wątpliwości...

Najbardziej lubię w tej trylogii fakt, iż autorka potrafi rozbawić czytelnika. Często w młodzieżowych powieściach właśnie tego mi brakuje - elementu humorystycznego. W Trylogii czasu mamy tego wystarczająco. Kerstin Gier ma niebanalne poczucie humoru, które sprawiło, iż podczas lektury byłam z jednej strony rozluźniona, a z drugiej chłonęłam każde słowo i starałam się rozwikłać intrygi, które miały miejsce w "Błękicie szafiru".

W "Błękicie szafiru" pojawia się dwóch nowych bohaterów. Oboje są ogromną zaletą kontynuacji, ale póki co tylko jeden z nich miał szansę jasno zabłysnąć. Tą postacią jest Xemerius, demon-gargulec. Dialogi, w których on uczestniczy są tak rozbrajające, że niekiedy nie potrafiłam powstrzymać głośnych wybuchów śmiechu. Jestem pewna, że pokochacie go równie mocno, jak ja! To stworzenie potrafi urozmaicić nawet najnudniejszą rozmowę.

Autorka już w pierwszej części udowodniła czytelnikom, iż ma prawdziwy talent do pisania. Jej warsztat jest tak lekki, tak przystępny, że odniosłam wrażenie jakbym "płynęła" po lekturze. Zazwyczaj nie lubię długich rozdziałów, ale w tej trylogii w ogóle nie zwracałam na to uwagi, tak całokształt mnie zachwycił. Dodajcie do tego wartką, szybko toczącą się akcję i otrzymujecie murowany przepis na fantastyczne spędzenie dnia!

"Błękit szafiru" to świetna, wręcz wymarzona kontynuacja. Dokładnie o takiej myślałam, gdy skończyłam czytać "Czerwień rubinu". Zabawna, magiczna i wciągająca. Trylogia czasu pochłonie Was na długie godziny! Serdecznie polecam!

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Moira Young - Krwawy szlak

Krwawy szlak. Kroniki czerwonej pustyni - Moira Young Autor: Moira Young
Tytuł: Krwawy szlak
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 397
Moja ocena: 9/10
 
Akcja "Krwawego szlaku" ma miejsce w bliżej nieokreślonej przyszłości. Osiemnastoletnia Saba wraz ze swoim bratem bliźniakiem - Lugh, młodszą siostrą - Emmi oraz ojcem mieszka na prawdziwym odludziu. Rodzina rzadko tam widuje kogokolwiek, poza sobą. Jednak życie na pustyni nie jest łatwe. Srebrne Jezioro już dawno wyschło, brakuje im jedzenia, męczy ich klimat.

Pewnego dnia staje się rzecz niespotykana - pojawiają się czterej tajemniczy jeźdźcy, którzy porywają Lugh. Zrozpaczona Saba obiecuje mu, że go odnajdzie i za wszelką cenę pragnie dotrzymać danego słowa. Jednak, aby to zrobić musi opuścić dotychczas znane jej miejsce. Odkryje nowe, całkowicie nieznane jej tereny, pozna swoich sojuszników, ale także i wrogów... Przy pomocy Jacka i grupy wojowniczek zwanych Wolnymi Jastrzębiami wyrusza, aby ocalić swojego brata.

Krótko mówiąc, "Krwawy szlak" jest po prostu absolutnie zniewalający. Już od momentu, gdy trzymałam tę powieść w dłoniach towarzyszyło mi przeczucie, że będzie ona wyjątkowa. Entuzjastyczne opinie zamieszczone na skrzydełkach książki utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Ponadto już zapowiedziano adaptację filmową pod reżyserią samego Ridleya Scotta!

