my heaven of books

środa, 31 grudnia 2014

Stos #11/2014 i podsumowanie 2014

Witajcie!
Na dzisiaj przygotowałam dla Was zdjęcie ostatniego stosu z tego roku. Razem w 2014 opublikowałam ich 11. Miałam to zrobić wczoraj, ale jakoś miałam lenia i wypadło mi to z głowy. Lepiej późno niż wcale, prawda? A przecież nie chciałabym tworzyć zaległości na 2015 rok. :) Noale przechodzę do rzeczy.


1. Magdalena Witkiewicz - "Pierwsza na liście" - od wyd. filia do recenzji przedpremierowej. Moja pierwsza w życiu dedykacja!
2. Alex Kava - "Mroczny trop" - od wyd. Mira Harlequin
3. Diana Palmer - "Nora" - jw.
4. John Green, Maureen Johnson, Lauren Myracle - "W śnieżną noc" - prezent od siostry - (recenzja)
5. Sarah J. Maas - "Szklany tron" - z wymiany na LC
6. Sylvain Reynard - "Pokuta Gabriela" - od wyd. Akurat

Nie chciałabym Was zanudzać nudnym podsumowaniem i wymienianiem liczb, więc napiszę tylko, że w 2014 roku przeczytałam 105 książek, w tym przeczytałam sto stron "Mechanicznej księżniczki", ale wynik przejdzie już na następny rok. Baaardzo jestem z siebie dumna, jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek. Wydawało mi się, że będzie ich mniej, a tutaj na LC ze zdziwieniem patrzę, że ponad setka.

Najlepsze przeczytane książki w 2014 roku to:
  • Tahereh Mafi - "Dotyk Julii" (recenzja)
  • Cassandra Clare - "Mechaniczny anioł" (recenzja)
  • John Green - "Gwiazd naszych wina" (recenzja)
  • Jennifer A. Nielsen - "Fałszywy książę" (recenzja)
  • Jennifer A. Nielsen - "Król uciekinier" (recenzja)
  •  Alexandra Bracken - "Mroczne umysły" (recenzja)
  • Cassandra Clare - "Mechaniczny książę" (recenzja)
  • Agnieszka Olejnik - "Zabłądziłam" (recenzja)
  • Tahereh Mafi - "Sekret Julii" (recenzja)
  • Mira Grant - "Blackout" (recenzja)
  • Alexandra Bracken - "Nigdy nie gasną" (recenzja)
  • Rebecca Donovan - "Powód by oddychać" (recenzja)
  • Samantha Shannon - "Czas żniw" (recenzja)
  • Michelle Hodkin - "Mara Dyer. Tajemnica" (recenzja)
  • Cecelia Ahern - "Love, Rosie" (recenzja)

To byłoby na tyle, jeśli chodzi o podsumowanie książkowe 2014 roku. Mam nadzieję, że rok 2015 będzie o wiele, wiele lepszy, nie tylko pod względem czytelniczym, ale także i prywatnym. Przede mną dużo stresu, matura, przeprowadzka, studia... Staram się być dobrej myśli. :)

Życzę Wam kochani w nadchodzącym Nowym Roku dużo zdrowia, udanej zabawy sylwestrowej, a przede wszystkim samych dobrych książek, które będziecie mogli pochłaniać godzinami!

poniedziałek, 29 grudnia 2014

James Dashner - Więzień Labiryntu

Autor: James Dashner Tytuł: Więzień Labiryntu Wydawnictwo: Papierowy księżyc Liczba stron: 424

Jakiś czas temu miałam okazję wybrać się do kina na "Więźnia Labiryntu", ekranizację bestsellerowej książki Jamesa Dashnera pod tym samym tytułem. Niestety, nie udało mi się najpierw przeczytać pierwowzoru, więc sięgnęłam po niego dopiero po seansie kinowym. I cóż - mam dosyć mieszane uczucia, ponieważ początek nie należał do najłatwiejszych...

Thomas budzi się w okropnym miejscu. Ciemnej windzie, która nieubłaganie pnie się w górę. Najgorsze jest to, że chłopak nie tylko nie wie, gdzie ona zmierza, ale także nie pamięta niczego ze swojego życia, oprócz imienia.

W końcu winda zatrzymuje się, a Thomas odkrywa, że są gorsze rzeczy od braku wspomnień. Główny bohater bowiem ląduje w Strefie zamieszkiwanej przez innych nastolatków, miejscu zewsząd otoczonym Labiryntem, w którym czyhają przerażające kreatury. Wszystkich chłopców nurtuje pytanie, kto i dlaczego ich tam zamknął? A gdy w Strefie niespodziewanie pojawia się dziewczyna, wszystko nieubłaganie zmierza ku końcowi...

Jak już napisałam, ekranizacja tej historii naprawdę przypadła mi do gustu, co więcej, w kinie nie mogłam usiedzieć na miejscu, tak mi się spodobała. Nic dziwnego, że mój apetyt na przeczytanie książki ogromnie wzrósł, a gdy już byłam w trakcie jej lektury... nie czułam nic wyjątkowego. Ot, ciekawa dystopia, ale mało porywająca. Tak, wiem, wiem, to zapewne wina tego, że w pierwszej kolejności obejrzałam film. Jednak bardzo się cieszę, że nie porzuciłam czytania tak początkowo nudnej lektury, ponieważ im dalej w las, tym akcja przybiera coraz bardziej interesujące obroty. Co jest ważne, że wersja kinowa różni się znacznie od papierowej - twórcy oczywiście z grubsza zachowali jej sens i wydarzenia, ale zmienili je trochę, aby bardziej dopasować do filmu, co mi jak najbardziej odpowiada. Do czego zmierzam? Mianowicie do tego, że dzięki tym zmianom odczuwałam zaskoczenie i nie byłam skazana na nudną przygodę. Osoby, które nie miały przyjemności obejrzenia tej produkcji, będą zapewne bardziej zszokowane niż ja.

James Dashner zachwyca swoim warsztatem pisarskim. Jest on lekki i typowy w powieściach młodzieżowych, jednak wciąż potrafi wywoływać u czytelnika emocje i napięcie. Dopiero jednak w połowie doceniłam umiejętności tego autora. Wtedy już czułam, że nie będę mogła oderwać się od tej książki aż do samego końca, aż do momentu, gdy przeczytam ostatnią stronę. I właśnie tak było. Uwielbiam pisarzy, którzy potrafią na tyle zaciekawić, że aż nie chce się przerywać tak pasjonującej i absorbującej lektury, co nie zdarza się często.

Największym atutem "Więźnia Labiryntu" jest element zaskoczenia - jak już wcześniej wspomniałam - którym James Dashner dysponuje. Gdybym najpierw nie wybrała się do kina na film, każda strona zapewne by mnie zaskakiwała. Jestem jednak pewna, że osoby, które nie oglądały ekranizacji, będą czerpały przyjemność z czytania czegoś tak świeżego i ciekawego, posiadającego ogromny potencjał do wykorzystania. Dla mnie najbardziej intrygujące było wyjaśnienie dlaczego grupa nastolatków została zamknięta w Strefie, otoczonej przerażającym Labiryntem. Obawiałam się, że pisarzowi nie uda się wybrnąć z tego tematu w sposób, który zachęciłby czytelnika do sięgnięcia po kontynuację. Dashnerowi jednak to się udało. Wyjaśnił on ten wątek w sposób mało satysfakcjonujący, ale dobrze zarysowany, co gwarantuje, że sięgnę po sequel. Autor przecież nie może podać wszystkiego na tacy już w pierwszym tomie, bo gdzie w tym wszystkim napięcie?

"Więzień Labiryntu" to jedna z lepszych dystopii, jakie czytałam, a biorąc pod uwagę obecny rynek wydawniczy, to naprawdę coś.Wprawdzie autorowi nie udało uniknąć drobnych wpadek, m.in nużącego początku czy dosyć dziwnego slangu bohaterów, nie przeszkadzało mi to w lekturze. A odnośnie tej książki miałam wysokie oczekiwania, ponieważ film wręcz pokochałam, z całą obsadą, scenografią i fabułą. Książka jest jeszcze lepsza, ponieważ o wiele więcej wyjaśnia i traktuje wiele wątków w sposób bardziej rozbudowany i szczegółowy.

"Więzień Labiryntu" z pewnością spodoba się zagorzałym fanom dystopii, a także osobom, które poszukują nowych doznań czytelniczych. Tej powieści nie da się odmówić świetnego, lekko przerażającego klimatu. Ja już niedługo mam zamiar przystąpić do lektury drugiego tomu tej trylogii pt. "Próby ognia", a Was zachęcam do sięgnięcia po prequel.
Moja ocena: 7/10

piątek, 26 grudnia 2014

Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle - W śnieżną noc

Autor: Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle Tytuł: W śnieżną noc Wydawnictwo: Bukowy las Liczba stron: 335

Pod koniec listopada bieżącego roku blogi zalały informacje o nowej książce kultowego amerykańskiego pisarza John'a Green'a. W gwoli ścisłości, są to opowiadania trzech pisarzy, a nie tylko Zielonego: Maureen Johnson oraz Lauren Myracle. "Let it snow" w oryginalne ukazało się w 2008 roku, więc na polskie wydanie przyszło nam trochę czekać. Wydawnictwo Bukowy Las jednak idealnie się wstrzeliło w obecną porę, ponieważ "W śnieżną noc" zawiera trzy świąteczne historie, które spiszą się idealnie jako prezent pod choinkę. W każdym razie ja ją w taki sposób otrzymałam i od razu w Wigilię podekscytowana przystąpiłam do lektury. Jesteście ciekawi moich wrażeń?

W Wigilię małe miasteczko Gracetown zostaje zasypane przez śnieg. To jedno wydarzenie daje początek kolejnym powiązanym ze sobą historiom, które pozytywnie nastrajają czytelnika. Pokazują, że w magicznym, świątecznym czasie wszystko może się zdarzyć, każdy może otrzymać drugą szansę i odnaleźć miłość. Fabuła tych opowiadań jest ze sobą ściśle związana, dlatego należy je czytać z narzuconą kolejnością, czyli "Podróż wigilijna", następnie "Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy" oraz "Święta patronka świnek".

Zwróciliście uwagę na charakterystyczną szatę graficzną tej powieści? Charakterystyczną dla polskich wydań książek John'a Green'a. Zapewne większość osób widząc "W śnieżną noc" na półkach  stwierdziło entuzjastycznie: "Och, kolejna książka Zielonego, muszę ją mieć!". Muszę przyznać, że to świetny chwyt marketingowy, warto jednak zapamiętać, że są to trzy opowiadania, choć ze sobą powiązane, to napisane przez trzech różnych pisarzy. Niewątpliwie jednak na okładce rzuca się nazwisko Green'a, bo Maureen Johsnon i Lauren Myracle raczej nie są znane w Polsce. Sądziłam, że to twórca m.in "Gwiazd naszych wina" czy "Papierowych miast" powinien błyszczeć w tym świątecznym wydaniu. Nie mogłam się bardziej mylić.

