my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2015

Przedpremierowo: Samantha Shannon - Zakon Mimów

Autor: Samantha Shannon Tytuł: Czas Żniw tom II. Zakon Mimów Wydawnictwo: SQN Liczba stron: 533 Premiera: 22 kwietnia

"Zakon Mimów" to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier w 2015 roku. "Czas Żniw" Samanthy Shannon totalnie mnie w sobie rozkochał, przez co wręcz odliczałam dni do upragnionej premiery kontynuacji. I będzie to miało miejsce już 22 kwietnia, więc całkiem niedługo. Tymczasem ja już mogę się podzielić z Wami swoimi wrażeniami. Przygotujcie się na prawdziwą jazdę bez trzymanki i na emocjonalny rollercoaster!

Dziewiętnastoletniej Paige Mahoney wraz z kilkoma innymi osobami udało się uciec z kolonii karnej Szeol I. To jednak nie koniec problemów wyjątkowej Bladej Śniącej, wręcz przeciwnie - one dopiero się zaczynają. Bohaterka wraz z innymi uciekinierami jest zmuszona do ukrywania się na ulicach Londynu i oglądania się za ramię, obserwując czyhające na nią zagrożenia. Paige pragnie za wszelką cenę ostrzec wszystkich odmieńców i poinformować ich o Refaitach i Emmitach, aby mogli oni podjąć walkę w zbliżającej się być może wojnie. Nikt jednak nie jest skłonny, aby jej w tym pomóc, a w szczególności jej mim-lord Jaxon. Nikt nie chce słuchać o wytworach wyobraźni młodej dziewczyny. Blada Śniąca jest jednak zdeterminowana, aby dopiąć swego. A za rogiem czyha na nią coraz większe niebezpieczeństwo...

Przypuszczałam, że po tak długiej przerwie ciężko będzie mi się znowu odnaleźć w mistycznie stworzonym przez Shannon świecie. Jej seria Czas Żniw choć diabelnie wciągająca i rozbudowana do granic możliwości, na początku może się jawić w niezbyt pozytywnych barwach. Ze mną tak było, gdy zaczęłam czytać prequel jej cyklu. Totalnie nie mogłam się "wbić" w przedstawioną przez nią historię, ale już gdy tylko to zrobiłam, gdy tylko przebrnęłam przez żmudny początek - dosłownie nie mogłam się oderwać od czytania i spijałam każde słowo z każdej kartki. To była niesamowita przygoda. Gdy zaczęłam czytać sequel "Zakon Mimów", historia się powtórzyła. Ponownie nie mogłam się odnaleźć w tej opowieści, jak się okazało - długa przerwa pomiędzy poszczególnymi częściami nie służy niczemu dobremu, szczególnie, że mamy tutaj do czynienia z fantastyką w swojej najczystszej postaci. Pozapominałam wiele szczegółów, wiele wydarzeń zatarło mi się w pamięci i w efekcie czułam się dosyć zmieszana. Moje obawy sięgały zenitu, ale - uff - na szczęście po około pięćdziesięciu stronach ponownie odnalazłam klimat niebezpiecznego Sajonu, poprzypominałam sobie większość akcji poprzedniego tomu i nie czułam się już tak zagubiona. Wręcz przeciwnie - atmosfera nieuniknionego zagrożenia na nowo mnie w sobie rozkochała.

Długo się zastanawiałam, czy "Zakon Mimów" jest lepszy od pierwszej części. I ostatecznie stwierdziłam, że niestety nie jest. Nie zrozumcie mnie źle - podobał mi się, jednak klimat kolonii karnej bardzo ciężko jest przebić, choć młoda pisarka niewątpliwie zadbała o to, aby nie było nudno. Dynamiczna akcja i wielowątkowość z powodzeniem sprawiły, że oderwanie się od lektury przychodziło mi z ogromną trudnością. Intryga sprytnie uknuta przez Samanthę Shannon okazała się bardzo absorbująca. Wraz z główną bohaterką, Paige, zastanawiałam się, jak dalej potoczy się ta historia. Czy Emmici w końcu zaatakują, czy, a raczej kiedy, żądna zemsty rodzina Sargas przystąpi do działania. Wszystko powoli zmierzało do nieuniknionego końca, przez co całą książkę czytałam z wypiekami na twarzy i sercem bijącym w przyśpieszonym tempie. A zakończenia i tak nijak nie mogłam przewidzieć... Jak ja wytrzymam do premiery 3 tomu, który przecież nawet jeszcze nie został opublikowany w Stanach Zjednoczonych?

Bohaterowie to jedna z wielu zalet tej serii. Są pełnokrwiści, prawie jakby wyrwani z rzeczywistości i umieszczeni na kartach powieści. Dawno już nie spotkałam się z tak porządną i szczegółową kreacją postaci. Przemiana Paige okazała się niewyobrażalnie duża, a młoda autorka nie zawiodła w jej ukazaniu. Czytelnik obserwuje, jakiej stopniowej ewolucji, której ulega Blada Śniąca. To już nie ta sama dziewczyna co na początku całej serii. Pobyt w kolonii, straty, których doświadczyła i rebelia, której dokonała wywarły na niej ogromne piętno. Naczelnik jest za to osobowością, której za nic w świecie nie potrafię rozszyfrować. Nie wiem jakie są jego intencje, zamiary. Jest on na tyle złożonym bohaterem, że w jego stosunku nie można być niczego pewnym. Bardzo urzekł mnie także wątek miłosny, który jest nienachalny, subtelny i wyważony. Przede wszystkim nie jest w centrum akcji, jest jedynie jej dodatkiem. Chemia pomiędzy Naczelnikiem i Paige została przedstawiona niesamowicie realnie, wręcz wyczuwałam panujące pomiędzy nimi napięcie.

"Zakon Mimów" pozostawił mnie zaskoczoną, ale w pozytywny sposób. Szokujące zakończenie sprawia, że czekanie na kolejny tom będzie istną torturą. Jeśli ktokolwiek jeszcze nie sięgnął po "Czas Żniw" radzę szybko to zmienić. Każdy fan fantastyki z dynamiczną akcją na pewno pokocha to dzieło. Emocje gwarantowane. Polecam!
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

sobota, 15 listopada 2014

James Frey - Endgame. Wezwanie

Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton Tytuł: Endgame (tom 1) Wydawnictwo: SQN Liczba stron: 500

Są takie książki, o których jest głośno jeszcze na długo przed ich premierą, tym samym rozbudzają w nas jeszcze większą ciekawość i fascynację. "Endgame. Wezwanie" to właśnie taka powieść. Premierę miała tego samego dnia w kilkunastu krajach, w tym w Polsce. Chyba nikogo nie zaskoczy fakt, że wyczekiwałam tej książki z niecierpliwością. Czy zaiskrzyło? Jak najbardziej tak!