Na początku czytanie szło mi naprawdę opornie. Nie mogłam przyzwyczaić się do warsztatu pisarskiego Moiry Young, który jest dosyć nietypowy, a na ten trop naprowadziła mnie konstrukcja dialogów. Nie ma żadnych znaków interpunkcyjnych wskazujących na rozmowę bohaterów, a które w książkach zazwyczaj są obecne. Pierwszy raz spotkałam się z takim zabiegiem i nie mogłam do niego przywyknąć. Zamiast myślników mamy wyrazy takie jak: "mówię", "szepczę". Ta oryginalność autorki przypadła mi do gustu, bo przede wszystkim jej styl pisania okazał się miłą odmianą.

Podobno "Krwawy szlak" przypomina "Igrzyska śmierci". Z tym stwierdzeniem się jednak nie zgadzam. Owszem, jest to dystopia na wysokim poziomie, ale z osławioną trylogią ma naprawdę niewiele wspólnego. Saba faktycznie ma kilka cech Katniss, ale poza tym uważam, że wciąż są to kompletnie odmienne od siebie bohaterki, które mają różne powody działania i nie sądzę, aby zestawianie ich ze sobą było dobrym pomysłem. Bardzo się cieszę, iż "Krwawy szlak" nie okazał się podobny do "Igrzysk śmierci" tak, jak myślałam, że będzie. Nie miałam ochoty na powtórkę z rozgrywki, chociaż muszę przyznać, iż obie powieści czyta się wyśmienicie, szybko i z niesłabnącym zapałem!

Świat stworzony przez Moirę Young jest zachwycający i przerażający jednocześnie. Saba, wraz ze swoją rodziną całe swoje życie spędziła na pustynnych krajobrazach, gdzie burze piaskowe są na porządku dziennym. Jednak akcja zaczyna mknąć już od pierwszych stron i główna bohaterka bardzo szybko wkracza w nowe tereny. Najbardziej wstrząsnęło mną ukazanie Miasta Nadziei, które ze swoją nazwą ma niewiele wspólnego. Rozpadające się domy, otumanieni ludzie, walki w klatkach, które do złudzenia przypominają walki gladiatorów na arenie, naprawdę wbiły mnie w fotel. Tym pomysłem autorka już mnie chwyciła w szpony swojego talentu. Młode dziewczyny i młodzi chłopcy zmuszeni do brutalnych walk między sobą dla uciechy tłumu. Panują tam okrutne zasady: przegrasz walkę trzy razy, lądujesz na praszczętach, gdzie żądny krwi tłum zabija cię i pozbawia resztek godności.

Najlepsza w "Krwawym szlaku" jest wartka akcja. Uwielbiam takie książki, których nie mogę odłożyć aż do ostatniej strony, a z tą powieścią właśnie dokładnie tak miałam. Bardzo szybko przyzwyczaiłam się i polubiłam warsztat Moiry Young i doceniłam jej umiejętność kreowania napięcia i budowania akcji. Sama konstrukcja fabuły zasługuje na duże uznanie. Widoczne jest, iż autorka od początku i aż do samego końca miała świetny pomysł na poprowadzenie przygód bohaterów.

"Krwawy szlak" to pierwsza część Kronik czerwonej pustyni ukazującej się w Polsce nakładem wydawnictwa Egmont. Książka ta całkowicie i niezaprzeczalnie zawładnęła moim sercem. Pokochałam pełnokrwistych bohaterów, w szczególności odważną, silną i nieustępliwą Sabę. Powieść ta ma w sobie pokłady słodko-gorzkich emocji. To jedna z najlepszych dystopii, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Polecam, a tymczasem z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji!

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014, DYSTOPIA 2014.

środa, 9 kwietnia 2014

Kerstin Gier - Czerwień rubinu

http://ecsmedia.pl/c/czerwien-rubinu-trylogia-czasu-b-iext4037142.jpgAutor: Kerstin Gier
Tytuł: Czerwień rubinu

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 343

Moja ocena: 10/10
Trylogia Czasu, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Egmont to prawdziwy literacki hit ostatnich lat. Seria ta podoba się chyba wszystkim, niezależnie od wieku czy upodobań czytelniczych. Nie tylko ciekawi przepiękną grafiką, ale także intrygującym opisem. W końcu, podróże w czasie to temat, który wciąż wydaje się ledwie tknięty przez pisarzy.