Nie mogę powiedzieć, żebym była znawcą twórczości John'a Green'a, bo dotychczas przeczytałam tylko jedną jego książkę - "Gwiazd naszych wina". Nietrudno się domyśleć, że po prostu mnie zachwyciła i pokochałam ją całym sercem. Nie mogłam się więc doczekać, gdy zobaczę tego pisarza w innym wydaniu. Jego opowiadanie, te środkowe, czyli "Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy" okazało się dla mnie po prostu słabe. Zapewne w zamierzeniu miało być dowcipne i chwytliwe, ale w praktyce było nudne i odstawało od pozostałych dwóch świetnie napisanych historii. Najbardziej spodobało mi się opowiadanie "Podróż wigilijna", które pokazuje, że miłość można odnaleźć w najbardziej zaskakujących warunkach, chętnie bym widziała dalsze losy tych bohaterów w oddzielnym dziele. "Święta patronka świnek" także skradła moje serce, to ciepła i niesamowicie urocza historia, która ukazuje, że każdy człowiek może się zmienić. 

Najlepsze w przedstawionych historiach jest wszechobecność ciepłego klimatu, pomimo tego, że akcja ma miejsce w zimie. Nie od dziś wiadomo, że to, co obiecuje wydawca, nie zawsze okazuje się prawdziwe i przynosi jedynie rozczarowanie. Ja generalnie jestem uprzedzona do haseł zachęcających do kupna umieszczonych na przednich okładkach. Na szczęście w tym przypadku naprawdę są to świąteczne opowiadania o miłości, które mają specyficzną atmosferę. Wywołują u czytelnika ciekawość, powodując, że dzieło to wręcz się pochłania, a nie czyta. Mają po prostu swój urok.

Przy tej książce spędziłam świetnie kilka godzin, a zazwyczaj nie przepadam za opowiadaniami. Podobało mi się to, że historie zawarte "W śnieżnej nocy" ściśle do siebie nawiązują. Zostały świetnie napisane, przez co wywołują u czytelnika autentyczne emocje, u mnie było to głównie wzruszenie. Bije wręcz od nich świąteczny klimat, dlatego uważam, że jest to idealny sposób na spędzenie świątecznych dni. Polecam!
 "Wiem, że nikt nie jest idealny, a za każdą fasadą doskonałości kryje się skłębiony chaos kłamstw i sekretnych smutków (...)"
Moja ocena: 9/10

czwartek, 25 grudnia 2014

Sylvain Reynard - Ekstaza Gabriela

Autor: Sylvain Reynard Tytuł: Ekstaza Gabriela (tom 2) Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 461

Ponad rok temu miałam okazję zapoznać się z książką "Piekło Gabriela", o której nie ukrywam, że słyszałam wiele pochlebnych opinii. Ku mojemu zdziwieniu, losy szanowanego profesora, specjalisty z zakresu twórczości Dantego - Gabriela Emersona oraz jego studentki - Julii Mitchell niesamowicie mnie pochłonęły i okazały się czymś, czego się nie spodziewałam. Oczekiwałam "diabelskiego erotyku", tak jak głosi napis na każdym z trzech tomów. Myślałam sobie: "czyżby kolejny Grey?". Bardzo się cieszę, że dałam szansę tej trylogii, bo autor umiejętnie ukazał dwóch bohaterów, mających za sobą ciężkie doświadczenia i trudne życie. Prequel niesamowicie rozbudził moją ciekawość za sprawą dobrze zarysowanych postaci, ich realnych życiorysów i interesującej fabule. Nie obyło się jednak bez wpadek. "Piekło Gabriela" jest książką dużą objętościowo, bo liczy sobie prawie siedemset stron. Akcja chwilami była rozwleczona do granic możliwości i nudna, tylko po to, aby za chwilę niewiarygodnie przyśpieszyć. Jednak ja nie chcę przecież pisać o pierwszej części tylko o sequelu - "Ekstazie Gabriela". Jesteście ciekawi, czy okazał się lepszy?

Po cudownym czasie spędzonym we Włoszech, Gabriel Emerson i Julia Mitchell wracają do monotonnej codzienności. On do pracy jako wykładowca na uniwersytecie, a ona jako pilna i ambitna studentka. Wydawałoby się wręcz, że wszystko układa się wprost perfekcyjnie, jednak do pewnej chwili... Związek bohaterów zaczyna natrafiać na problemy, które powoli i nieubłaganie oddzielają ich od siebie...

Przede wszystkim "Ekstaza Gabriela" ma prawie pięćset stron, co wyszło jej tylko na dobre. Chyba nie zniosłabym kolejnych nużących rozdziałów, niewnoszących nic ciekawego w oś fabularną powieści. Sylvain Reynard to autor, który skupił się w tej części na większym dynamizmie akcji, co znacznie poprawiło jakość lektury. Mimo to, początek tej książki nie zaciekawił mnie. Dobra, mamy Włochy, piękne krajobrazy, wprost idealnie na rozwój romansu. Ja jakoś nie odczułam tego specyficznego klimatu - ba - miałam dość tej całej romantycznej otoczki, która do mnie nie trafiała. Ciągłe zapewnienia o dozgonnej miłości, górnolotne poematy i liczne nawiązania do kultury w końcu zaczynały mnie nudzić. Zaczynałam się poważnie obawiać o sequel. "Piekło Gabriela" w swojej wymowie było takie dojrzałe i poważne, w piękny sposób ukazywało miłość, natomiast "Ekstaza Gabriela" zaczynała podjeżdżać mi taką tandetą. Ja naprawdę nie lubię sztuczności, słodkości i wymuszonych dialogów. Pewnie się nie zdziwicie, jak Wam napiszę, że po lekturze stu stron miałam ochotę rzucić nią o ścianę. Nie ciekawiła mnie, nużyła, po co więc w to brnąć, myślałam, ale dalej uparcie brnęłam. Na całe szczęście! Później zaczynają się schody i same dramaty... Czyli to, co czyni książkę najciekawszą! Jak w jednej chwili dosłownie wszystko może wydawać się wymuszone, tylko po to, aby za jakiś czas zadziwiać swoją prawdziwością?

Powiedziałabym, że właściwa akcja zaczyna się po wyjeździe Gabriela i Julii z Włoch. Wtedy kończy się romantyczna wycieczka, a zaczyna prawdziwe życie. Czy miłość dwójki osób, które dzieli dziesięć lat różnicy przetrwa trudny codziennej egzystencji? Cóż, tego dowiecie się tylko, gdy sięgniecie po tą serię. Powiem jedno - łatwo nie będzie. Gdy zaczynały się problemy, wprost spijałam słowa z kartek, czytałam rozdział za rozdziałem. Dosłownie nie mogłam się oderwać, podczas gdy początkowo czułam niechęć, im dalej w las, tym coraz bardziej zakochiwałam się w tej powieści. Sylvain Reynard ukazał niesamowicie prawdziwie dojrzały związek dwójki ludzi, a także ich ewolucję. Gabriel się zmienił, Julia się zmieniła, w skrócie - odmienili siebie nawzajem. Główna bohaterka przestała irytować, a mroczny profesor przestał być już tak mroczny - powiedziałabym - że stał się bardziej przystępny i interesujący. Ich relacja jest nietypowa i po prostu piękna, oboje siebie uzupełniają.

Z "Ekstazą Gabriela" miałam niezłe ekscesy. Udało mi się przebrnąć przez trudny i żmudny początek, aby dobić się do wspaniałej całej reszty, którą czyta się po prostu dobrze i przyjemnie. To historia pięknej miłości, która została świetnie przedstawiona i jestem pewna, że wielu czytelników jeszcze ją pokocha. Tylko dlaczego reklamować ją jako "diabelski erotyk", podczas gdy niewiele w niej scen seksu, które zresztą w niczym nie przypominają tandetnego harlequina?
Polecam!
"Wszechświat nie jest oparty na magii- nie istnieje jeden zestaw zdarzeń dla dobra i drugi dla zła. Każdy czasem cierpi. Pytanie brzmi: co zrobimy z naszym cierpieniem?"
Moja ocena: 8/10

sobota, 20 grudnia 2014

Morgan Matson - Aż po horyzont

Autor: Morgan Matson Tytuł: Aż po horyzont Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron: 453

Amy Curry to jedna z tych "perfekcyjnych" córek. Musi być, ponieważ to jej brat bliźniak jest tym, który sprawia problemy, a więc ona z zasady musi być lepsza. Jej życie wydawało się stateczne i spokojne, do pewnej chwili... Gdy jej ojciec ginie w wypadku samochodowym, życie nastolatki zmienia się niewyobrażalnie. Niedługo później jej matka stwierdza, że czas się przeprowadzić.

Przypadkiem spotyka Rogera - swojego przyjaciela z dzieciństwa. Oboje mają odbyć wspólną podróż, jednak do innych miejsc. Co ich połączy i czy przezwyciężą swoje problemy?

"Aż po horyzont" to książka, po której nie spodziewałam się niczego specjalnego. Ot, zwyczajnego romansu między nastolatkami, który umili mi czas. Nie oczekiwałam, iż powieść, której grupą docelową jest młodzież, okaże się tak zaskakująco prawdziwa. Morgan Matson z wnikliwością godną pozazdroszczenia ukazała ludzkie problemy, a także i sposób, w jaki młodzi ludzie sobie z nimi radzą. Złamane serce, śmierć bliskiej osoby - to są główne  tematy, które porusza pisarka w swoim dziele. Jesteście ciekawi, co jeszcze jest w niej tak dobrego?

"Aż po horyzont" klasyfikuje się w bardzo popularnym ostatnio gatunku, czyli New Adult. To książki z pogranicza romansów i z tego, co mogłam zaobserwować, rosną fani tej kategorii literatury. I bardzo dobrze! Są to zazwyczaj powieści, które potrafią wspaniale umilić czas, a nawet niesamowicie pochłonąć. Śmiem twierdzić, że dzieło Morgan Matson idealnie wywiązało się ze swojego zadania, zostało napisane lekkim i przejrzystym językiem, dodatkowo pisarka urozmaiciła je zdjęciami i ciekawostkami z podróży Amy i Rogera, które - jak można się dowiedzieć na końcu - zrobiła ona sama. Autorka także odbyła wycieczkę ze swoimi bohaterami, co nadaje wiarygodności napisanej przez nią historii.

Nie mogłam zwrócić uwagi na wątek miłosny, który wcale nie jest nachalny i zbyt przesłodzony. Wbrew przeciwnie - jest bardzo subtelny i delikatny, wzbudzający ciekawość. Czytelnik domyśla się, wręcz jest pewien, że pomiędzy głównymi bohaterami zaiskrzy, jednak prawda jest taka, że nie ma absolutnego pojęcia kiedy. Morgan Matson postarała się, aby relacja Amy i Rogera była prawdziwa i naturalna, ot, piękna, młodzieńcza miłość.

Największym minusem "Aż po horyzont" jest wątek życiorysu postaci. Morgan Matson w swojej powieści skupiła się jedynie na wielu aspektach podróży - co jest naprawdę świetne, bo czytelnik dzięki szczegółowym opisom czuje się, jakby był częścią wycieczki bohaterów, jednak wciąż... O Amy dowiedziałam się raczej niewiele, oprócz wypadku, w którym uczestniczyła, pisarka jedynie zarysowała wątek jej przyjaciółki i zainteresowań, co ogranicza się tylko do wspomnienia przez autorkę, że pasjonuje się ona aktorstwem. To jednak trochę dla mnie za mało, bo lubię mieć pełen obraz postaci, o których czytam, żeby choć spróbować się z nimi utożsamić. Podobnie jest z Rogerem, którego mimo to, że polubiłam, to odczułam pewien niedosyt. To świetnie wykreowana osobowość, co tylko potęgowało mój niedosyt, bo ja wręcz musiałam dowiedzieć o nim coś więcej!