Endgame w końcu nadeszło. Dzień, którego wyczekiwali wszyscy Gracze. Następuje on, gdy w Ziemię uderza seria meteorytów i tylko garstka ludzi, wie, co to oznacza. Tymi osobami są właśnie Gracze pochodzący z 12 różnych ludów, specjalnie wyszkolonych już od momentu swoich narodzin. Nauczonych, aby w każdej chwili byli gotowi stanąć do walki na śmierć i życie. Przygotowanych na zabijanie, aby przetrwać. Bowiem tylko jeden z nich może wygrać Endgame. Przygotujcie się na prawdziwe multimedialne doświadczenie, które z każdą przeczytaną stroną będzie zaskakiwać Was coraz bardziej!

"Endgame" naprawdę nie przypomina nic, co bym wcześniej czytała. Na upartego można doszukiwać się tutaj podobieństw do "Igrzysk śmierci" Suzanne Collins, ale po co sobie psuć frajdę z czytania? Co w tej książce jest takiego oryginalnego i po prostu urzekającego? Chyba całokształt po prostu, a także sam fakt, że nie da się przeoczyć tego, ile autorzy tego dzieła włożyli pracy w swoją powieść. Naprawdę, uwierzcie mi, tutaj wszystko jest takie klarowne, dopracowane w każdym nawet najmniejszym szczególe, że nie sposób się tym nie zachwycać.

Na początku dosyć ciężko było mi się "wbić" w ten nawał informacji, który spotkał mnie już na starcie. Dużo bohaterów, dużo miejsc i ogromna ilość szczegółów, przez co "Endgame" wymaga skupienia ze strony czytelnika. Najlepiej sięgnąć po tę książkę w domowym zaciszu, z kubkiem herbaty i w spokoju delektować się tą wyjątkową lekturą, bo w istocie taka jest. Muszę przyznać, że obawiałam się o strukturę tej powieści, w której każdy z dwunastu Graczy ma swoją rolę do odegrania, skrupulatnie opisaną przez autorów. Nie da się ukryć, że przy takiej ilości osobowości ciężko jest zadbać o to, aby każda z nich czymś się wyróżniała i była na swój sposób unikalna. I to, co naprawdę najbardziej mi się w tej lekturze spodobało to właśnie bohaterowie, będący niesamowicie interesujący i świetnie zarysowani. Mają swoje cechy, które czynią ich dokładnie, tym, kim są i nawet to, że wszyscy byli w zasadzie wyszkoleni na jedną modłę: aby wygrać Engame, to wciąż pozostają całkowicie innymi charakterami. Pisarze poświęcili najwięcej czasu na wątek Sary i Jago i to są właśnie Gracze, których polubiłam zdecydowanie najbardziej. Już od pierwszych stron zapałałam do nich sympatią, a wraz z postępem w czytaniu kolejnych rozdziałów pokochałam także nietypową relację, która ich połączyła.

"Endgame. Wezwanie" to tak naprawdę nie książka, tylko projekt będący czymś, czego jeszcze naprawdę nie było i mogę to napisać z czystym sumieniem. To multimedialne doświadczenie zawierające w sobie zagadkę, za rozwiązanie której czeka oczywiście nagroda. Występują tutaj zdjęcia, które na pierwszy rzut oka wydają się niewiele mieć wspólnego z samą powieścią, ale jestem pewna, że to tylko pozory. Znajdują się tutaj także odnośniki, które można rozszyfrować wchodząc na stronę internetową "Endgame". Ja raczej skupiłam się na delektowaniu się świetną lekturą, niż na aspekcie zagadki, ale jestem pewna, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli ją rozwikłać.

"Endgame. Wezwanie" to pierwszy tom będący początkiem nowej trylogii przedstawiającej innowacyjny pomysł w bardzo dobrym wykonaniu. Nie oczekiwałam, że aż tak mi się spodoba, bo będąc w trakcie lektury trochę sobie narzekałam na nadmiar informacji, ale ostatecznie tę książkę po prostu pokochałam, a najbardziej ostatnie dwieście stron, które wbijają czytelnika w fotel. To idealna lektura dla osób poszukujących mocnych wrażeń i lubiących niespodziewane zwroty akcji. Jeśli szukacie czegoś NAPRAWDĘ nowego i macie dość powtarzania: "przecież to już było...", to nie zwlekajcie i zanurzcie się w tej historii!

"Żyjcie, umierajcie, kradnijcie, zabijajcie, kochajcie, zdradzajcie, mścijcie się. Cokolwiek chcecie. Endgame to zagadka życia, powód śmierci. Grajcie. Co ma być, to będzie."
Moja ocena: 8/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

czwartek, 9 października 2014

Samantha Shannon - Czas żniw

Autor: Samantha Shannon Tytuł: Czas żniw Wydawnictwo: SQN Liczba stron: 512

"The Bone Season" to powieść, o której słyszałam jeszcze przed polską premierą. Od razu czułam, iż jest to jedna z tych książek, które po prostu pokocham. I nie myliłam się. W polskim przekładzie tytuł brzmi: "Czas żniw", intrygująco, prawda? Jesteście ciekawi, jak spodobało mi się tak wychwalane w wielu recenzjach debiutanckie dzieło?

Najpierw chciałabym napisać kilka słów o autorce tej głośnej powieści. Mianowicie Samantha Shannon to zaledwie 23-letnia angielska pisarka. I nie byłoby nic w tym dziwnego, w końcu wiele jest młodych pisarzy/pisarek. Jednak Shannon coś od nich odróżnia - ona w istocie napisała wspaniały debiut, którego po prostu nie da się odłożyć aż do momentu przeczytania ostatniej strony. Gdybym nie przeczytała na skrzydełku książki, iż jest to debiut - nie uwierzyłabym. Naprawdę. Nie ma co się oszukiwać - tak wciągających, tak dobrze napisanych debiutów nie ma praktycznie wcale. Dlatego każdą taką perełkę traktuję wyjątkowo, także i "Czas żniw" na mojej półce będzie miało swoje specjalne miejsce.

Postaram się Wam przybliżyć fabułę "Czasu żniw", jednak jest ona tak wielowątkowa i tak rozbudowana, że ciężko będzie to zrobić, nie zdradzając przy tym istotnych części fabularnych. Jest rok 2059. Nasza główna bohaterka to dziewiętnastoletnia Paige Mahoney, która jest jasnowidzem i to jednym z najrzadziej spotykanych. Są to osoby, które potrafią nawiązać kontakt z zaświatami, ich przeciwnością są zwyczajni ludzie- "ślepcy", którzy nie mają aury i żadnych nadprzyrodzonych umiejętności. Wydawałoby się, iż Paige powinna mieć wszystko, czego zapragnie. I można by powiedzieć, że tak jest. Ma wszystko oprócz... bezpieczeństwa. Prawda jest taka, iż nieustanie musi na siebie uważać, ponieważ państwo, w którym przyszło jej mieszkać nie patrzy zbyt przyjaznym okiem na odmieńców, na takich, jak ona.