Szesnastoletnia Gwendolyn Shepherd to nasza główna bohaterka. Słowem rzec- na pozór zupełnie zwyczajna nastolatka. No właśnie, to tylko pozory. Gwen mieszka w ogromnym domu, mocno przypominającym pałac wraz z całą swoją nietypową rodziną, która posiada gen podróży w czasie. W dodatku wszyscy są pewni, iż to kuzynka Gwendolyn, Charlotta go odziedziczyła. Jednak czas mija, a z nią nic się nie dzieje... i ostatecznie to Gwen przenosi się w czasie. Powiedzieć, że wszyscy byli w szoku byłoby wielkim niedopowiedzeniem.

Strażnicy, którzy strzegą tajemnicy i zgłębiają fascynujący temat, jakim są podróże w czasie, są w szoku. Przecież to Charlotta powinna mieć ten gen, to ona opanowała wszystkie potrzebne umiejętności i "misteria" do swoich "misji", Gwendolyn za to jest kompletnie niedoświadczona i nieprzygotowana do swojej roli. Na domiar tego jej towarzyszem będzie arogancki i zabójczo przystojny Gideon de Villiers. Jesteście ciekawi, jak poradzi sobie nasza główna bohaterka?

Kerstin Gier ma bardzo mocną podstawę, która sprawia, iż jej trylogia nie będzie nudna - fabułę. Mało dzieł porusza temat podróżny w czasie, autorka więc ma ogromne pole do manewru i muszę przyznać, że idealnie to wykorzystała. Podróżowanie w przeszłość zostało opisane ciekawie, a przede wszystkim bardzo przystępnie. Pisarka nie posługuje się naukowym słownictwem, a zrozumienie akcji nie jest najmniejszym problemem, nawet dla najbardziej opornego czytelnika.

Gdy czytałam recenzje "Czerwieni rubinu" byłam pewna, że są one zwyczajnie i na wyrost przesadzone. Nie spodziewałam się, iż tak ta powieść mi się spodoba, a spodobała i to jak! Gdy zaczęłam ją czytać, po prostu nie mogłam się oderwać aż do momentu dotarcia do ostatniej strony. Kerstin Gier to niesamowicie utalentowana pisarka. Ma prawdziwy dar, który sprawia, że jej książki dosłownie się pochłania! Jej warsztat pisarski jest bardzo plastyczny, lekki, potrafi pobudzać wyobraźnię. Wbrew pozorom nie jest to łatwa umiejętność do opanowania, a tej niemieckiej autorce udało się to wyśmienicie. Styl pisania Gier to jedna z ogromnych zalet tej trylogii.

Postaci... I tym samym przechodzimy do kolejnej zalety tej powieści. Gwendolyn, choć poniekąd prezentuje obraz zwyczajnej nastolatki, nie nudzi czytelnika, ale bawi swoją osobowością. Ta dziewczyna nie da sobie w kaszę dmuchać, nie przejmuje się zdaniem innych i ma ogromne poczucie humoru. Czytelniczki z pewnością znajdą męskiego bohatera, do którego można wzdychać, a jest nim oczywiście Gideon. Chłopak ten reprezentuje cechy typowego amanta książkowego (jak to ja lubię nazywać), ale mimo to nie odniosłam wrażenia, jakby był kalką innych postaci, wręcz przeciwnie. Zaciekawił mnie swoją osobowością, postawą i odwagą. Z kolei inni, drugoplanowi bohaterowie także nie są niczego sobie. Są pełnokrwiści i świetnie wykreowani, ze zdecydowanie wybijającą się Leslie.

Tajemnice, intrygi, miłość - to wszystko znajdziemy w "Czerwieni rubinu". To niesamowicie plastyczna historia, a autorka jej potencjał wykorzystała w stu procentach. Jest zabawna i niesamowicie wciągająca, a bohaterowie są pełnokrwistymi i fascynującymi osobowościami. Zdecydowanie polecam!