"Aż po horyzont" to życiowa historia, która z pewnością trafi do wielu czytelników. Główną osią fabuły nie jest wątek miłosny, ale sama podróż, którą odbywają Amy i Roger. Wraz z każdym rozdziałem miałam okazję obserwować, jakiej ewolucji ci bohaterowie ulegają i jak ta pozornie zwyczajna wycieczka zmienia ich życie. Spodobało mi się to, że Morgan Matson zdecydowała się postawić na otwarte zakończenie, przez co czytelnik może sobie dopowiedzieć resztę historii. A więc jaka będzie Wasza wersja? 
Polecam!
Moja ocena: 8/10

czwartek, 18 grudnia 2014

Cora Carmack - Coś do ukrycia

Autor: Cora Carmack Tytuł: Coś do ukrycia Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron:

Cade Winston, dwudziestodwuletni absolwent aktorstwa przeprowadza się do Filadelfii, mając nadzieję na lepszą przyszłość. Nic jednak nie idzie po jego myśli - nieustannie spotyka Bliss, dziewczynę, która złamała mu serce oraz jej narzeczonego. Jakby było tego mało, weselne dzwony biją coraz głośniej, a główny bohater nadal nie może się pogodzić ze swoją stratą, a więc skazuje sam siebie na nieustanne cierpienie.

Mackenzie "Max" Miller jest dziewczyną, z którą nie można zadzierać. Ma nie tylko swój wyjątkowy styl, ale także i równie ostry charakter. Pozornie mogłoby się wydawać, że jest twarda i silna, jednak w przeszłości zdarzyło się coś, co ją ukształtowało... I to wydarzenie sprawiło, że nie dopuszcza do siebie innych ludzi.

Ich drogi krzyżują się przez przypadek. Jak potoczą się losy dwójki osób, z całkowicie innych światów?

W tej książce czytelnik ma do czynienia z narracją pierwszoosobową. Każdy rozdział naprzemiennie przedstawia losy albo Cade'a, albo Max, przez miałam wzgląd w odczucia każdego z nich, w ich przemyślenia i refleksje. A każde z nich reaguje przecież inaczej. Pisarka miała świetny pomysł i według mnie ten zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę.

"Coś do ukrycia" to drugi tom serii Cory Carmack, w którym główne skrzypce tym razem gra Cade, a Bliss oraz Garrick, główni bohaterowie poprzedniej części pełnią raczej rolę postaci drugoplanowych. Szczerze mówiąc myślałam, że ta historia spodoba mi się bardziej. Chciałam czegoś poważniejszego, a w wielu recenzjach właśnie pisano, że ta opowieść jest dojrzalsza, niż Bliss chcąca stracić swoje dziewictwo. "Coś do stracenia" było zabawne, urocze i po prostu "odmóżdżające". "Coś do ukrycia" natomiast miało wywoływać autentyczne emocje, pochłonąć czytelnika, sprawić, że będzie on współczuł bohaterom... I coś chyba nie zaiskrzyło.

Cora Carmack z pewnością miała pomysł i tego nie mogę jej odmówić, jeśli jednak chodzi o wykonanie... Nie usatysfakcjonowało mnie. Ta książka miała trzymać moje emocje w garści, ale wcale tego nie zrobiła. Pisarka wniknęła w trudny temat straty ukochanej osoby i prób odnalezienia własnego ja, ale według mnie nie udało się jej przedstawić historii Max na tyle wiarygodnie, aby wywoływała we mnie jakieś głębsze emocje, a wierzę, że taki był początkowy zamiar. Ta autorka spisuje się świetnie w powieściach z dużą dawką humoru, którego próbkę miałam okazję podziwiać w "Coś do stracenia" - to lekka i zabawna opowieść, która choć naiwna, niesamowicie wciąga. Jeśli miałabym wybierać, to właśnie pierwszy tom podobał mi się bardziej. W drugim zabrakło mi uczuć, napięcia, które przecież powinno tam być, biorąc pod uwagę fabułę.

"Coś do stracenia" i "Coś do ukrycia" oceniam tak samo, na mocną siódemkę. Po lekturze pierwszej części pomyślałam sobie: "dobra, to była naprawdę urocza i fajna historia, a teraz czas na tą poważniejszą i doroślejszą". Taki miał być drugi tom. Wiele osób zachwalało go, twierdząc, że warto przebrnąć przez infantylny początek serii tylko dlatego, że jej sequel jest lepszy. Eee, że co? Czuję się oszukana, bo ja jakoś wcale tak nie uważam. Zdecydowanie wolę świetny humor w książkach, który sprawia, że śmieję się do rozpuku, niż nieudolne próby przedstawienia głębszych emocji i wzbudzeniu w czytelniku współczucia. W efekcie wzbudza to jedynie rosnącą irytację.

Miało być świetnie, ale wyszło jak wyszło. Wierzę, że Cora Carmack miała dobre zamiary, tylko to wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Gdyby pisarka skupiła się na lepszej kreacji bohaterów, na wiarygodnym przedstawieniu ich życiorysów i emocji, zapewne ta książka spodobałaby mi się bardziej. A tak to tylko ciekawa historia z niewykorzystanym potencjałem.
Moja ocena: 7/10

wtorek, 16 grudnia 2014

Post urodzinowy: To już dwa lata...

Dzisiaj piszę do Was w naprawdę wyjątkowy dla mnie dzień. Otóż 16 grudnia, 2 lata temu na "my heaven of books" ukazała się pierwsza recenzja, dając tym samym początek mojemu blogowi. Moja pasja do książek zrodziła się już w podstawówce, ale tak naprawdę dopiero czytanie innych blogów pozwoliło mi na to, abym w pewni się rozwinęła: jako czytelnik, ale też i jako człowiek. Poznałam masę wspaniałych książek, trochę tych gorszych, ale generalnie prawie każda z nich wniosła trochę w monotonną codzienność. Myślę, że każdy bookblogger się ze mną zgodzi, że pisanie recenzji i trwanie przy blogu jest przyjemnością, ale też uczy wytrwałości. Każdą przeczytaną powieść wypadałoby sumiennie i rzetelnie zrecenzować, nie wspominając przecież o pracy, którą się wkłada w sam wygląd strony i poszukiwanie nowych czytelników. Miałam swoje wzloty i upadki, raz chciało mi się bardziej, a raz mniej. Nic jednak nie zmieni faktu, że kocham czytać i książki ZAWSZE potrafią poprawić mi humor, a dzielenie się moim zamiłowaniem tutaj, z Wami czyni to jeszcze bardziej wyjątkowym. Dlatego bardzo chciałabym Wam podziękować, w szczególności czytelnikom, którzy trwają ze mną aż od samego początku, ale także i tym, którzy niedawno tutaj zawitali. Dziękuję i mam nadzieję, że czekają mnie kolejne, równie udane lata!

Zapraszam także do udziału w urodzinowym losowaniu:

http://mojeksiazkoweniebo.blogspot.com/2014/12/konkurs-urodzinowy.html

sobota, 13 grudnia 2014

Konkurs urodzinowy

Za 3 dni mój blog będzie obchodził dwa lata i z tej okazji przygotowałam dla Was kolejny konkurs!

1. Organizatorką konkursu jestem ja, Rosemarie autorka bloga "my heaven of books".
2. Konkurs rozpoczyna się od 13 grudnia 2014 i będzie trwał do 16 stycznia 2015. Zgłoszenia nadesłane po wyznaczonym terminie, nie będą brane pod uwagę.
3. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu 7 dni od jego zakończenia.
4. Udział w konkursie mogą wziąć wyłącznie osoby zamieszkałe na terenie Polski, nie wysyłam książek za granicę.
5. Nagrodą w konkursie jest jedna z poniższych książek, które pochodzą z mojej własnej biblioteczki:
- Agnieszka Pruska - "Literat"
- Iwona Skrzypczak - "Bo we mnie jest ex"
- Deborah McKinlay - "Cała nadzieja w Paryżu"
- Ben Aaronovitch - "Księżyc nad Soho"
- James Craig - "Londyn we krwi"
- Monika Siuda - "Dwudziesta szósta ofiara"
- Belen Martinez Sanchez - "Dzień, w którym umarłam"
 
6. Zwycięzca będzie miał 3 dni na wysłanie mi swojego adresu na mojego maila (xrosemarie@wp.pl), abym mogła wysłać nagrodę. W przypadku, gdy nie otrzymam żadnej odpowiedzi wybiorę innego zwycięzcę.
7. Książka zostanie wysłane do zwycięzcy w ciągu 7 dni od momentu otrzymania adresu do wysyłki.
8. Aby wziąć udział w rozdaniu:
a) w rozdaniu mogą wziąć udział osoby posiadające lub tez nieposiadające bloga.
b) należy w komentarzu wyrazić chęć wzięcia udziału w konkursie poprzez standardowe "zgłaszam się" oraz wybrać książkę, którą chce się wygrać
c) w komentarzu należy podać swojego maila 
d) trzeba zostać publicznym obserwatorem mojego bloga (w bloggerze) i podać w komentarzu nazwę, pod jakim nickiem się go obserwuje
e) na swoim blogu należy zamieścić widoczny niżej baner konkursowy, powinien on linkować do tego postu (w komentarzu należy dokładnie określić, gdzie go znajdę) w przypadku zgłoszeń osób nieposiadających bloga, należy udostępnić baner konkursowy na facebooku
f) należy polubić fanpage bloga, który znajduje się pod TYM linkiem
g) zwycięzcę wybiorę drogą losowania

Baner:

Powodzenia!

Wyniki konkursu z "Zabraną o zmierzchu"

12 grudnia zakończył się konkurs, w którym można było wygrać trzeci tom serii Wodospady Cienia - "Zabraną o zmierzchu", wydawaną w Polsce przez wydawnictwo feeria. Bardzo dziękuję za wszystkie zgłoszenia i za Wasze świetne odpowiedzi na pytanie konkursowe: Jaka jest Wasza ulubiona książka/seria książek i dlaczego? Przyznam, że wahałam się pomiędzy dwiema odpowiedziami, ale cóż - zasady konkursu są proste i mam tylko jeden egzemplarz książki do podarowania. A oto zwycięzca:

Ola Pawlak

Zwycięska odpowiedź:
Największą sympatią darzę książki Suzanne Collins "Igrzyska śmierci". Całą serię miło wspominam, bo wiąże się z nią pewna historia. Najpierw obejrzałam film, który bardzo mi się spodobał i stwierdziłam, że muszę wiedzieć natychmiast co wydarzy się dalej. Kolejna część filmu miała być dopiero za rok, więc prędko sięgnęłam po trylogię. Przedtem w ogóle nie czytałam książek no poza lekturami chociaż i je z niechęcią. A ta seria wlała we mnie miłość do książek. Właśnie dzięki Igrzyskom zaczęłam czytać. Teraz minęły już dwa lata, przeczytanych książek mam już wiele, a i własna biblioteczka cały czas się powiększa o nowe serie. Moimi ulubionymi gatunkami są fantastyka, książki futurystyczne i paranormalne. Jednak wracając do Igrzysk to są w moim sercu już bardzo długo i głęboko. Kocham serię za całokształt. Podoba mi się pomysł na fabułę- zniszczony świat i surowe zasady, którym trzeba się podporządkować, wykreowani bohaterowie- główna bohaterka, która nie jest przyjacielska jednak właśnie za to się ją lubi. Książka jest o odwadze, poświęceniu i o tym co szczególnie lubię- miłości. I to nie tylko miłości damsko- męskiej chociaż trójkącik miłosny jest. Ale też o miłości rodzinnej- siostrzanej, o tym ile da się zrobić dla osób z rodziny. Nawet wolę nie myśleć co by się stało gdybym nie obejrzała wtedy filmu, dzięki któremu przeczytałam książki. Właśnie z Igrzyskami zaczęła się moja przygoda z czytaniem i mam nadzieję, że będzie jeszcze ona trwała bardzo długo.
W duchu oddaje ona wszystko, co tak uwielbiam w "Igrzyskach śmierci". Każdy z nas ma sentyment do pewnych książek, nieważne, czy ogółowi się one podobają. W końcu jak nie kochać powieści, które nas zaraziły do czytania?