Nasza bohaterka mieszka w Londynie - najważniejszym mieście państwa, jakim jest potężny Sajon.  Na co dzień pracuje w barze, jednak to tylko przykrywka, mająca zapewnić jej bezpieczeństwo. Jest ona członkiem gangu, a raczej syndykatu, bo tak brzmi jego prawidłowa nazwa - zrzesza on innych podobnych jej ludzi, będących jasnowidzami, wyrzutkami społeczeństwa, którzy nieustannie muszą się oglądać za swoje ramię. Pewnego dnia Paige natrafia na rutynową kontrolę, co powoduje iż dziewczyna ląduje w Oksfordzie- tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od dwustu lat jest skrzętnie ukrywane. Czy Paige uda się przeżyć w nowym miejscu, gdzie - dosłownie - będzie musiała zawalczyć o swoje życie?

Niesamowite... Naprawdę nadal jestem pod wrażeniem umiejętności pisarskich Samanthy Shannon. Nigdy bym nie powiedziała, że jest to literacki debiut. Jeśli ten pierwszy tom z tego siedmioczęściowego cyklu jest tak dobry, tak spójny i trzymający w napięciu, to co będzie dalej? Już podczas lektury ostatnich stron "Czas żniw" nie mogłam usiedzieć w miejscu i nieustannie zastanawiałam się, co jeszcze ta młoda autorka przygotowała dla swoich czytelników. Tak jakby chciała sprawić, aby jej fani popadli w załamanie nerwowe, bo podczas lektury tej książki Shannon po prostu trzymała moje emocje w garści.

Koncepcja świata stworzona przez Samanthę Shannon to kolejny aspekt tej powieści, któremu nic nie mogę zarzucić. To tak jakby ta pisarka za wszelką cenę starała się napisać o czymś, czego nie było. I potrafię to zrozumieć, i docenić. Mam już dość ciągle powtarzających się tych samych utartych schematów, których czytelnik ma już po prostu dość. Ile można czytać w kółko o tym samym? Shannon na rynek wydawniczy wniosła coś nowego, innowacyjnego, będącego powiewem świeżości. Dystopie po prostu uwielbiam, a "Czas żniw" będzie jedną z moich ulubionych.

Bohaterowie... I tym samym przechodzimy do kolejnych licznych plusów tej książki. Są wielowymiarowi i interesujący. Chyba nikogo nie zdziwię, iż napiszę, że to Naczelnik skradł większość mojej uwagi. Jest to postać mająca głębsze dno, a pod koniec lektury tej powieści byłam już utwierdzona w tym przekonaniu, które najpierw powoli kwitło w mojej głowie. Samantha Shannon dobrze wie, co robi, wydaje się wręcz, iż idealnie zaplanowała każdą najmniejszą część losów swoich dopracowanych postaci, a także ewolucję ich charakterów. Idealnym przykładem jest Paige, którą czytelnik w retrospekcjach widzi jako zagubioną dziewczynę, która nie do końca wie, co zrobić ze swoim życiem, ale już w finale tego dzieła to nie jest ta sama osoba. Inna, silniejsza i bardziej zdeterminowana, aby walczyć. Paige to jedna z najlepszych żeńskich kreacji postaci, o jakich kiedykolwiek miałam okazję czytać.

Wątek miłosny także znalazł swoje miejsce w tej książce (w tym momencie zapewne wielu z Was przewróciło oczami). Nie skreślajcie jednak "Czasu żniw", jeśli nie lubicie przerysowanych romansów. Ten taki nie jest. Sama nie wiem jakim cudem, ale dopiero praktycznie pod koniec lektury zorientowałam się, iż będzie romans, a przez całą resztę nawet tego nie dostrzegłam. Tak, miłość w tej powieści jest delikatna i subtelna i czytelnik nie wie, że właśnie tego chce do momentu, gdy wszystko staje się jasne. Wtedy wręcz nie potrafi wyobrazić sobie "Czasu żniw" bez owej historii miłosnej Paige. A z kim? Tego nie zdradzę, bo też musicie mieć frajdę z tej diabelnie dobrej lektury!

"Czas żniw" okazał się dla mnie zaskakujący na wielu płaszczyznach. Gdzieś tam po cichu, w najdalszych zakamarkach mojego umysłu myślałam sobie, że to niemożliwe, żeby ten debiut był tak dobry, jak czytałam w wielu recenzjach. I szczęśliwie mogę powiedzieć, że jest tak dobry, a nawet lepszy. Wzbudził we mnie całą szeroką gamę emocji i czekanie na drugi tom będzie istną torturą. Gorąco polecam!
"Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić."
Moja ocena: 9/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014, DYSTOPIA 2014.

środa, 1 października 2014

Przedpremierowo: Warren Ellis - Wzorzec zbrodni

Autor: Warren Ellis Tytuł: Wzorzec zbrodni Wydawnictwo: SQN Liczba stron: Premiera: 4 października
 
Nikt by nie pomyślał, że to może się stać. Nikt by nie przypuszczał, że akurat TEN dzień odmieni życie nowojorskiego detektywa Johna Tallowa. Tak się jednak stało.

To miała być rutynowa akcja, której finał okazał się tragiczny. Tego dnia zginął partner Tallowa, a on sam odnalazł niepokojącą kolekcję broni w starej kamienicy, która być może jest powiązana z ogromną ilością morderstw. I to mu jego przełożona przypisała tę sprawę wiedząc w zasadzie, iż jest ona stracona i niemożliwa do rozwikłania. Naszego głównego bohatera cechuje jednak nieustępliwość i... szaleństwo, które łączy go z mordercą. Ostatecznie tylko szaleniec może stawić czoła szaleńcowi.

Już po kilkunastu stronach lektury "Wzorca zbrodni" zorientowałam się, iż będzie to dosyć specyficzna książka w swojej wymowie. Nawet wśród kryminałów. Ma ona dosyć interesujący klimat, który spodoba się określonej grupie czytelników. Jest - powiedziałabym - szorstki, ostry, pełen nierówności i kątów, ale przy tym prawdziwy. I mi ta prawdziwość się spodobała. Warren Ellis napisał dosyć naturalistyczną powieść, która jest realna i brutalna, pełno w niej przekleństw i szaleństwa. I ja tą kombinację szaleństwa z kryminałem czytałam z zapartym tchem. Nie lubię, gdy autorzy tego gatunku przejaskrawiają niektóre wydarzenia, starają się na siłę wykreować brutalną akcję, w efekcie tworząc sztuczną fabułę bez żadnego polotu. Ellisowi udało się nie przesadzić w żadną stronę i stworzyć bardzo dobrą w swoim gatunku powieść z interesującym pomysłem, równie ciekawymi osobowościami, a przede wszystkim z szybko mknącą akcją. Naprawdę świetnie spędziłam czas podczas czytania tego dzieła.