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

sobota, 22 marca 2014

Philippa Gregory - Krucjata


Krucjata. Zakon Ciemności - Philippa GregoryAutor: Philippa Gregory
Tytuł: Krucjata
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 298
Moja ocena: 6/10
Niedawno miałam okazję zapoznać się z pierwszym tomem serii Zakon Ciemności pt. "Odmieniec". Książka ta pozostawiła mnie pełną mieszanych uczuć: z jednej strony urzekł mnie bez wątpienia magiczny klimat tamtych czasów, ale jednocześnie czułam się rozczarowana, bo dzieło to nie okazało się takie, jakie myślałam, że będzie. Akcja chwilami wlokła się niemiłosiernie, nudziła, tylko po to, żeby zaraz przyśpieszyć. Jednak Philippa Gregory nie bez powodu jest nazywana królową powieści historycznych, dlatego pełna ciekawości przystąpiłam do lektury drugiej części tego cyklu. Jesteście ciekawi, czy okazała się lepsza?

Przede wszystkim nie da się ukryć, iż seria Zakon Ciemności ma raczej określoną grupę docelową. Jest to cykl mało skomplikowany, lekki, a przez to książki te pochłania się w błyskawicznym tempie. "Odmieńca" przeczytałam bardzo szybko, a jego kontynuację jeszcze szybciej!

Przede wszystkim czym jest tytułowy Zakon Ciemności? To organizacja, która szuka oznak działalności Boga i Szatana, i ostrzega przed końcem świata. Jej członkami zostają Luca Vero, oraz jego pomocnicy - Piotr i Freize. Kontynuują oni zadanie, które zostało im powierzone, a towarzyszą im przy tym Izolda oraz jej przyjaciółka Iszrak. W czasie przerwy na odpoczynek, młodzi podróżnicy napotykają dziecięcą krucjatę, która zmierza z Europy do Jerozolimy. Przywódcą tejże wyprawy krzyżowej jest zaledwie piętnastoletni szwajcarski pasterz imieniem Johann, który twierdzi, że został natchniony przez Boga. Kim on właściwie jest? I czy naprawdę miewa wizje?

Główni bohaterowie, których jest piątka mają niesamowitą i magiczną zdolność do pakowania się w przeróżne tarapaty. Spodobał mi się ten aspekt, jak Philippa Gregory umiejętnie połączyła wydarzenia historyczne z dawką humoru. Szczególnie Freize oraz Iszrak zdobyli moją sympatię. Polubiłam ich chyba bardziej niż Lucę i Izoldę. Niestety nie czytałam innych serii tej autorki, więc nie mam żadnego odniesienia, ale zdecydowanie mogę powiedzieć, że wiem, dlaczego tak dużo osób polubiło tą pisarkę. Nie da się ukryć, że kreowanie intryg i przygód postaci wychodzi jej naprawdę przyzwoicie. Z pewnością zapoznam się z innymi dziełami pani Gregory.

Zakon Ciemności to interesujący cykl, z którym z pewnością warto się zapoznać. Akcja w tej części jest znacznie lepiej skonstruowana i przedstawiona, niż w pierwszej. Jest po prostu ciekawsza i bardziej absorbująca. Seria Philippy Gregory na pewno przypadnie do gustu osobom, które poszukują lekkich powieści z historycznym tłem i znośną dawką romansu.

niedziela, 16 marca 2014

Eve Edwards - Gra o miłość

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/207000/207225/229835-352x500.jpg

Autor: Eve Edwards
Tytuł: Gra o miłość
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 294
Moja ocena: 7/10
 
Eve Edwards może poszczycić się doktoratem z Oksfordu. Pisanie powieści historycznych jest dla niej prawdziwą zabawą. Specjalnie na użytek swojej serii oglądała wnętrza z epoki i turnieje rycerskie oraz uczestniczyła w ucztach w stylu elżbietańskim. Wszystko to po to, aby lepiej poznać ducha i smaki epoki. Pozostałe części "Kronik rodu Lacey" to "Alchemia miłości" oraz "Demony miłości", trzeci tom pt. "Gra o miłość" utwierdził mnie w przekonaniu, że powieści osadzone w historycznych czasach wcale nie muszą nudzić, ale mogą ciekawić, a nawet bawić.