Gratuluję! Zaraz napiszę do Ciebie maila. Jeszcze raz dziękuję za pozostałe zgłoszenia i zachęcam do wypatrywania kolejnego konkursu - tym razem urodzinowego, który odbędzie się na blogu w ciągu kilku dni.

Miłego dnia!

środa, 10 grudnia 2014

Cecelia Ahern - Love, Rosie

Autor: Cecelia Ahern Tytuł: Love, Rosie Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 510

"Love, Rosie" (tytuł oryginalny to "Na końcu tęczy") to książka autorstwa Cecelii Ahern ( "PS kocham cię"). Z pewnością o tej książce jeszcze dużo usłyszycie, ponieważ niedawno ukazała się jej ekranizacja w gwiazdorskiej obsadzie. Wcale się temu nie dziwię. "Love, Rosie" to jedna z tych niesamowitych urzekających historii, przy których czas płynie nieubłaganie szybko. Nie pozostaje Wam nic innego, jak usiąść w te zimne dni, z kubkiem gorącej herbaty i oddać się absorbującej lekturze.

Alex i Rosie znają się od dzieciństwa i są praktycznie nierozłączni. Inni ludzie przyglądają się im ze zdziwieniem - w końcu czy to możliwe, aby chłopak i dziewczyna stworzyli przyjaźń? Nie taką zwyczajną, ale silną więź do końca życia. Pewnego dnia jednak Alex wyprowadza się z pięknej Irlandii do Dublina i zostawia swoją najlepszą przyjaciółkę. Rozłąka dla dwóch osób, które potrafiły spędzać ze sobą każdą minutę swojego życia jest czymś niewyobrażalnie trudnym. Czy ich związek przetrwa próbę czasu i mieszkania na innych kontynentach?

"Love, Rosie" to tak naprawdę książka o życiu. O rodzinie, o przyjaźni, o miłości. To prawdziwy misz-masz doświadczeń każdego człowieka. Same te motywy są wszystkim molom książkowym świetnie znane, były przerabiane w końcu przez wielu pisarzy na wiele rozmaitych sposobów. Wydawałoby się, że ta powieść to nic specjalnego, ot, kolejne tego rodzaju dzieło poruszające utarte schematy, o którym równie szybko, co się przeczytało, zapomni. Jak się zapewne domyślacie - nie jest to prawda. Same ponadczasowe wartości nie gwarantują udanej lektury, ale już ich forma - tak. "Love, Rosie" zostało napisane przez Cecelię Ahern w dosyć nietypowy sposób, ponieważ składa się jedynie z listów, e-maili czy zapisków z czatu. Muszę przyznać, że na początku dosyć ciężko było mi się wbić w rytm w tej powieści, ale gdy już to zrobiłam... Nie potrafiłam się oderwać i skończyłam ją w ekspresowym tempie! Tak mnie pochłonęła, że nawet nie zerkałam na zegarek, bo wiedziałam, iż w spokoju mogę oddać się tak cudownej książce.

Recenzje "Love, Rosie" nie są przesadzone ani trochę. Wysokie oceny tej powieści są po prostu zrozumiałe i każdy, kto ją przeczytał wie, że nie można ocenić jej inaczej. To absolutnie niesamowita historia, od której wręcz bije ciepło i magia. Cecelia Ahern pisze w taki sposób, że trzyma emocje czytelnika w garści i nie wypuszcza go aż do ostatniej strony. To jedna z niewielu pisarek, które potrafią wywołać autentyczne emocje. Do tego nietypowa forma listów, wręcz gwarantuje autorce zaangażowanie ze strony czytelników. Chwilami czułam się, jakbym wręcz została wrzucona w wir wydarzeń, nie tylko tych teraźniejszych, ale też przeszłych. Ponadto bohaterowie są tak żywi, jakby zostali wyrwani z kart powieści. Są pełnokrwiści, pełni wad i zalet, posiadający poczucie humoru. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że pokochałam ich wszystkich. A Rosie i Alex... są postaciami, które znalazły sobie wygodne miejsce w moim sercu.

"Love, Rosie" to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek miałam okazję przeczytać. Każda jej strona jest nacechowana emocjami, a czytelnik wraz z bohaterami przeżywa ich wzloty i upadki. Słodko-gorzkie chwile, urocze wpadki i piękne wspomnienia. Prawi o tym, że miłość można odnaleźć w każdym wieku, o tym, że każdy człowiek w swoim życiu otrzymuje drugą szansę na szczęście. Świetnie mi się czytało tą powieść i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze zapoznać z innymi dziełami Cecelii Ahern. Polecam!

"W każdym razie chciałam powiedzieć, że nie chcę być jedną z tych osób, o których tak łatwo się zapomina, kiedyś niezmiernie ważnych, wpływowych i cenionych, które po latach stają się wyłącznie bladym wspomnieniem i niewyraźnym zarysem w pamięci. Ja chcę być zawsze twoją przyjaciółką, Alex".
Moja ocena: 9/10

sobota, 6 grudnia 2014

Sally Green - Zła krew

Autor: Sally Green Tytuł: Zła krew Wydawnictwo: Uroboros Liczba stron: 397

O "Złej krwi" było już głośno, gdy się nawet jeszcze nie ukazała w Polsce. Przed swoją premierą została przetłumaczona na 47 języków, licznie zachwalana jako "mroczniejszy Harry Potter". Jakby było tego mało, ta powieść pobiła rekord Guinnessa w kategorii najczęściej tłumaczonej przed premierą książka debiutującego autora. To wszystko razem wzięte sprawiło, że wyczekiwałam tego dzieła z utęsknieniem. Zazwyczaj tak hucznie reklamowane debiuty nie okazują się strzałem w dziesiątkę, a zwyczajnie rozczarowują. Jesteście ciekawi, jak było w tym przypadku?

Współczesna Anglia. Na świecie żyją zwykli ludzie, a z nimi koegzystują ci dobrzy - czarodzieje i czarodziejki nazywani białymi oraz ci źli - czarownicy i czarownice nazywani czarnymi. Natan Byrn nigdy nie miał łatwego życia. Już jako niemowlę został napiętnowany, ponieważ mając matkę białą, a ojca czarnego, miał mieszaną, tytułową złą krew. Niewiele osób sądziło, że w dniu swoich siedemnastych urodzin wybierze ścieżkę dobra. Przez swoje pochodzenie jest zmuszony do zmagania się z Radą Czarodziejów i Czarodziejek, aż w końcu zostaje zamknięty w klatce i torturowany, niczym zwierzę. A dzień jego siedemnastych urodzin zbliża się nieubłaganie... To właśnie wtedy musi otrzymać trzy dary oraz krew od swojej rodziny, aby stać się pełnoprawnym czarodziejem lub czarownikiem. Jednak, aby to zrobić musi wyruszyć w niebezpieczną podróż, aby odnaleźć swojego ojca...

Szczerze mówiąc, to mam mieszane uczucia. Nie dziwię się wcale tym porównaniom "Złej krwi" do Harrego Pottera, bo w istocie te książki mają wspólny mianownik - klimat. Natan, tak jak Harry został napiętnowany już w dzieciństwie. Jednak debiut Sally Green jest mroczniejszy niż seria J.K Rowling. W tej powieści główny bohater musi zmagać się z wieloma niesprawiedliwościami. Przecież on nie wybrał tego, jakim się urodził, nie prosił się o to, aby być synem przerażającego czarownika Marcusa. Natan został napiętnowany przez społeczeństwo, które - o ironio - zmuszało go swoim zachowaniem do wybrania ścieżki zła, a nie dobra. Otóż tak, chłopak miał wybór, będąc w połowie białym, a w połowie czarnym. Zrozumienie jedynie odnalazł ze strony swojej najbliższej rodziny i to też nie do końca. Znalazł także miłość, dziewczynę, w której się zakochał, ale nigdy tak naprawdę nie było im dane spróbować być razem. Jak się domyślacie - polubiłam Natana, to najsilniejsza zaleta tej książki. Sally Green świetnie ukazała jego ewolucję i rozwój emocjonalny. Na początku słaby, strachliwy, a z czasem na wskutek trudnych doświadczeń nabiera siły i mężnieje.

"Zła krew" spodobałaby mi się bardziej, gdyby było w niej o wiele więcej magii. Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście, że ona tutaj występuje, w końcu mamy do czynienia z powieścią fantastyczną, ale w moim odczuciu było jej zwyczajnie za mało. Odniosłam wrażenie, jakby pisarka dopiero co zarysowała sobie całą swoją koncepcję i ma zamiar rozwinąć w dalszych częściach tej historii. I mam nadzieję, że to zrobi, bo ta opowieść ma naprawdę ogromny potencjał, szkoda byłoby go zmarnować.

Sally Green udało się znaleźć miejsce na wątek miłosny. Został on świetnie przedstawiony, między dwiema, jeszcze bardzo młodymi osobami. Nie był nachalny w swojej wymowie, a uroczy i taki, o którym chce się czytać. Wraz z upływem czasu, więź łącząca zakochanych bohaterów staje się jeszcze silniejsza i nie słabnie, jak wiele osób przypuszczało.

Zakończenie to kolejna zaleta tej historii. Opisałabym je jednym słowem: zaskakujące. W ogóle się go nie spodziewałam, tym bardziej zwiększa do jeszcze moją chęć do przeczytania drugiego tomu. Pisarka zadbała o to, aby czytelnicy nie tylko chcieli, a wręcz musieli sięgnąć po kontynuację.

"Złą krew" oceniam wysoko, bo na mocną siódemkę. To bardzo dobry debiut, z dynamiczną akcją i świetnie przedstawionymi bohaterami. Czyta się go bardzo szybko, z niesłabnącym entuzjazmem, ciekawym dalszego rozwoju historii. Sally Green nie udało się uniknąć drobnych potknięć, ale uważam, że jak na swoje pierwsze dzieło wywiązała się ze swojego zadania. Czy polecam? Jak najbardziej tak! "Zła krew" to nie tylko piękna okładka i intrygujący opis, to także zawartość, która sprostała moim wymaganiom. Chciałam lekko napisanej historii osadzonej w fantastycznym świecie, która mnie pochłonie. I dokładnie to otrzymałam!
 "To, jak myślisz i jak się zachowujesz, pokazuje, kim jesteś".
Moja ocena: 7/10

środa, 3 grudnia 2014

DZISIEJSZE PREMIERY : "Love, Rosie" i "Niebezpieczne istoty"

Dzisiaj mają premierę dwie książki, które moją uwagę zwróciły już wcześniej. "Love, Rosie" jeszcze nie czytałam, jednak w tym tygodniu na pewno ją zacznę, więc recenzja niebawem. Filmu niestety nie uda mi się w najbliższym czasie obejrzeć, ale mam nadzieję, że powieść mnie zadowoli. Co się tyczy "Niebezpiecznych istot", już je przeczytałam (RECENZJA) i co mogę napisać - nie zawiodłam się ani trochę. Kto by pomyślał, że spinoff może być lepszy od pierwowzoru?