W momencie, gdy John Tallow zostaje przydzielony do tej - beznadziejnej - mogłoby się wydawać sprawy, czytelnik w pewien sposób mu współczuje. Inni bohaterowie powieści zresztą też to robią - wszyscy wydają się być przekonani, iż poniesie on sromotną klęskę. Jednak jak już wspomniałam, tego mężczyznę cechuje nieustępliwość i uparte dążenie do celu. Im bardziej ludzie w niego wątpią, tym bardziej jest on zdeterminowany, aby doprowadzić tę zagadkę do końca. Ja wraz z nim przeżywałam tę pełną intryg podróż, w której detektyw za wszelką cenę chce odkryć wzorzec zbrodni, co koniec końców doprowadzi do złapania mordercy.

To, co najbardziej lubię w kryminałach to wzbogacenie powieści przemyśleniami czarnych charakterów, w tym przypadku samego mordercy, któremu wydaje się, że jest nieuchwytny. Warren Ellis także zdecydował się na ten interesujący zabieg, który pozwala czytelnikowi choć na chwilę wejść w umysł nieobliczalnego psychopaty. W "Wzorcu zbrodni" jest nim bohater, który sam siebie nazywa łowcą.

Spodobał mi się przekład oryginalnego tytułu na język polski, bowiem "Wzorzec zbrodni" okazał się bardzo trafnym wyborem w odniesieniu do treści. W pewnym momencie wszystko dla czytelnika staje się jasne, klarowne, ale żeby do tego doszło, to główny bohater, John Tallow musiał najpierw rozwikłać wzorzec zbrodni, a dopiero później spróbować złapać mordercę.

"Wzorzec zbrodni" to dobry, ale niepozbawiony wad kryminał. Akcja raz mknęła szybko, dynamicznie, tylko po to, aby za chwilę zwolnić i niemiłosiernie nudzić, co niepotrzebnie mnie rozstrajało i nie pozwalało w pełni zaangażować się w lekturę. Urzekło mnie to, iż "Wzorzec..." jest tak specyficzny, tak tajemniczy i tak mroczny, że po jego przeczytaniu czytelnik na pewno będzie go jeszcze długo pamiętał i z pewnością ciężko będzie mu natrafić na inną, podobną książkę. Ta brutalność sprawia, iż jest to to powieść, która zawsze będzie się wyróżniać i jeśli tylko gustujecie w podobnych klimatach co ja - nie wahajcie się z przeczytaniem tego dzieła!

wtorek, 19 sierpnia 2014

Przedpremierowo: Mira Grant - Blackout

Autor: Mira Grant Tytuł: Blackout Wydawnictwo: SQN Liczba stron: 509 Premiera: 27 sierpnia

"Są na świecie trzy rzeczy, w które naprawdę wierzę. 
Że prawda nas uwolni. Że kłamstwa to więzienie, które sami sobie budujemy.
I że Shaun mnie kocha. Reszta to szczegóły."
W 2014 rok wynaleziono lek na raka i skuteczną szczepionkę przeciw grypie, jednak coś poszło nie tak. Przy okazji naukowcy wytworzyli wirusa o nazwie Kellis-Amberlee, który sprawia, iż martwi ożywają, stają się żądnymi mięsa zombie. Obecnie, w 2041 roku ludzkość wyszła na prostą i odbudowała swoje życie. Szybko okazuje się jednak, iż ożywające trupy to nie jedyne zagrożenie czyhające na ludzi. Prawdziwe niebezpieczeństwo stanowią władze, które sprytnie manipulują całym społeczeństwem.

Głównymi bohaterami tej trylogii są bloggerzy z Przeglądu Końca Świata, dla których najważniejszą wartością w życiu jest prawda. To jej wyznawaniem kierują się w swoich postach, to prawdę pragną przekazywać swoim czytelnikom. W "Blackout" zbliżają się do nieuniknionego finału... Odkryją oni spisek władz i za wszelką cenę będą chcieli go ujawnić, nie bacząc na poświęcenia, których będą musieli dokonać. Jak wielu z nich dotrze do samego końca?

Zanim przystąpiłam do pisania recenzji porządnie musiałam opanować mętlik w swojej głowie. Uwierzcie mi, jak z ciężkim sercem przyszło mi się pożegnać z tą wspaniałą trylogią, która dostarczyła mi tyle niezapomnianych przeżyć i emocji. Gdy przeczytałam "Feed" zrozumiałam, że powieść Miry Grant nie skupia się na zombie, że nie są oni motorem napędowym jej serii. I to pokochałam. Gdy skończyłam "Deadline" siedziałam bezruchu i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Takiego zakończenia sequelu w życiu bym nie przewidziała, pisarka po prostu całkowicie mnie zaszokowała i wywołała ogromny niepokój. Natomiast gdy wraz z kolejnymi stronami zbliżał się koniec "Blackout" czułam smutek, bo doszło do mnie, że to naprawdę koniec. Że nie będzie więcej przekomarzanek Shauna i nieubłaganego dążenia do wygłaszania prawdy bloggerów Przeglądu Końca Świata. Finałowy tom skończyłam czytać po pierwszej nocy i naprawdę ciężko było mi zasnąć, bo w mojej głowie kotłowało się milion myśli. Zaprzeczałam, że to koniec, bo tak nie może przecież być. Ta książka po prostu zostawiła mnie pełną emocji, z którymi nie wiedziałam, co zrobić.

Historia Miry Grant, jak już wspomniałam nie prawi o zombie, choć wiele osób z opisu fabuły może tak właśnie wnioskować. Opowieść tej autorki z zatrważającą prawdą odnosi się do współczesności, choć jest przecież fikcją. Okazuje się, że najgorsze niebezpieczeństwo nie czyha ze stron zombie, ale ze strony osób na wysokich szczeblach kariery, gdzie królują pieniądze. Ironiczne, prawda? Że nawet ożywający martwi nie są w stanie zmienić wartości, którymi niektórzy ludzie się kierują.

Ze szczęściem i ulgą odetchnęłam, gdy Mira Grant udźwignęła brzemię własnych pomysłów. Ci, co czytali "Deadline" bez problemu mnie zrozumieją. Pisarka choć genialnie zakończyła sequel, powodując u czytelników niemal szok, bałam się o finałową część. Obawiałam się, iż autorka po prostu nie da sobie rady z wiarygodnym i logicznym wyjaśnieniem. Moje obawy nie miały żadnego uzasadnienia w rzeczywistości, a Mira Grant udowodniła, jak wybitną pisarką jest. Sam jej pomysł wirusa Kellis-Amberlee zasługuje na ogromne uznanie, a sposób, w jaki dokładnie go przedstawiła jest jeszcze bardziej zachwycający. Nie ma tutaj mowy o żadnych niedopowiedzeniach i niezgodnościach, bo każdy aspekt został dogłębnie przemyślany.