W "Grze o miłość" prym wiodą Mercy Hart - córka pobożnego londyńskiego kupca i Kit Turner - aktor oraz nieślubny syn zmarłego hrabiego Dorset. Losy tych dwojga nieodwracalnie się krzyżują, gdy zakochują się w sobie, jednak droga młodych kochanków okazuje się usiana przeszkodami... Nie tylko pochodzą oni z różnych warstw społecznych, ale także całkowicie różnią się od siebie charakterami, są jak ogień i woda. Czy ostatecznie uda im się pokonać przeciwności losu i, czy ich miłość zwycięży?
"(...) Natura w swej dzikiej postaci. Przypomina nam, ludziom, że jesteśmy jedynie istotami z krwi i kości, choć dano nam rozum i duszę."
Do "Gry o miłość" podeszłam z podekscytowaniem, nie tylko dlatego, że okładka jest zdecydowanie najładniejsza z całej serii, ale także dlatego, iż opis zaciekawił mnie znacznie bardziej, niż w pierwszym, czy w drugim tomie. Kit, od momentu wkroczenia na scenę skradł całą moją uwagę, dlatego nie mogłam się doczekać, gdy i on się zakocha. I stało się! W taki sam delikatny i wyrafinowany sposób, jak zakochali się Will i Ellie, czy James oraz Jane. Ponadto po prostu muszę wspomnieć o tym, że bardzo podoba mi się przetłumaczenie tytułu polskiego tomu, który idealnie oddaje treść książki.

W "Grze o miłość" nie znajdziemy nudnych opisów, których czytelnik nie będzie chciał czytać. Co to, to nie! Eve Edwards udowadnia, że powieści historyczne wcale nie muszą być nudne, a mogą być przyjemne. Podobnie jak w przypadku poprzednich tomów i tutaj urzekł mnie niezwykły tudorowski klimat tej serii. Ponadto warsztat pisarski autorki sprawia, iż po tej lekturze wręcz się mknie, a czytelnik jest coraz bardziej ciekawszy rozwoju wydarzeń, które pomimo tego, iż są przewidywalne, wciąż intrygują.

"Gra o miłość" to świetny tom i równie ciekawa kontynuacja poprzednich, barwnych części. Polecam zapoznanie się z serią "Kroniki rodu Lacey" fanom lekkich powieści osadzonych w czasach historycznych, z mocno uwypuklonym wątkiem miłosnym.
"Statek, który nadział się na skały, jest niebezpieczny również dla tych, co podpłyną zbyt blisko w nadziei, że go z nich ściągną."

środa, 19 lutego 2014

Philippa Gregory - Odmieniec

Odmieniec - Philippa Gregory
Autor: Philippa Gregory
Tytuł: Odmieniec
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 286
Moja ocena: 6/10
 
Philippa Gregory z wykształcenia historyk, to znana pisarka, która zdobyła międzynarodową sławę za sprawą książki "Kochanice króla", zekranizowanej także pod tym samym tytułem. Nic więc dziwnego, że jest nazywana królową powieści historycznych. Do tej pory jej twórczość była dla mnie całkowicie obca, jednak gdy w moje ręce wpadł "Odmieniec" nie powiem, ucieszyłam się. Jesteście ciekawi moich wrażeń?

"Odmieniec" otwiera nową serię Zakon Ciemności autorstwa Philippy Gregory, której akcja osadzona jest w średniowiecznej Europie. W powieści tej prym wiedzie dwójka głównych bohaterów, Luca Vero oraz Izolda.