CECELIA AHERN - "LOVE, ROSIE"
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 510
UWAGA! Książka była wcześniej wydana pt.: "Na końcu tęczy".

Po wzruszającym "PS Kocham Cię" następna powieść Cecelii Ahern została przeniesiona na srebrny ekran. W rolę Rosie wcieliła się Lily Collins, doskonale znana z filmów "Królewna Śnieżka", "Dary Anioła: Miasto kości" czy "Porwanie", Alexa zagrał Sam Claflin, odtwórca głównych ról w filmach "Uśpieni", "Królewna Śnieżka i Łowca", "Igrzyska śmierci".

Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?

Czy warto czekać na prawdziwą miłość? Czy każdy z nas ma swoją "drugą połówkę"? Może dowiemy się tego po lekturze tej ciepłej i wzruszającej powieści. 

KAMI GARCIA & MARGARET STOHL - "NIEBEZPIECZNE ISTOTY"
Wydawnictwo: Feeria Young (Feeria Young)  
Liczba stron: 332
Ridley to bardzo, bardzo niegrzeczna dziewczynka. Nie można jej ufać, a co gorsza, nie można zaufać też sobie, gdy jest się obok niej. Jej chłopak Link to muzyk rockowy. Razem wyjeżdżają do nowego Jorku, gdzie Link ma nadzieję rozpocząć karierę.

Wkrótce okazuje się, że może to być ich ostatnia podróż, bo cena za ich życie jest bardzo wysoka…

wtorek, 2 grudnia 2014

Cora Carmack - Coś do stracenia

Autor: Cora Carmack Tytuł: Coś do stracenia Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron: 304

Po książce "Coś do stracenia" wiedziałam, aby nie mieć względem niej zbyt dużych oczekiwań i podejść do niej z przymrużeniem oka. Tak też zrobiłam. Chciałam po prostu lekkiego czytadła, które z powodzeniem umili mi czas i pozwoli zapomnieć o codziennej monotonii. I muszę powiedzieć, że powieść Cory Carmack w tym zadaniu sprawiła się wprost idealnie!

Główną bohaterką tej książki jest dwudziestodwuletnia Bliss Edwards, która jako jedyna ze swoich przyjaciółek pozostaje dziewicą. Postanawia to zmienić i dlatego wybiera się na wypad do klubu właśnie z myślą o tym, aby je stracić.Ta poznaje przystojnego mężczyznę - Garricka i gdy już sprawy przybierają ciekawy obrót, Bliss panikuje i go zostawia. Niedługo później okazuje się, iż Garrick jest jej nowym wykładowcą. Jak dalej potoczą się ich losy?

Tak, fabuła jest dokładnie tak sztampowa jak myślicie, że będzie. Na pierwszy rzut oka wydaje się banalna i naiwna, i właśnie taka się okazuje już od pierwszych stron. Cora Carmack nie zwodzi czytelników zbędnymi dramatami i obietnicami ambitnej lektury, więc i ja nie dałam się zwieść i oczekiwać nie wiadomo czego. Nie oszukujmy się - opis brzmi naprawdę niesamowicie śmiesznie, bo przecież bycie dwudziestodwuletnią dziewicą jest iście straszne i trzeba jak najszybciej je stracić z przypadkowym facetem. Dobra, pomijając sam pomysł na fabułę to... wybitnie dobrze bawiłam się w czasie lektury tej książki. Została lekko napisana, a przede wszystkim Cora Carmack zawarła w niej ogromną ilość poczucia humoru - co bez wątpienia dla mnie jest jej największą zaletą. Pisarka zadbała o to, aby podczas czytania "Coś do stracenia" po prostu dobrze się bawić, zignorować wszystkie obowiązki i śmiać się z nieporadności głównej bohaterki.

Można by narzekać na głupotę i naiwność Bliss Edwards, ale ja przymknęłam na to oko, bo ta dziewczyna okazała się najzwyczajniej w świecie zabawna! Każdy moment z jej udziałem był po prostu rozbrajający, a wpadki (których miała bardzo wiele) zawsze wywoływały szeroki uśmiech na mojej twarzy. Przy tak niezdarnej i nieporadnej postaci chyba nie sposób się nie zaśmiać chociaż raz. Nie została ona przecież stworzona przez Corę Carmack po to, żeby mieć jakieś bogate i filozoficzne przemyślenia, aby zmieniać sens naszego życia, ale po to, aby się z nią (lub z niej) śmiać.

"Coś do stracenia" to po prostu kolejny romans. Ciepły i uroczy w swojej wymowie. Taki, który czyta się z wypiekami na twarzy, mając tą świadomość, że czyta się coś absolutnie niezobowiązującego i przyjemnego. To jedna z tych książek, o których szybko się zapomni, ale zawarte w niej poczucie humoru chyba nie każdemu wypadnie tak szybko z głowy. Spędziłam przy niej kilka miłych, a przede wszystkim relaksujących godzin. To pełen zwrotów akcji romans, który z pewnością przypadnie do gustu fankom tego gatunku. Na mojej półce stoi już drugi tom tej serii, "Coś do ukrycia" i już nie mogę się doczekać, gdy wrócę to tego barwnego świata. Polecam!
Moja ocena: 7/10

sobota, 29 listopada 2014

Stos #10/2014

Hej! 
Te comiesięczne stosy stały się już niemal tradycją na moim blogu. Pomińmy fakt, że pokazywałam je z różną częstotliwością i nie zawsze trzymałam się wyznaczonego terminu. ;) Te stosy także uzmysławiają mi niesamowicie szybki upływ czasu. Przy codziennych obowiązkach bardzo łatwo jest popaść w rutynę, ale na szczęście są książki, które przecież zawsze nam ten czas umilają. Dzisiaj zrobiłam się trochę sentymentalna, bo już 16 grudnia my heaven of books będzie obchodził swoje drugie urodziny. A wydawałoby się, że całkiem niedawno przeczytałam powieść Lauren Oliver, "Delirium" i w mojej główce zrodził się pomysł, aby zrecenzować tę książkę... Cóż, nie będę się wdawała w ten temat, bo na to przygotuje oddzielny post. W każdym razie dzisiaj przychodzę do Was ze stosem zdobyczy z listopada. Niestety, ale praktycznie mam tylko czas na czytanie bieżących nowości, a stosy książek, które leżą miesiącami pozostają nadal nieprzeczytane. Mam nadzieję, że w święta uda mi się wygospodarować dla nich trochę czasu.

(kliknij na obrazek, aby powiększyć)
Od lewej strony:
1. Jennifer L. Armentrout - "Obsydian" - zakup własny - czy muszę dużo pisać? W Polsce o tej książce nie jest tak głośno, jak za granicą. Powieść ta otrzymuje same laurki i pochwały, a więc... Siła wyższa zmusiła mnie do jej kupna. Ciężkie życie moli książkowych. :D
2. Gayle Forman - "Zostań, jeśli kochasz" - jw. - tak pokochałam film, który niedawno obejrzałam, że musiałam mieć książkę. Nawet wygrzebałam na nią pieniądze, których powinnam nie mieć. ;)
3. Sally Green - "Zła krew" - od GW Foksal - zaczęłam czytać i zapowiada się nieźle. Naprawdę intrygująco. Jak tak dalej pójdzie, to spodziewajcie się recenzji na dniach.
4. Brandol Mull - "Pięć królestw. Łupieżcy niebios" - od wyd. Egmont - niedługo się za nią zabieram i mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje.
5. Kami Garcia, Margaret Stohl - "Niebezpieczne istoty" - od wyd. Feeria - czytałam szczotkę, dostałam, piękny, finalny egzemplarz. Książka przede wszystkim o wiele lepsza niż "Piękne istoty", a chwilami wręcz myślałam, że została napisana przez kogoś innego... - (RECENZJA)
6. C. C Hunter - "Zabrana o zmierzchu" - jw. - kontynuacja Wodospadów Cienia, które są jedną z tych serii, których się nie czyta, a które się pochłania. - (RECENZJA) Przypominam, że u mnie na blogu odbywa się konkurs (tutaj), w którym jest właśnie ten tom do wygrania. :)

Od prawej strony:
7. Cecelia Ahern - "Love, Rosie" - od wyd. Muza S.A - ogromnie się ucieszyłam, gdy ją odebrałam na poczcie. Mam nadzieję, że ani książka, ani film mnie nie rozczarują, bo ta historia zapowiada się naprawdę ciepło i uroczo.
8. Abigail Gibbs - "Mroczna Bohaterka. Jesienna Róża" - jw. - (RECENZJA)
9. Morgan Matson - "Aż po horyzont" - kolejna perełka z biblioteki! Uwielbiam znajdować takie cuda na półkach.
10. Alexandra Monir - "Poza czasem" - jw. - coś tam słyszałam o tej serii, zobaczymy czy mi się spodoba.
11. Alexandra Monir - "Władcy czasu" - jw.
12. Julianna Baggott - "Nowy przywódca" - jw. - bardzo dawno temu przeczytałam pierwszy tom tej serii i byłam pod ogromnym wrażeniem, dlatego cieszę się, że w końcu natrafiłam na kontynuację w bibliotece. Recenzja "Nowej Ziemi" TUTAJ.

Czytaliście coś? Co polecacie, a co odradzacie?

piątek, 28 listopada 2014

Joanna Hickson - Oblubienica z Azincourt

Autor: Joanna Hickson Tytuł: Oblubienica z Azincourt Wydawnictwo: Literackie Liczba stron: 550

Nie zawsze lubiłam powieści historyczne, będąc bardziej dokładną, dopiero od ponad roku jestem ich ogromną fanką i przeczytanie każdego nowego dzieła z tego gatunku sprawia mi wiele radości. Są to książki, które nieodłącznie kojarzyły mi się z nudą i rozwleczoną akcją, a prawda jest taka, że więcej w nich dynamizmu niż w niejednym kryminale. Jestem pewna, że właśnie z powodu tych błędnych przekonań wiele osób omija tego rodzaju powieści, tym samym darując sobie okazję przeczytania czegoś naprawdę dobrego i wciągającego. I właśnie takie jest dzieło Joanny Hickson, "Oblubienica Azincourt".

Narratorką tej powieści jest Guillaumette "Mette" Dupain, córka piekarza, która na wskutek swoich tragicznych doświadczeń trafia na dwór królewski we Francji. Gdy poroniła, okazała się idealną kandydatką na mamkę dla najmłodszego, dziesiątego już dziecka królowej Izabeli oraz Karola Szalonego - Katarzyny. Mała, śliczna istotka szybko wnika w serce zwyczajnej, młodej dziewczyny, pozwalając jej ukoić ból po utracie syna. A sama księżniczka także potrzebuje bliskości i opieki, szczególnie, gdy jej matka jest zbyt zaprzątana królewskimi sprawami, aby przejmować się swoimi dziećmi, a stan psychiczny jej ojca jest - delikatnie mówiąc - niestabilny.