Misternie konstruowanie intryg wychodzi Mirze Grant doskonale. I zdaję sobie sprawę, że moja recenzja jest ogromną laurką, nie mogę jednak nic złego napisać o tej pisarce. W "Blackout" akcja toczy się dwutorowo, dzięki czemu czytelnik ma okazję poznać dwa punkty widzenia bohaterów, będących w kompletnie innych miejscach i radzących sobie z własnymi problemami. Wielowątkowość to kolejny plus warsztatu pisarskiego Miry Grant. Jeśli chodzi o bohaterów, to czytelnik nie może zrobić nic innego, jak przecierać ze zdumienia oczy widząc, jak genialnie zostali oni wykreowani. Każda postać odznacza się innymi cechami, które czynią ją wyjątkową i unikalną. Nie są płaskie i bez życia, czasami czułam się, jakby zostali oni żywcem wyrwani w rzeczywistości  i umieszczeni na kartach powieści.

Zawsze obawiam się o ostatnie tomy serii. Ciężkim zadaniem jest zakończenie całej historii w satysfakcjonujący sposób, o dobre zamknięcie wątków i przedstawienie dalszego życia bohaterów. Będąc szczerą, Mira Grant nie rozczarowała mnie, ale z pewnością wywołała u mnie niedosyt. Wiem, że to jedyne słuszne zakończenie, jednak po prostu chyba nie byłam gotowa na pożegnanie się z całą ekipą Przeglądu Końca Świata. I chyba nigdy bym nie była, a zbędne przedłużanie tej opowieści nic by nie dało, bo byłoby to tylko odwlekanie nieuniknionego.

Ciężko mi uwierzyć, że to koniec. Że więcej nie wrócę do tego przerażająco prawdziwego świata i historii, którą pochłania się z wypiekami na twarzy i szybko bijącym sercem. Ale tak jest. Trylogię Przegląd Końca Świata poleciłabym bez wahania absolutnie każdemu. Nawet tym osobom, które myślą, że nie gustują w takich klimatach. Uwierzcie mi, Mira Grant przedefiniuje Wasz gust i sprawi, że ta seria stanie się Waszą ulubioną. Gorąco polecam!
"Nie da się przekroczyć granicy szaleństwa i wrócić bez szwanku."
Moja ocena: 10/10

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

wtorek, 4 lutego 2014

Barney Stinson, Matt Kuhn - The playbook. Podręcznik podrywu

The Playbook. Podręcznik podrywu - Barney Stinson
Autor: Barney Stinson, Matt Kuhn
Tytuł: The playbook. Podręcznik podrywu
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 140
Moja ocena: bez oceny

Kojarzycie Barney'a Stinson'a? Tak, tego Barney'a. Nałogowego podrywacza z "Jak poznałem waszą matkę". Produkcja ta jest moim ulubionym serialem komediowym, natomiast Barney jest moją ulubioną postacią telewizyjną. Bohaterem, który zawsze mnie rozśmiesza. Od dawna chciałam zapoznać się z "jego" książką i w końcu mi się to udało. Gdy "Podręcznik podrywu" leżał wygodnie w moich dłoniach, pełna podekscytowania przystąpiłam do czytania i ach, jaka to była lektura!

W "Podręczniku podrywu" znajdziemy całą masę przydatnych "zagrywek" do płci pięknej. Poradnik ten zawiera propozycje dla każdego mężczyzny; dla początkującego, amatora, oraz zaprawionego w boju. To nie są tak naprawdę sposoby podrywu dla każdego, więc nie miejcie pretensji, jeśli się Wam nie wyjdą i noc spędzicie sami. Czym więc są? To taktyki, które- tak, nie mylicie się- zastosował nasz niezawodny Barney. I o ile mu się udały, Tobie mogą niekoniecznie pójść zgodnie z planem.

Z reguły poradników nie czytam z prostego powodu: nie interesują mnie. W przypadku "Podręcznika podrywu" zrobiłam wyjątek i wiedziałam dokładnie czego się spodziewać: zabawy, kilku przyjemnych godzin śmiechu i rozluźnienia. I to dokładnie otrzymałam. Propozycje, które w "Playbooku" zostały zamieszczone automatycznie wywołały szczery uśmiech na mojej twarzy, a jeszcze bardziej się śmiałam, gdy łączyłam te zagrywki z serialem.

"The playbook. Podręcznik podrywu" to świętość dla tak charakterystycznej postaci telewizyjnej jaką jest Barney. To przede wszystkim zestawienie sposobów wyrywania lasek przez Stinson'a. Poradnik ten jest idealnym uzupełnieniem kultowego serialu. I jeśli tylko czytelnik podejdzie do niego luźno, z dystansem i nastawieniem na przyjemne spędzenie dwóch godzin (tyle mi zajęła lektura), to gwarantuję, że zabawa będzie przednia!

sobota, 30 listopada 2013

Mira Grant - Przegląd Końca Świata. Deadline

Przegląd Końca Świata: Deadline - Mira Grant
Autor: Mira Grant
Tytuł: Przegląd Końca Świata. Deadline
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 496
Moja ocena: 10/10

ŻYWA CZY MARTWA, PRAWDA NIE ODPOCZYWA!

"Przegląd Końca Świata" to genialna seria balansująca na granicy mrożącego krew w żyłach thrillera politycznego a dystopii. Jej pierwszym tomem jest "Feed". Gdy sięgałam po ten cykl byłam ciekawa, czy motyw o zombie w literaturze nie został wyczerpany. Mira Grant udowodniła mi, że tak nie jest. Po szalenie dobrym początku, liczyłam na jeszcze lepsze rozwinięcie, które miało miejsce w kontynuacji o nieco złowieszczym tytule "Deadline" (swoją drogą, bardzo się cieszę, że Wydawnictwo SQN po raz kolejny zostało przy oryginalnych nazwach, które zdecydowanie mają swój klimat). Liczyłam na potężną dawkę emocji i zawiłych spisków, a wszystko to ze sprytnie umiejscowiononą w postapokalipsą z zombie w tle. I otrzymałam to wszystko nawet w nawiązką.

Powstanie, które miało miejsce w 2014 roku zmieniło losy całej ludzkości na zawsze. To wtedy świat zaatakował straszliwy w skutkach wirus Kellis-Amberlee, w wyniku, którego zginęły miliony ludzi. Ludzi, którzy zaczęli stawać się zombie. Teraz, przeszło dwadzieścia lat temu sytuacja pozornie stała się ustabilizowana, pomijając ciągłe testy na obecność śmiercionośnej zarazy i powszechnie panującą ostrożność, chwilami graniczącą z paranoją.