Dotychczas życie siedemnastoletniej Izoldy było poukładane i dostatnie. Nastolatka otrzymała wszystko, czego tylko zapragnęła, jednak gdy umiera jej ojciec, pan zamku Lucretili, dziewczyna ma dwie drogi do wyboru: złożyć śluby czystości i wstąpić do zakonu lub poślubić mężczyznę, którego nawet nie zna. Żaden z tych wyborów nie jest dla niej zachęcający, jednak decyzja musi zostać podjęta... Izolda wstępuje do klasztoru.

Wraz z przybyciem bohaterki do zakonu, zaczynają się tam dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Siostry zakonne mają dziwne sny, są stygmatyzowane... Mówi się nawet, że szatan opętał to miejsce. Do rozwiązania tej zagadki zostaje wysłany Luca Vero- zaledwie siedemnastoletni chłopak, niezwykle przystojny i bystry, o którym w jego rodzinnej wiosce mawiali odmieniec...

Po przeczytaniu "Odmieńca" mogę stwierdzić, iż wiem, dlaczego tak dużo osób pokochało twórczość Gregory. Widoczne jest, że pisarka "zna się na rzeczy". Akcja przez większą część powieści toczy się w zakonie, a mimo to poczułam ten średniowieczny klimat. Autorka z niezwykłą precyzją i dokładnością opisuje szczegóły, które pozwolą czytelnikowi na "wniknięcie" w specyficzną atmosferę bardzo odległych nam czasów. Przede wszystkim mentalność bohaterów została ukazana w sposób godny pochwały; Gregory idealnie pokazała jak zacofane poglądy miało średniowieczne społeczeństwo, które wierzyło w zabobony i każde dziwniejsze wydarzenie tłumaczyło zjawiskiem nadnaturalnym. Ponadto pobożność niektórych postaci była po prostu obłudna i sztuczna, a autorka bez problemu to odzwierciedliła.

Bardzo lubię książki osadzone w przeszłości, dlatego do lektury "Odmieńca" podchodziłam z dużym podekscytowaniem. Niestety, nie otrzymałam dokładnie tego, czego oczekiwałam. Akcja chwilami była naprawdę nużąca i przewidywalna, ale za to pełnokrwiści bohaterowie i warsztat autorki dużo tutaj nadrabiały. Cykl ten polecam fanom lekkich, mało wymagających czytadeł historycznych z lekko zarysowanym romansem w tle. Na mojej półce stoi już drugi tom Zakonu Ciemności pt. "Krucjata" i jestem ciekawa, jak dalej potoczą się losy Izoldy, Luki i innych bohaterów.

sobota, 15 lutego 2014

Jennifer A. Nielsen - Fałszywy książe

Fałszywy książę - Jennifer A. Nielsen
Autor: Jennifer A. Nielsen
Tytuł: Fałszywy książę
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 392
Moja ocena: 10/10
Czasami sięgając po niektóre powieści mam takie dziwne przeczucie, że będą wyjątkowe, nie znając nawet ich treści. To moja rzecz i tak po prostu już mam. Moja intuicja mówiła mi, iż "Fałszywy książę" to książka, która zapadnie mi głęboko w pamięć. Miała rację.

"Fałszywy książę" otwiera Trylogię Władzy wydawaną w Polsce przez Wydawnictwo Egmont. Niedawno swoją premierę miała druga część pt. "Król uciekinier". To dobry powód, aby w końcu sięgnąć po tę serię, bo zdecydowanie jest tego warta. Zapewniam Was, że, gdy wnikniecie w tak sprytnie skonstruowaną intrygę, to nie oderwiecie się aż do samego końca!