Gdy Katarzyna de Valois dorasta, więź z jej mamką ani trochę nie słabnie, przeciwnie, staje się jeszcze silniejsza. Jest dla niej jednocześnie matką i przyjaciółką. Młoda Katarzyna staje się narzędziem na francuskim dworze, w którym aż się roi od intryg. Jaki wybór ma księżniczka, gdy chodzi o jej życie? To proste - nie ma żadnego wyboru, mimo to wciąż potrafi wykazać się niesamowitą odwagą i dostojnością niczym urodzona królowa. Na domiar tego pokój między Francją a Anglią jest coraz bardziej kruchy...

Książki o takiej obszerności nie zawsze od początku zaczynają się podobać. Wiadomo, gdy powieść ma grubo ponad pięćset stron, nie można liczyć, że od pierwszej przeczytanej kartki zacznie się coś dziać. Cóż, Joanna Hickson w tym wypadku jest wyjątkiem i udowodniła, że owszem, to jest możliwe. Dosłownie, gdy tylko zaczęłam czytać "Oblubienicę z Azincourt" od razu wniknęłam w świat średniowiecznego przepychu. Każda zapisana strona tej lektury jest przesycona napięciem, które powoduje, że pochłania się ją wręcz z wypiekami na twarzy.

Dotychczas, gdy miałam do czynienia z powieściami historycznymi, nie odczuwałam tego, że w istocie opisani bohaterowie istnieli przecież naprawdę. Wiadomo, że takie osobowości ciężko jest odzwierciedlić idealnie, nawet mając do dyspozycji rozmaite źródła historyczne, co niestety, znikomo wpływa na wyobraźnię czytelnika. Autorki takich książek często przedstawiają jedynie suche fakty z życia królów i księżniczek, nie dbając o takie "szczegóły", jak chociażby indywidualne cechy charakteru. Po co, przecież te osoby są prawdziwe i same ich imiona i nazwiska powinny wystarczyć, prawda? Cóż, nie wystarczają. Ja, żeby być usatysfakcjonowanym czytelnikiem potrzebuję czegoś, co sprawi, że pokocham danego bohatera, że nie będę mogła przestać dociekać, jego historii, jego przyszłości. I Joannie Hickson właśnie się to udało - stworzyła postacie z krwi i kości, nie ograniczyła się do pustych informacji, przez co ja wraz z nimi odczuwałam każdą najmniejszą porażkę, a także i sukces. Wnikliwość ukazania więzi pomiędzy zwyczajną dziewczyną, z córką króla i królowej Francji jest godna pochwalenia. Pisarka pokazała, że różnice stanowe są niczym, w porównaniu z prawdziwą miłością i oddaniem.

"Oblubienica z Azincourt" dzieli się na cztery części, z czego każda z nich opowiada o innych etapach w życiu zarówno Mette oraz Katarzyny. Każdy z nich pokazuje, jak wielkiej ewolucji ci bohaterowie ulegają, a wraz z każdym doświadczeniem nabywają mądrości i widać, jak dojrzewają. Joanna Hickson sprawnie manipuluje ze swoimi czytelnikami i to trzeba jej przyznać - nie oderwiecie się od tej książki, aż do ostatniej strony. To świetna powieść historyczna wnikliwie ukazująca realia tamtych czasów, a przy tym została wzbogacona o plastyczne opisy i bohaterów, których w jednej chwili albo się pokocha, albo znienawidzi. Wyśmienicie się przy niej bawiłam. Polecam!
Moja ocena: 8/10

środa, 26 listopada 2014

Przedpremierowo: Kami Garcia, Margaret Stohl - Niebezpieczne istoty

Autor: Kami Garcia, Margaret Stohl Tytuł: Niebezpieczne istoty (tom I) Wydawnictwo: Feeria, Feeria Young Liczba stron: 332 Premiera: 3 grudnia 2014

Każdy fan gatunku, jakim jest paranormal romance na pewno słyszał o "Pięknych istotach" - pierwszym tomie otwierającym serię Kroniki Obdarzonych. Tytułowi Obdarzeni dzielą się na wiele różnych rodzajów, z czego każdy z nich posiada nietypowe umiejętności, które odróżniają ich od siebie nawzajem. Pomysł ten daje ogromne pole do manewru, dlatego cieszę się, że Kami Garcia oraz Margaret Stohl postanowiły rozpocząć nową sagę, opowiadającą właśnie o tych istotach, ale w której drugoplanowi bohaterowie, których czytelnik poznał z poprzedniej serii, grają pierwsze skrzypce. Przygotujcie się na historię, która po prostu Was pochłonie!

Poznajcie Ridley Duchannes, siostrę Leny z cyklu Kroniki Obdarzonych, która została naznaczona przez Ciemność. Jako Istota Ciemności reprezentuje sobą gatunek syreny, czyli krótko mówiąc jest mistrzynią manipulacji. Wesley "Link" Lincoln, najlepszy przyjaciel Ethana, oprócz poczucia humoru, ma jedno marzenie i za wszelką cenę postanawia je spełnić: pragnie on rozpocząć karierę muzyczną i w tym celu wraz ze swoją dziewczyną Ridley wyjeżdża do Nowego Jorku. A tam czeka na nich wiele niebezpieczeństw... Poza tym ich związek nie należy do najłatwiejszych, nieustannie się kłócą, po czym się godzą i tak w kółko. Czy uda im się wyjść cało z opresji? I czy nadal pozostaną razem, pomimo tego, że różnią się od siebie jak ogień i woda?

Z Kronikami Obdarzonych jest całkiem nieciekawa i nieprzyjemna sytuacja. Mianowicie w Polsce zostały wydane tylko trzy z czterech tomów tej sagi, więc w zasadzie nikt z nas nie miał możliwości poznania zakończenia historii Leny i Ethana. A za tydzień będzie miała swoją premierę pierwsza część spinoffu pt. tego cyklu - "Niebezpieczne istoty", dlatego jestem po prostu pewna, że niedługo pojawią się pytania, czy jest w ogóle sens zaczynia całkowicie nowej historii, która przecież nawiązuje do pierwowzoru. Jeśli ktoś chce się czuć pewniej w temacie Obdarzonych, może przeczytać "Piękne istoty", moim zdaniem nie jest to jednak obligatoryjne. Każdy czytelnik bez problemu powinien się odnaleźć w "Niebezpiecznych istotach", ponieważ to jest nowa historia, a jakiekolwiek wątki czy bohaterowie z Kronik Obdarzonych występują raczej znikomo. Fakt, nie ma tutaj zbyt wiele wytłumaczeń związanych z Obdarzonymi, czy generalnie światem stworzonym przez pisarki w poprzednim cyklu, jednak myślę, że uważny czytelnik bez problemu da sobie radę z przyswojeniem tych informacji. Jeśli chodzi o spojlery - cóż, pojawiło się ich kilka, ale to jest ryzyko, które trzeba podjąć, jeśli nie zna się zakończenia poprzedniej sagi. Zapewne pojawi się kilka luk, których nie będzie można wypełnić, ale na szczęście nie jest to nic tak dużego, na co bym zwróciła większą uwagę. Autorki postanowiły zostawić wątek Ethana i Leny w spokoju, i pozwolić im usunąć się z drogi dla niezwykle pasjonujących Ridley i Linka. I och, cóż to za historia...

Na Linka i Ridley nie sposób nie zwrócić uwagi w czasie lektury "Pięknych istot". Są na tyle wyrazistymi osobowościami, że jest to po prostu niemożliwe. Są to bohaterowie, do których zapałałam sympatią już od pierwszej strony, na której się pojawili, dlatego ogromnie się ucieszyłam, gdy w moich rękach wylądował przedpremierowy egzemplarz "Niebezpiecznych istot". Z pewnością mogę napisać, że są to postaci o wiele ciekawsze, niż Ethan i Lena. Powiedziałabym, że razem tworzą iście diabelski duet i wspaniale razem współgrają. Ich dialogi są pełne ikry i emocji, zawsze mają do powiedzenia coś interesującego, z poczuciem humoru, co wywołuje u czytelnika natychmiastowy szeroki uśmiech. Tak nietypowej pary, która by w takim stopniu mnie zaciekawiła, jak oni, nie spotkałam dotychczas chyba w żadnej książce. To dzięki nim nie mogłam wprost oderwać się od czytania tej powieści, aż do ostatniej strony, a nawet po jej przeczytaniu chciałam krzyczeć: więcej!

"Niebezpieczne istoty" są o wiele lepsze od "Pięknych istot". Nie tylko przez wzgląd na ciekawszą fabułę, ale także i to, że zostały o wiele lepiej jakościowo napisane. Ta książka jest dopracowana, nie ma w niej rażących niedociągnięć. Kami Garcia i Margaret Stohl poprawiły błędy, które mnie zraziły i spowodowały niedosyt w Kronikach Obdarzonych. Tutaj nie ma tak dużego natężenia refleksji i bezsensownych irytujących przemyśleń (może dlatego, że Ridley i Link po prostu działają spontanicznie i uparcie wszystkiego nie analizują). Akcja jest pełna dynamizmu, a czytelnik z każdą kolejną stroną w zasadzie nie wie, czego się spodziewać. Byłam nieustannie zaskakiwana, co powodowało potęgujące się coraz bardziej napięcie i ciekawość, którą chciałam zaspokoić. I tak zrodziło się błędne koło, ponieważ po prostu nie dałam rady oderwać się od tej wciągającej historii, bo nieustannie dociekałam, co będzie dalej.

"Niebezpieczne istoty" to prawdziwa gratka dla fanów połączenia fantastyki i romansu, bo to przecież idealny duet na długie wieczory. Zawiera wszystko, czego poszukuję w tego rodzaju książkach: całą szeroką gamę emocji, wyrazistych bohaterów, intrygującą fabułę i błyskotliwe dialogi. Jedynym jej minusem jest tylko to, że jest taka krótka! Polecam!
"Nie tak ze sobą rozmawiali. Obrzucali siebie, czym popadło. Obelgami, drwinami, czasem nawet pilotami do telewizora. Wszczynali wojny i się godzili, znów wszczynali i znów się godzili. Nie ustalali żadnych podstawowych zasad. Nie dopuszczali do głosu uczuć. Nie wykładali sobie nic otwarcie."
Moja ocena: 8/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

wtorek, 25 listopada 2014

Kami Garcia, Margaret Stohl - Piękne istoty

Autor: Kami Garcia, Margaret Stohl Tytuł: Piękne istoty (Kroniki Obdarzonych tom I) Wydawnictwo: Łyński Kamień Liczba stron: 534

Powieści z wątkiem fantastycznym i miłosnym, tzw. paranormal romance, choć są schematyczne - wszyscy z pewnością je czytamy i cieszymy się przy tym z tak lekkiej i niezobowiązującej lektury. "Piękne istoty" pragnęłam przeczytać od bardzo dawna. Wybrałam się nawet do kina na ekranizację tejże historii, ale nigdy nie miałam okazji sięgnąć po pierwowzór, choć od niedawna mam go na swojej półce. W końcu nadeszła ta chwila... Niedługo ma premierę spinoff tej serii i w końcu to mnie zmobilizowało do sięgnięcia po tę opowiesć. Choć książkę tą skończyłam czytać kilka dni temu, nie od razu napisałam jej recenzję. Nie dlatego, że mi się nie podobała, ale dlatego, że nie do końca wiedziałam, jak wyrazić swoją opinię świeżo po jej ukończeniu. Podsumowując mój krótki wywód: mam po prostu mieszane uczucia...