POWSTAŃCIE, PÓKI MOŻECIE!

W "Deadline" pierwsze skrzypce gra nieco lekkomyślny, ale wciąż odważny i nieustraszony Shaun Mason. To on wprowadza czytelnika w swój skomplikowany świat, gdzie ryzykowanie życia jest na porządku dziennym. Po tragicznych wydarzeniach ostatnich miesięcy Shaunowi było niezwykle ciężko pozbierać się z wciąż dręczącymi go wyrzutami sumienia i mrocznymi demonami. Chłopak jednak nie może się uporać ze swoimi problemami w spokoju, bowiem pewnego dnia w jego mieszkaniu zjawia się pani doktor imieniem Kelly Wraz z jej pojawieniem się na jaw wychodzą kolejne spiski, w które zostaje zamieszana słynna załoga Przeglądu Końca Świata. Razem będą chcieli odkryć intrygę, która może wpakować ich w większe niebezpieczeństwo niż zazwyczaj. Przez które na szali może zostać postawione ich życie.
"Lepiej odejść z hukiem i wzbudzając zainteresowanie prasy, niż z cichym jękiem i skrywając tajemnicę."
"Deadline"  jest podzielone na pięć z ksiąg, których każda kolejna jest coraz lepsza i coraz bardziej zapierająca dech w piersiach. Pokochałam warsztat pisarski Miry Grant, która potrafi umiejętnie operować naukowym słownictwem, przez co jest on łatwo przyswajalny. O dialogi także czytelnik nie musi się obawiać. Są dokładnie takie, jakie powinny być. Ciekawe, niewymuszone, chwilami naprawdę potrafią wywołać śmiech. W wypowiedziach bohaterów nie brakuje nutki ironii, gdy jest ona potrzebna. Autorka w charakterystycznym już sobie stylu kontynuuje prawdziwe literackie arcydzieło, pokazuje, iż ma jeszcze kilka asów w swoim rękawie. Grant swój specyficzny sposób łączy wątek zombie z thrillerem. Jej wizji postapokalipsy niczego nie brakuje, jest ona jedną z najlepszych, w których mogłam "uczestniczyć".

Mylnie można sądzić, iż w książce tej na pierwszy plan wysunięty jest wątek zombie. Co to, to nie. Najważniejszy jest spisek, w który zamieszani są wysoko postawieni przedstawiciele władz. Bezlitosne machiny wielkich korporacji liczą się bardziej niż życie człowieka. To właśnie dlatego prawda dla Shauna i jego załogi ma tak fundamentalne znaczenie i właśnie dlatego dążą oni do rozwikłania tej sprytnie skonstruowanej intrygi. Jedyne, co czytelnik może w tej sytuacji zrobić to całkowicie oddać się przyjemnej i diabelnie dobrej lekturze.

Postacie... I tym samym przechodzimy do kolejnych plusów "Deadline". Karygodne byłoby o nich nie wspomnieć. Kreacja bohaterów jest po prostu zachwycająca! Są oni pełnokrwiści, pełni wad i zalet, a przy tym realni. Czytelnik może się z nimi utożsamić, bo nie są przerysowani i do bólu wyidealizowani. Moje serce, podobnie jak miało miejsce w przypadku pierwszej części skradł Shaun, bardzo polubiłam też Rebeccę o silnej osobowości.

"Deadline" czyta się z wypiekami na twarzy. Szokuje, intryguje, a przede wszystkim szalenie wciąga. Przygotujcie się na to, gdy w obliczu tak skonstruowanej intrygi i dynamicznej akcji oderwanie się od czytania nie będzie możliwe. Książka Miry Grant wzbudziła we mnie uczucia, które pojawiają się bardzo rzadko i które towarzyszą tylko TYM dziełom, które zapadają mi głęboko w pamięć. Wywołała u mnie jednocześnie satysfakcję, zadowolenie, a także i niedosyt, bo kiedy czyta się coś tak dobrego, to ma się ochotę na więcej.

Serię "Przegląd Końca Świata" polecam z czystym sumieniem. Czas, który przy niej spędziłam nie należał do zmarnowanych. Książki Miry Grant obfitują w intrygi, emocje, błyskawicznie pędzącą akcję, świetną kreację bohaterów, a przede wszystkim emanują napięciem.

czwartek, 19 września 2013

Mira Grant - Przegląd końca świata: Feed


Autor: Mira Grant
Tytuł: Przegląd końca świata: Feed
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 496
Moja
ocena: 8/10
Czy wiedza wyniesiona z klasycznych horrorów pomoże ludzkości przetrwać apokalipsę?

Rok 2014. Wynaleźliśmy lek na raka. Pokonaliśmy grypę i przeziębienie. Niestety stworzyliśmy też coś nowego, strasznego, coś, czego nikt nie mógł zatrzymać. Infekcja rozprzestrzeniła się szybko, wirus przejmował kontrolę nad ciałami i umysłami, wydając jedno tylko polecenie: jedz!

Upłynęło 20 lat. Georgia i Shaun Mason są na tropie największej historii w ich życiu – mrocznej konspiracji stojącej za infekcją. Prawda musi wyjść na jaw, nawet jeśli jest śmiertelna.

Epicka opowieść o zombie, polityce i blogowaniu opowiedziana przez Mirę Grant – pisarskie objawienie roku 2011. FEED jest thrillerem politycznym napisanym w klimacie filmów gore, okraszonym śmiertelną dawką humoru. Ale przede wszystkim jest to historia dwójki rodzeństwa podążających za prawdą tropem usłanym trupami… niekoniecznie martwymi.
  
"Feed" to pierwsza część rozpoczynająca trylogię "Newsflesh". Po szybkim spojrzeniu na okładkę i przeczytaniu opisu czytelnik może założyć, że wie czego się spodziewać. Umarlaków oczywiście, bo jak wiemy, o tym właśnie opowiada książka Miry Grant. Czy aby na pewno? Po głębszym wniknięciu w treść czytanej przeze mnie powieści wiedziałam, że to dzieło nie zamyka się w prostym, łatwym i utartym schemacie. "Feed" to unikalny powiew świeżości reprezentujący sobą coś więcej niż tylko wałęsające się po ulicach zombie.

Mira Grant stworzyła coś na kształt thrillera politycznego z domieszką zombie, które chcąc nie chcąc są przewodnim motywem całej historii. Otrzymałam dobrą i świetnie przedstawioną apokalipsę, a przy tym obserwowałam wydarzenia w dużej mierze z politycznej perspektywy, co dla mnie okazało się nowym doświadczeniem.