Przenosimy się do fantastycznego świata Carthyi, gdzie życie wiedzie czternastoletni sierota i drobny złodziejaszek Sage. Chłopak nie ma nikogo, kto by się o niego troszczył i pomimo swojego młodego wieku nauczył się radzić sobie sam. Pewnego dnia główny bohater zostaje uwikłany w niebezpieczną intrygę, która oczami postronnych obywateli może zostać uznana za zdradę państwa. Zamożny arystokrata Bevin Conner znajduje czwórkę nastoletnich chłopaków, jednym z nich jest Sage i chce wykorzystać ich do swojego misternie uknutego planu. Mężczyzna ten pragnie zjednoczyć podzielone królestwo i posadzić na tronie mistyfikatora. Fałszywym księciem zostanie tylko jedna z sierot. Kogo wybierze Conner, gdy nadejdzie czas i co się stanie z pozostałymi chłopakami? A z czasem na jaw wyjdzie szokująca prawda...

"Fałszywy książę" od pierwszych stron jawił mi się jako swego rodzaju baśń. Osobliwa, inna, przykuwająca uwagę. Nastoletni chłopcy, zapomniani przez świat mają szansę na całkowicie inne życie od tego, które znają. Egzystencja pełna bogactw i przepychu a jednocześnie pełna ukrytego fałszu, wojen o władzę i intryg. Jednak zadania, które ich czekają wcale nie są takie proste, jak mogą się wydawać. Bohaterowie muszą nie tylko nauczyć się niezbędnych rzeczy jak stać się fałszywym księciem, ale muszą w istocie czuć się nim, ponieważ to, co ich czeka jest diabelnie ciężkie. Będą musieli kłamać już zawsze, być kompletnie kimś innym... Główna postać, Sage, od początku dostrzega ten aspekt ukrywający się pod zasłoną wspaniałego życia. Chłopak wie, iż takie życie byłoby jedynie fałszem i wcale go nie chce. Ale pragnie też żyć, więc chcąc nie chcąc staje się uczestnikiem tej niebezpiecznej gry.

Pokochałam książkę Jennifer A. Nielsen od pierwszych stron. Zakochałam się w magii, którą za sobą niesie. To naprawdę fantastyczne dzieło, niezwykle wciągające i pasjonujące. Podczas lektury czułam się, jakbym to ja uczestniczyła w wydarzeniach, nie potrafiłam zdystansować się od tej historii. Autorka skonstruowała sprytnie swoją intrygę i to muszę jej przyznać. Do samego końca nie byłam pewna tak naprawdę co się stanie, a wyjawienie "kluczowego" sekretu było dla mnie prawdziwym szokiem, bo kompletnie się tego nie domyślałam! Pisarka bezlitośnie bawi się i igra z uczuciami czytelnika. Podczas czytania nieustannie towarzyszyło mi napięcie, ale ostatnie strony to mistrzostwo, całkowita jazda bez trzymanki, dosłownie nie mogłam usiedzieć w miejscu.

Zazwyczaj to płeć piękna jest narratorem książki, jednak tutaj role zostały odwrócone, co wyszło autorce jedynie na dobre. Sage'a polubiłam od samego początku. To bystry, odważny, a jednocześnie lekkomyślny chłopak o ciętym języku. W wielu sytuacjach nasz główny bohater nie potrafił (lub nie chciał) poskromić swojego wybuchowego temperamentu, co niestety bardzo często źle się dla niego kończyło.

"Fałszywy książę" to jedna z najlepszych książek, jakie miałam okazję kiedykolwiek przeczytać. Całkowicie zawładnęła moim sercem, aż do ostatnich stron nie byłam pewna, co się wydarzy. Nie sposób przewidzieć jak się akcja potoczy, bo autorka idealnie i skrupulatnie o to zadbała. To nie jakaś tam byle jaka fantastyczna powieść, jakich pełno. To pełnoprawna fantastyka, którą pokochałam i szczerze wierzę, że Wy pokochacie ją tak samo. Polecam!

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

sobota, 11 stycznia 2014

Eve Edwards - Demony miłości


Demony miłości - Eve Edwards
Autor: Eve Edwards
Tytuł: Demony miłości
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 356
Moja ocena: 7/10
"Demony miłości" to druga część poczytnego cyklu "Kroniki rodu Lacey". Pierwszy tom, "Alchemia miłości" idealnie trafił w mój gust czytelniczy, sprawił, iż czas, który spędziłam podczas czytania tej książki nie należał do zmarnowanych. Ja po prostu nie potrafię odmówić sobie dobrego romansu umiejętnie połączonego z historią, nie dziwota więc, iż z entuzjazmem przystąpiłam to lektury "Demonów..."

Główną bohaterką poprzedniej części była hrabina Ellie Rodriguez, natomiast w kontynuacji prym wiedzie lady Jane Perceval. Życie zaledwie osiemnastoletniej kobiety nie należało do najłatwiejszych po zerwaniu zaręczyn z hrabią Dorsetem, jednak udało się jej wyjść na "prostą", obecnie jest markizą Rieveaulx i dwórką królowej Elżbiety I. Jane oczekuje przybycia na dwór Jamesa Laceya - mężczyzny, który skradł jej serce. Niestety, ich miłość nigdy nie należała do najłatwiejszych, co rusz napotykała jakieś problemy, przez co młodzi kochankowie nie mogli w spokoju nacieszyć się sobą. I- jak się okazuje- nadal nie mogą. Z jakimi przeszkodami nasi bohaterowie jeszcze będą musieli się zmagać?

Cykl Eve Edwards nie należy do najwybitniejszych i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Skierowany jest on przede wszystkim do mało wymagających czytelników, którym nie przeszkadza przewidywalność akcji, jej spokojne tempo oraz widoczny schemat w kreowaniu bohaterów. Ja, będąc zapoznana już z pierwszą częścią dokładnie wiedziałam czego się spodziewać, więc nie postawiłam poprzeczki wysoko, a także przymykałam oko na wszelkie nieścisłości i pozwoliłam całkowicie oddać się lekturze, która okazała się przyjemna i wciągająca. Warsztat Edwards jest bardzo lekki, przystępny i raczej nieskomplikowany, a w tym gatunku są to dla mnie cechy pożądane.

Musicie wiedzieć, moi drodzy, iż za każdym razem, gdy pomyślę o "Alchemii miłości" na moją twarz wypływa szeroki uśmiech, tak bardzo mi ta książka się podobała! Losy Ellie i Willa naprawdę mnie zafascynowały. Zafascynowały na tyle, że gdy przystąpiłam do lektury, skończyłam ją tego samego dnia. Gdy tylko zobaczyłam "Demony miłości" wiedziałam, że muszę tą powieść przeczytać i postawić na półce obok pierwszej części. Nie byłabym sobą, gdybym nie pochwaliła wspaniałych wydań obu dzieł. Otóż, te dwie książki naprawdę świetnie się prezentują, grafika jest przyjemna dla oka, świetnie "układają się" w dłoniach. Po raz nie wiem który muszę pochwalić grafików wydawnictwa Egmont za kawał dobrej roboty! Wracając do tematu; sądziłam, iż drugi tom będzie po prostu dalszą opowieścią losów Ellie i Willa, ale się myliłam, bowiem prym wiodą Jane oraz James. I choć historia ta bardzo mi się podobała, to mimo wszystko ta w "Alchemii..." jest moim zdaniem lepsza. Może dlatego, iż autorka raczej nie wysiliła się na oryginalność, odniosłam wrażenie, jakby sequel były kalką pierwowzoru. 

Szybko podsumowując: "Demony miłości" to godna kontynuacja, ale nie tak świetna jak pierwsza część. Skończyłam ją bardzo szybko, pławiąc się w niezobowiązującej lekturze i po cichu ignorując towarzyszące mi rozczarowanie faktem, iż autorka nie pokusiła się na coś oryginalniejszego. Co skłania mnie do przemyśleń, iż Eve Edwards nie stać już na nic więcej. "Kroniki rodu Lacey" polecam mało wymagającym czytelnikom oraz wielbicielom książki z tłem historycznym oraz mocno uwypuklonym romansem.