Ethan Wate od urodzenia mieszka w małym miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych - Gatlin. I odkąd pamięta, chce się stamtąd wyprowadzić i zwiedzić świat. Pewnego dnia jego nudne życie przestaje być takie nudne... Nastolatek zaczyna mieć dziwne sny, w których ukazuje mu się piękna, ciemnowłosa dziewczyna. Wyobraźcie sobie jego zaskoczenie, gdy właśnie ona pojawia się w jego szkole. Nazywa się Lena Duchannes i niedawno wprowadziła się do Gatlin. Na domiar tego jest siostrzenicą dziwaka, Macona Ravenwooda - jak nazywają go miejscowi. Jak losy tej dwójki się połączą?

To, co chyba najbardziej nietypowe w tej powieści to sam narrator pierwszoosobowy, którym jest chłopak. W obecnej chwili nie potrafię sobie przypomnieć żadnej innej książki z tego gatunku, która byłaby napisana z męskiego punktu widzenia. I to okazało się dla mnie największą zaletą w "Pięknych istotach". Zawsze ciekawie jest się dowiedzieć, co siedzi w głowie płci przeciwnej, niż nieustannie próbowanie się tego domyślić (co zazwyczaj kończy się fiaskiem). W końcu ile można czytać o dziewczynach zachwycających się przystojnymi chłopakami? Czas na chłopaków wychwalających urodę dziewczyn. Nie żeby w tej powieści było tego wiele. Ethan na całe szczęście jest bohaterem bardzo dobrze wykreowanym, którego życie nie ogranicza się jedynie do Leny. Ma on swoich przyjaciół, swoje osobiste problemy i swoje indywidualne cechy. Naprawdę miło się czytało o jego refleksjach (o ile nie było ich zwyczajnie za dużo). Skoro już piszę o postaciach to wypadałoby wspomnieć o Lenie Duchannes. Jeśli chodzi o mnie - mam mieszane uczucia. Nie jest to typowa irytująca bohaterka tego typu książek, która cechuje się jedynie głupota i naiwnością. Nie, ta nastolatka z pewnością taka nie jest. Ma swoje zdanie i zawsze je broni, a dla osób, które kocha jest gotowa do wielu poświęceń. Najbardziej jednak nie zapałałam sympatią do dwójki głównych bohaterów, ale do tych drugoplanowych: Linka i Ridley. Oboje są niesamowicie wyraziści i interesujący, zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia. Cieszę się, że otrzymali oni swój własny spinoff.

"Piękne istoty" spodobałyby mi się znacznie bardziej, gdyby pisarki postanowiły uczynić akcję trochę bardziej dynamiczną, bo tego dynamizmu niestety mi zabrakło i jest to ogromne odczuwalne w czasie lektury. O ile pomysł na Obdarzonych jest świetny i jak najbardziej trafiony, to w porównaniu z powolną akcją nie został ukazany w jak najlepszym świetle. Wyobraźcie sobie, w jednej chwili tempo jest zawrotne, czytelnik nie wie, czego się spodziewać, po czym przez kilka kolejnych rozdziałów spokojnie można sobie przysnąć, są tak nudne. Duża też w tym zasługa samego głównego bohatera, Ethana. Owszem, polubiłam go, ale nie miałabym nic przeciwko mniejszej ilości jego przemyśleń, chwilami miałam wrażenie, że nie wnoszą one nic istotnego do fabuły. Gdyby były krótsze, to naprawdę ciekawiej by się je czytało.

"Piękne istoty" to pierwszy tom Kronik Obdarzonych. Kami Garcia oraz Margaret Stohl miały świetny pomysł na nową serię, która została napisana praktycznie bez zarzutu, pomijając lekkie niedociągnięcia i skłonność do popadania w niepotrzebne przemyślenia. Całkiem dobrze bawiłam się w czasie tej lektury książki i mam nadzieję, że kolejne tomy będą lepsze. Polecam fanom połączenia wątku fantastycznego z romansem - to chyba nigdy mi się nie znudzi.
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

sobota, 22 listopada 2014

Mary Kubica - Grzeczna dziewczynka

Autor: Mary Kubica Tytuł: Grzeczna dziewczynka Wydawnictwo: Mira Harlequin Liczba stron: 363

"Grzeczna dziewczynka" to książka reklamowana hasłem: Jeszcze lepsza niż światowy bestseller "Zaginiona dziewczyna"! Cóż, "Zaginionej dziewczyny" nie czytałam, ale jeśli obie te powieści są do siebie porównywane, to chyba nie będę miała wyboru. Dlaczego? Otóż dlatego, że dzieło Mary Kubicy naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyło i niesamowicie wciągnęło i po po prostu nie daruję sobie nieprzeczytania lektury, która jest utrzymana w podobnym klimacie. Obowiązki? A co to w ogóle jest w obliczu tak wciągającej książki?

Mia Dennett pochodzi z dobrego, szanowanego domu. Jej ojciec jest sędzią i cała jej rodzina wydaje się być poukładana. To tylko pozory, a sama dwudziestopięcioletnia Mia pragnęła wyprowadzić się w chwili, gdy tylko ukończy pełnoletniość. Nietrudno się domyślić, że jej kontakty z rodzicami pozostawiają wiele do życzenia. Wyobraźnie więc sobie zdziwienie matki Mii, Eve, która pewnego dnia odbiera telefon... I okazuje się, że jej córka nie pojawiła się w pracy, i nikt nie wie, gdzie jest. Szybko wychodzi na jaw, że została porwana... Kim są jej porywacze? I, co najważniejsze, czy Mia odnajdzie się cała i zdrowa?

Zdecydowanie największym atutem, którym zabłysnęła Mary Kubica to element zaskoczenia. Byłam pewna, że mam wyrobioną określoną opinię na temat bohaterów, że widzę ich albo w czarnym, albo w białym świetle, a tutaj nagle autorka zaskakuje mnie w sposób, którego nie potrafiłam przewidzieć. Drugim plusem "Grzecznej dziewczynki" jest właśnie kreacja postaci, żywych i pełnowymiarowych osobowości mających indywidualne cechy charakteru i różniących się od siebie pod wieloma względami. Świetnym przykładem jest tutaj nie tylko Mia Dennett, która czytelnikowi może się jawić jako kobieta z dobrego domu, mająca wszystko idealnie poukładane, ale także i sam porywacz, który chyba jeszcze lepiej ilustruje niejednoznaczność bohaterów. Pamiętajcie, aby nie osądzać żadnego z nich... Bo na końcu i tak zmienicie zdanie.

Świetnie została ukazana relacja na gruncie porwanej i porywającego. Początkowo Mia pragnie uciec i boi się swojego oprawcy - co zresztą chyba jest zrozumiałe. Jednak stopniowo w spartańskich warunkach małego domu, w środku lasu zaczyna rodzić się między nimi nietypowa więź. Czyżby syndrom sztokholmski? Może... Pamiętajcie, niczego nie możecie być pewni. Choć już minęło kilka dni, od kiedy przeczytałam tą powieść, to nadal nie wiem, co sądzić o ich związku.

"Grzeczna dziewczynka" została napisana w sposób interesujący, jednak taki, który nie każdemu przypadnie do gustu. Narracja jest pierwszoosobowa, ale z punktu widzenia kilku bohaterów, czyli krótko mówiąc nie ma jednej głównej postaci, ale jest ich wiele. Eve - matka porwanej Mii, Gabe - detektyw, który zajmuje się rozwiązaniem sprawy porwania oraz sam porywacz. Czytelnik zostaje wrzucony w środek wiru niespodziewanych wydarzeń. Z jednej strony od razu są opisane wydarzenia mające miejsce po porwaniu Mii Dennett, a z drugiej strony zdarzenia dziejące się przed jej porwaniem. Nigdy nie spotkałam się z takim zabiegiem, ale muszę przyznać, że jak najbardziej przypadł mi on do gustu, ponieważ jest świeży i nowy, i w zasadzie już na starcie zwiastuje dobrą lekturę.

"Grzeczna dziewczynka" choć okazała się dla mnie zaskakująco dobrą książką, nie jest pozbawiona wad, tym bardziej, że jest to w końcu debiut literacki. Mary Kubica popełniła poważny błąd, przez co wielu czytelników może po prostu rozczarować się tą powieścią. Akcja toczy się miarowo, czasami zbyt powolnie i bez żadnego dynamizmu. Jeśli chodzi o mnie - nie irytowało mnie to aż tak bardzo, ponieważ byłam zbyt zaabsorbowana świetną koncepcją fabularną i samymi bohaterami, którzy byli na tyle realni wykreowani, że odwracali moją uwagę od wszelkich niedociągnięć. To jednak moja subiektywna opinia, to, co dla mnie jest plusem, nie dla każdego musi nim być.

"Grzeczna dziewczynka" to książka, której nie da się tak łatwo sklasyfikować do jednego gatunku. To interesująca mieszanka kryminału i prób wniknięcia w głąb ludzkiego umysłu. Myślę, że czytelnicy zainteresowani tematem ludzkiej psychiki, czy syndromu sztokholmskiego znajdą tutaj coś dla siebie, a także osoby, które poszukują nowych wrażeń. Polecam!

środa, 19 listopada 2014

Wygraj "Zabraną o zmierzchu" C.C Hunter

Jako, że dzisiaj jest premiera 3 części cyklu Wodospady Cienia, "Zabranej o zmierzchu", przygotowałam dla Was konkurs. Zapraszam do udziału! :)

1. Organizatorką konkursu jestem ja, Rosemarie autorka bloga "my heaven of books".
2. Konkurs rozpoczyna się od 19 listopada 2014 i będzie trwał do 12 grudnia 2014. Zgłoszenia nadesłane po wyznaczonym terminie, nie będą brane pod uwagę.
3. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu 7 dni od jego zakończenia.
4. Udział w konkursie mogą wziąć wyłącznie osoby zamieszkałe na terenie Polski, nie wysyłam książek za granicę.
5. Nagrodą w konkursie jest książka C.C Hunter "Zabrana o zmierzchu", którą otrzymałam od Wydawnictwa Feeria specjalnie dla Was. Moją recenzję możecie przeczytać tutaj.
6. Zwycięzca będzie miał 3 dni na wysłanie mi swojego adresu na mojego maila (xrosemarie@wp.pl), abym mogła wysłać nagrodę. W przypadku, gdy nie otrzymam żadnej odpowiedzi wybiorę innego zwycięzcę.
7. Książka zostanie wysłane do zwycięzcy w ciągu 7 dni od momentu otrzymania adresu do wysyłki.
8. Aby wziąć udział w rozdaniu:
a) w rozdaniu mogą wziąć udział osoby posiadające lub tez nieposiadające bloga.
b) należy w komentarzu wyrazić chęć wzięcia udziału w konkursie poprzez standardowe "zgłaszam się" oraz odpowiedzieć na zadanie konkursowe
c) w komentarzu należy podać swojego maila 
d) trzeba zostać publicznym obserwatorem mojego bloga (w bloggerze) i podać w komentarzu nazwę, pod jakim nickiem się go obserwuje
e) na swoim blogu należy zamieścić widoczny niżej baner konkursowy, powinien on linkować do tego postu (w komentarzu należy dokładnie określić, gdzie go znajdę) w przypadku zgłoszeń osób nieposiadających bloga, należy udostępnić baner konkursowy na facebooku
f) należy polubić fanpage bloga, który znajduje się pod TYM linkiem

Banner:

A oto Wasze zadanie konkursowe:

Długo zastanawiałam się, jakie zadanie powinnam wymyślić, aby nie było za łatwe, ale też nie za trudne i w końcu padło na...
Jaka jest Wasza ulubiona książka/seria książek i dlaczego?
Zdanie może być jedno, a może ich być nawet dziesięć, nie ma żadnego limitu słów.

Powodzenia!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Przedpremierowo: Abigail Gibbs - Mroczna Bohaterka. Jesienna Róża

Autor: Abigail Gibbs Tytuł: Mroczna Bohaterka, tom 2. Jesienna Róża Wydawnictwo: MUZA S.A Liczba stron: 462 Premiera: 19 listopada

Ponad rok temu miałam okazję zapoznać się z książką "Mroczna Bohaterka. Kolacja z wampirem", otwierającą nowy cykl powieści i choć generalnie moje wrażenia po jej lekturze były pozytywne, to odczułam pewien niedosyt. Akcja chwilami dłużyła się niemiłosiernie, a pewne koncepcje wymyślone przez pisarkę nie zostały wyjaśnione dla mnie - jako czytelnika - w sposób satysfakcjonujący. Abigail Gibbs jest jednak wciąż młodą pisarką, która ma przed sobą ogromną drogę i dobre możliwości do rozwijania swoich umiejętności. Przystępując do czytania drugiego tomu z podtytułem "Jesienna Róża" oczekiwałam wiele, może i nawet więcej, niż po pierwszej części. Miałam nadzieję, że będzie bardziej dopracowana i spójniejsza. Jesteście ciekawi moich wrażeń?

Trzeba przyznać, że Abigail Gibbs naprawdę udało się wzbudzić niemałe zainteresowanie. Jest to 19-letnia studentka literatury na Oxfordzie, która swoją książkę zaczęła publikować w Internecie i jej powieść zyskała wiele fanów. Było o niej na tyle głośno, że zainteresowało się nią wydawnictwo i wydało pierwszą część serii o Mrocznych Bohaterkach. To niezwykle budująca historia, prawda? Który z początkujących autorów nie chciałby, aby jego dzieło zostało wydane?

Główną bohaterką tego tomu jest piętnastoletnia Jesienna Róża, której bardzo daleko jest od bycia zwyczajną nastolatką. Jest dziedziczką tytułu książęcego, a także Mędrcem, który władada magią i maja za zadanie ochraniać ludzi. Dziewczyna pełni rolę strażniczki w swojej szkole przed czarną magią, która jest reprezentowana przez niebezpiecznych Extermino. Pewnego dnia w jej mieście pojawia się książę Fallon, wraz z którym Róża podejmie walkę przeciwko złym mocom... Czy im się uda z nimi wygrać? I co ją łączy z pierwszą Mroczną Bohaterką, Violet?

Gdy usłyszałam pierwszy raz o tym cyklu, byłam pewna, że będzie on tylko i wyłącznie o wampirach. Nie mogłam się bardziej mylić. Abigail Gibbs zadbała, aby jej książki miały mocne podstawy i było w nich pełno nowych pomysłów. I bardzo dobrze, że nie postanowiła pisać tylko o wampirach, bo to byłoby po prostu nudne, dzięki czemu w drugiej części jest mowa o Mędrcach - strażnikach z magicznymi mocami chroniących ludzką społeczność. Koncepcja jest jak najbardziej interesująca i "świeża", tylko to wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Mamy dziewięć równoległych wymiarów, dziewięć rodzajów mrocznych istot i dziewięć Bohaterek, które mają ocalić świat. Dobra, to jest jasne i klarowne, no właśnie, poza tym, że takie nie jest... Rozumiem chęć wywołania u czytelnika zaciekawienia, ale sądzę, że wypadałoby cokolwiek wyjaśnić, a w "Mrocznej Bohaterce" na próżno tego szukać. Nie lubię nieustannego zastanawiania się w czasie lektury, skazywanie osoby na domysły. Przypuszczam, że Abigail Gibbs w kolejnych tomach przybliży wątek chociażby tych dziewięciu wymiarów... Tylko ile będzie trzeba na to czekać?

Największym mankamentem tej książki są nieścisłości w fabule, o których wspomniałam wyżej, a także to, że Abigail Gibbs ma skłonności popadania w refleksyjność, która w tego rodzaju powieściach jest zwyczajnie zbędna. To lekka literatura, mająca uprzyjemnić dzień, więc czytelnik nie bardzo ma ochotę na czytanie przydługich opisów, czy o zachwytów nad urodą głównej bohaterki. A takie zachwyty się pojawiają, ponieważ autorka w swojej książce zamieściła także rozdziału z punktu widzenia Fallona, które ograniczają się do poematów nad pięknością Róży i jej niewiedzą o tym. Przecież mówimy tutaj o piętnastoletniej dziewczynie, a nie o świadomej swoich wdzięków dojrzałej kobiecie.

Pomimo tych wad, "Mroczna Bohaterka. Jesienna Róża" podobała mi się i w niezobowiązujący sposób cieszyłam się, że czytam coś tak  mało wymagającego. Uważam, że patrząc na wiek pisarki, to Abigail Gibbs świetnie wywiązała się ze swojego zadania. Stworzyła cykl niejako porównywany do "Zmierzchu", ale w moim odczuciu ani trochę do niego niepodobnym. U pani Meyer nie było zaczątków większych pomysłów, natomiast u Gibbs takie są. Koncepcje świadczące o tym, że pisarka chce stworzyć pełnoprawny fantastyczny świat i zapewne w kolejnych tomach kwestia wymiarów będzie dalej poruszana. I już nie mogę się tego doczekać!

"Mroczna Bohaterka. Jesienna Róża" uprzyjemniła mi ten jesienny czas. To idealna seria do sięgnięcia właśnie w obecną, deszczową porę. Potrafi wciągnąć czytelnika w swój świat i nie wypuścić go aż do ostatnich rozdziałów. Uważam, że jest to dobra kontynuacja, ale nie lepsza od pierwszej części. I nawet choć wyrosłam z tego rodzaju literatury, to miałam niezłą frajdę z czytania czegoś lekkiego i absorbującego. Polecam!
"Chcę wrócić do odrętwienia, myślałam. Chcę pogrzebać przygnębienie gdzieś głęboko w sobie. Lepiej je pogrzebać, niż przeżywać coś takiego."
Moja ocena: 6/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

sobota, 15 listopada 2014

James Frey - Endgame. Wezwanie

Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton Tytuł: Endgame (tom 1) Wydawnictwo: SQN Liczba stron: 500

Są takie książki, o których jest głośno jeszcze na długo przed ich premierą, tym samym rozbudzają w nas jeszcze większą ciekawość i fascynację. "Endgame. Wezwanie" to właśnie taka powieść. Premierę miała tego samego dnia w kilkunastu krajach, w tym w Polsce. Chyba nikogo nie zaskoczy fakt, że wyczekiwałam tej książki z niecierpliwością. Czy zaiskrzyło? Jak najbardziej tak!

Endgame w końcu nadeszło. Dzień, którego wyczekiwali wszyscy Gracze. Następuje on, gdy w Ziemię uderza seria meteorytów i tylko garstka ludzi, wie, co to oznacza. Tymi osobami są właśnie Gracze pochodzący z 12 różnych ludów, specjalnie wyszkolonych już od momentu swoich narodzin. Nauczonych, aby w każdej chwili byli gotowi stanąć do walki na śmierć i życie. Przygotowanych na zabijanie, aby przetrwać. Bowiem tylko jeden z nich może wygrać Endgame. Przygotujcie się na prawdziwe multimedialne doświadczenie, które z każdą przeczytaną stroną będzie zaskakiwać Was coraz bardziej!

"Endgame" naprawdę nie przypomina nic, co bym wcześniej czytała. Na upartego można doszukiwać się tutaj podobieństw do "Igrzysk śmierci" Suzanne Collins, ale po co sobie psuć frajdę z czytania? Co w tej książce jest takiego oryginalnego i po prostu urzekającego? Chyba całokształt po prostu, a także sam fakt, że nie da się przeoczyć tego, ile autorzy tego dzieła włożyli pracy w swoją powieść. Naprawdę, uwierzcie mi, tutaj wszystko jest takie klarowne, dopracowane w każdym nawet najmniejszym szczególe, że nie sposób się tym nie zachwycać.

Na początku dosyć ciężko było mi się "wbić" w ten nawał informacji, który spotkał mnie już na starcie. Dużo bohaterów, dużo miejsc i ogromna ilość szczegółów, przez co "Endgame" wymaga skupienia ze strony czytelnika. Najlepiej sięgnąć po tę książkę w domowym zaciszu, z kubkiem herbaty i w spokoju delektować się tą wyjątkową lekturą, bo w istocie taka jest. Muszę przyznać, że obawiałam się o strukturę tej powieści, w której każdy z dwunastu Graczy ma swoją rolę do odegrania, skrupulatnie opisaną przez autorów. Nie da się ukryć, że przy takiej ilości osobowości ciężko jest zadbać o to, aby każda z nich czymś się wyróżniała i była na swój sposób unikalna. I to, co naprawdę najbardziej mi się w tej lekturze spodobało to właśnie bohaterowie, będący niesamowicie interesujący i świetnie zarysowani. Mają swoje cechy, które czynią ich dokładnie, tym, kim są i nawet to, że wszyscy byli w zasadzie wyszkoleni na jedną modłę: aby wygrać Engame, to wciąż pozostają całkowicie innymi charakterami. Pisarze poświęcili najwięcej czasu na wątek Sary i Jago i to są właśnie Gracze, których polubiłam zdecydowanie najbardziej. Już od pierwszych stron zapałałam do nich sympatią, a wraz z postępem w czytaniu kolejnych rozdziałów pokochałam także nietypową relację, która ich połączyła.

"Endgame. Wezwanie" to tak naprawdę nie książka, tylko projekt będący czymś, czego jeszcze naprawdę nie było i mogę to napisać z czystym sumieniem. To multimedialne doświadczenie zawierające w sobie zagadkę, za rozwiązanie której czeka oczywiście nagroda. Występują tutaj zdjęcia, które na pierwszy rzut oka wydają się niewiele mieć wspólnego z samą powieścią, ale jestem pewna, że to tylko pozory. Znajdują się tutaj także odnośniki, które można rozszyfrować wchodząc na stronę internetową "Endgame". Ja raczej skupiłam się na delektowaniu się świetną lekturą, niż na aspekcie zagadki, ale jestem pewna, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli ją rozwikłać.

"Endgame. Wezwanie" to pierwszy tom będący początkiem nowej trylogii przedstawiającej innowacyjny pomysł w bardzo dobrym wykonaniu. Nie oczekiwałam, że aż tak mi się spodoba, bo będąc w trakcie lektury trochę sobie narzekałam na nadmiar informacji, ale ostatecznie tę książkę po prostu pokochałam, a najbardziej ostatnie dwieście stron, które wbijają czytelnika w fotel. To idealna lektura dla osób poszukujących mocnych wrażeń i lubiących niespodziewane zwroty akcji. Jeśli szukacie czegoś NAPRAWDĘ nowego i macie dość powtarzania: "przecież to już było...", to nie zwlekajcie i zanurzcie się w tej historii!

"Żyjcie, umierajcie, kradnijcie, zabijajcie, kochajcie, zdradzajcie, mścijcie się. Cokolwiek chcecie. Endgame to zagadka życia, powód śmierci. Grajcie. Co ma być, to będzie."
Moja ocena: 8/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.