Najpierw kilka zdań o fabule. Akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. W 2014 roku wynaleziono lek na przeziębienie i raka, jednak nic nie obędzie się bez konsekwencji. Stworzono przy tym także przerażającą infekcję, która zaczęła rozprzestrzeniać się po całym świecie z szybkością światła.

Minęło dwadzieścia pięć lat, podczas których bardzo wiele uległo zmianie. Owszem, świat nadal istnieje, jednak równolegle z nim "nie-żyją" zombie, wciąż stanowiący zagrożenie dla ocalałej populacji ludzi. Rodzeństwo Georgia i Shaun Mason są blogerami, których "zajęcie" powszechnie budzi mieszane uczucia. Wraz ze swoją przyjaciółką Buffy zostają zaangażowani w kampanię wyborczą prezydenta Stanów Zjednoczonych, a wtedy ich kariera blogowa nabiera szybszego tempa. Będą oni nie tylko na bieżąco relacjonować ważne wydarzenia, ale znajdą się także wręcz w epicentrum działań politycznych.

Recenzowana przeze mnie powieść nabiera powolnego rozpędu, co dla mniej cierpliwych czytelników może okazać się wadą. Ja natomiast dobrze o tym wiedziałam, gdy przystępowałam do lektury, więc można powiedzieć, że byłam na to przygotowana. Jednak, gdy akcja na dobre się rozkręci, nie będziecie mogli się oderwać!

"Feed" to zdecydowanie coś nowego i mogę to napisać bez żadnych obaw. Mira Grant stworzyła w dużej mierze bazującą na napięciu czytelnika powieść. To niesamowite, jak bardzo uwierzyłam w czytaną historię, która jest przecież fikcją. Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam z czystym sumieniem tą książkę, a ja z niecierpliwością będę wyczekiwać kontynuacji.

CZYTAM FANTASTYKĘ

wtorek, 7 maja 2013

(57). Robert Kirkman, Jay Bonansinga - Żywe trupy. Droga do Woodbury



Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga  
Tytuł: Żywe trupy. Droga do Woodbury  
Wydawnictwo: Sine Qua Non Liczba stron: 320  
Moja ocena: 8/10
Plaga zombie zalewa przedmieścia Atlanty. Lilly Caul wraz z przyjaciółmi walczy o przetrwanie, szukając ocalenia w ogrodzonym murem miasteczku Woodbury.

Z początku miejsce wydaje się idealnym schronieniem: za jedzenie płaci się pracą, każdy ma dach nad głową, a otaczająca osiedle barykada skutecznie chroni przed atakami zombie. Nad wszystkim sprawuje pieczę tajemniczy Philip Blake, który każe nazywać się Gubernatorem, a mieszkańcy bez protestów poddają się jego słowom.

Lilly zaczyna jednak podejrzewać, że w rzeczywistości miasto gnije od środka… Kiedy wraz z grupą rebeliantów zdecydują się wydrzeć władzę ze szponów Gubernatora, droga do Woodbury stanie się autostradą prowadzącą prosto do piekła.

"The Walking Dead", czyli "Żywe trupy" są już dla mnie niemal marką. Darzę wielką sympatią serial i grę, a teraz również i książkę! W dalszej części recenzji dowiecie się dlaczego.

Autorami "Żywych trupów" są Robert Kirkman oraz Jay Bonansinga. Pierwszy z nich jest producentem wykonawczym serialu o takim samym tytule, natomiast drugi jest uznawanym autorem thrillerów. Wspólnie połączyli swoje siły i tchnęli do życia nową serię opowiadającą o zmaganiach ludzi z zombie.
 "Dzisiaj tylko wariaci i głupcy się nie boją. Jeśli nie czujesz strachu, to nie zdajesz sobie sprawy z tego, co się wokół ciebie dzieje."
Współczesnego świata już nie ma, bowiem jest on oblegany przez plagę zombie. Żywych trupów nie obchodzi nic poza zdobyciem pożywienia. Istnieje jednak grupa ludzi, którym udało się przeżyć w tych przerażających warunkach, tworząc namiotowe obozy. W takim obozie mieszka Lilly Caul wraz z kilkunastoma innymi osobami. Przez splot niefortunnych zdarzeń ginie dziecko, którym się opiekowała, pomimo jej usilnej próby ochronienia go. Zrozpaczony ojciec dotkliwie potraktował kobietę, obwiniając ją o śmierć swojego dziecka, przeszkodził mu w tym jednak Josh Lee Hamilton, do którego główna bohaterka zaczyna żywić coraz większe uczucia. Po tych tragicznych wydarzeniach samozwańcza rada obozu decyduje o wyrzuceniu jej wybawiciela. Mężczyzna wraz z Lilly i kilkoma innymi osobami opuszczają obóz, aby zapuścić się w niebezpieczne rejony pełne żywych trupów... Czy uda im się przetrwać w tym brutalnym świecie? Kogo będą musieli poświęcić, aby przeżyć?
"Już od lat dziura w jej sercu stale się powiększała i wypełniała smutkiem, przybierając gigantyczne rozmiary; była jak studnia bez dna, w której kotłowały się skrajne emocje, z nienawiścią do samej siebie na czele. Nigdy nie była w stanie opróżnić tego miejsca, trawił ją ból, a teraz, w świecie ogarniętym przez zarazę, stare rany otworzyły się na nowo, ropiały, pulsowały. Zamyka oczy i myśli o tonięciu w głębokim, ciemnym oceanie."
Motyw zombie zarówno w literaturze jak i kinie niestety, ale postrzegany jest bardzo schematycznie. Wydaje się, że został przerobiony już na milion sposobów i nie da się nic z niego więcej wyciągnąć! Nic bardziej mylnego! Nienależy się tutaj sugerować innymi utartymi wątkami, które zostały skądś zaczerpnięte. Bynajmniej nie jest to kopia Resident Evil, który darzę wielką sympatią. Uważam, że Robert Kirkman i Jay Bonansinga tchnęli w swoje książki coś więcej niż tylko plaga zombie. Połączyli oni brutalny świat pełen żywych trupów, a także i zwyczajne problemy ludzi oraz ich uczucia, z którymi muszą się zmagać.

Dla mnie, jako fanki wszelkich horrorów z zombie na planie głównym "Żywe trupy" to pozycja obowiązkowa. Uwielbiam specyficzny klimat, który odnajduję w filmach, serialach czy książkach takiego typu. Opuszczone, a nawet zrujnowane miasta, gdzie ludzie starają się przeżyć. Istnieje w nich brutalna, ale prawdziwa zasada "przeżyje tylko najsilniejszy", według niektórych uczucia czynią człowieka słabszym, ja jednak uważam, iż dają nam więcej siły potrzebnej do przetrwania. "Droga do Woodbury" to godna kontynuacja "Narodzin Gubernatora", gdzie mieliśmy okazję poznać portret psychologiczny despoty Philipa Blake "Gubernatora". W drugiej części autorzy skupili się bardziej na opisywaniu innych bohaterów, ich odczuć, walki i strachu. Obie części na początku czytało mi się bardzo opornie, jednak później nie mogłam się oderwać, ciekawa każdej nadchodzącej strony. Spodobało mi się bardzo podzielenie książki na dwie części oddzielające poszczególne ważne etapy w lekturze. "Żywe trupy" polecam serdecznie osobom, które gustują w takiej tematyce, nie boją się nowych wyzwań oraz są fanami serialu, książki bowiem są jego świetnym uzupełnieniem!

|ŻYWE TRUPY: NARODZINY GUBERNATORA, DROGA DO WOODBURY|

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:

czwartek, 28 marca 2013

(41). Robert Kirkman, Jay Bonansinga - Żywe trupy: Narodziny Gubernatora



Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga  
Tytuł: Żywe trupy. Narodziny Gubernatora
  Wydawnictwo: Sine Qua Non
 Liczba stron: 364  
Moja ocena: 7/10

Na początku był przełomowy i świetnie oceniany komiks…

Potem pojawił się rewelacyjny serial…

„Najlepsza nowość w telewizji.”
-- Entertainment Weekly

Aż w końcu przyszedł czas na pierwszą z serii powieści opowiadających historię kultowych postaci z uniwersum The Walking Dead.
Gubernator. Ten rządzący Woodsbury despota znany jest z własnego, chorego poczucia sprawiedliwości: w jej imieniu zmusza więźniów do walki z zombie ku uciesze miejscowych, a tym, którzy wejdą mu w drogę, odcina ręce i nogi. Kiedy tylko pojawił się w komiksowym cyklu Żywe trupy, został okrzyknięty przez magazyn Wizard "Złoczyńcą roku", a jego postać do dziś wzbudza wśród czytelników kontrowersje.

Nadszedł czas, by sięgnąć do korzeni. Dzięki książce, którą trzymasz w ręku, dowiesz się, jak Gubernator stał się tym, kim jest, jak trafił do miejsca, w którym po raz pierwszy ujrzeli go fani serii, i co sprawiło, że wykurzył Ricka i jego towarzyszy z ich bezpiecznej przystani.

Wybierz się w podróż po świecie, gdzie człowiek musi walczyć nie tylko o swoje życie, ale i duszę. Stań na krawędzi przepaści, na której dnie spoczywa ludzkość. Zobacz, jak powstaje legenda. Bądź świadkiem narodzin Gubernatora.

 
Jestem wielką fanką serialu "The Walking Dead", który może albo się podobać, albo obrzydzać licznymi i krwawymi scenami zabijania zombie, więc z podekscytowaniem przystąpiłam do lektury.
„Wiatr niesie ze sobą brzęczenie brzęczenie żywych trupów – nieregularne jęki, szurające kroki – dochodzące gdzieś z mroku sąsiednich działek.”
Gubernator dał nam się poznać jako prawdziwie bezduszny despota, jednak czy ktokolwiek z nas zastanawiał się nad przyczyną jego zachowania? W "Narodzinach Gubernatora" poznajemy portret psychologiczny głównego bohatera, ale także i grupę ludzi, którzy przeżyli w opanowanym epidemią świecie. Bobby, Nick, Brian oraz jego młodszy brat Philip Blake, niezaprzeczalny lider wraz ze swoją córką Penny przemierzają najrozmaitsze miejsca opętane przez żywe trupy. W końcu postanawiają wyruszyć do Atlanty, po licznych ogłoszeniach w radiu o znajdującym się tam obozie dla uchodźców. Droga ta usiana jest wieloma strasznymi przeszkodami i choć ta mała grupka za wszelką cenę stara się przeżyć, nie jest łatwo; znajdują stosunkowo bezpieczne miejsca, a później ruszają dalej, nie zadomawiając się, mając tylko jeden cel: dotrzec do Atlanty... no właśnie i co dalej? Tego nie wie żaden z nich.
 "Złe wieści są jednak takie, że czują się jak w pułapce. Miasto zaciska się, połyka ich, idą przez jego gardło ze szkła i stali."
Zazwyczaj filmy o zombie omijam szerokim łukiem - są one za banalne, a akcja pozostawia wiele do życzenia, bo w końcu ile można wycisnąć z tematyki o żywych trupach? Jak się okazuje bardzo wiele, a ja nie mogłam się bardziej mylić. Nie sposób nie porównywać serialu do książki. Postać serialowa Gubernatora niesamowicie mnie przerażała, ale też i fascynowała zarazem. Nie ukrywam, że wiele razy zastanawiałam się nad motywami jego zachowania, a tutaj lektura okazała się bardzo przydatna. Muszę przyznać, że bohatera literackiego na ekran przeniesiono mistrzowsko, czego wielu fanów się obawiało. "The Walking Dead" pokochałam za niesamowity, a zarazem przerażający klimat. Opuszczone, martwe miasta z pałętającymi się wszędzie żywymi trupami. Jest to fascynująca, a zarazem straszna wizja końca świata. Nieliczni, którzy przeżyli są zmuszeni do walki o przetrwanie. Książka idealnie oddała ten specyficzny klimat.
"Tej nocy, pomimo swoistego tłumika, za który służyło wnętrze Suburbana, pojedynczy wystrzał roznosi się echem nad ciemnymi polami, odbija się od wierzchołków drzew i parkingów, niesie go wiatr. Dźwięk dociera aż milę dalej, burzy ciszę zalegającą w leśnym gąszczu, penetruje martwe przewody słuchowe ludożerczych stworów, wyrywa ze snu ich centralne ośrodki nerwowe."
Muszę zaznaczyć, że nie miałam żadnych wygórowanych oczekiwań względem tej książki. Nie oczekiwałam, że dorówna ona uwielbianemu przeze mnie serialowi, a tymczasem przeżyłam miłe rozczarowanie. "Narodziny Gubernatora" bowiem okazały się lekturą, która pochłonęła mnie na kilka dobrych dni, gdyż na początku opornie szło mi jej czytanie. Wiele osób może mieć obiekcje do licznych przekleństw, które napotykamy w tej lekturze, jednak ja uważam, że są one jak najbardziej odpowiednie do sytuacji, w której znajdują się bohaterzy, bo czasem niektórych myśli nie da się po prostu wyrazić w inny sposób. I może zanim spojrzymy na Gubernatora jako na osobę bezduszną, zastanowimy się nad tym, że każde zachowanie ma swoją przyczynę. Philip Blake to mężczyzna po przejściach i właśnie one ukształtowały jego osobowość. "Żywe trupy: Narodziny Gubernatora" to zdecydowanie obowiązkowa pozycja dla fanów zarówno komiksu jak i serialu, a przede wszystkim przeznaczona dla osób, których nie przerażają krwawe i liczne opisy mordów.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział: