my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 listopada 2019

Katja Millay - "Morze spokoju"


Autor: Katja Millay
Tytuł: Morze spokoju
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 456
Gatunek: literatura młodzieżowa


Natsya Kashnikov pragnie zemsty. Chce, żeby osoba, która zabrała jej dosłownie wszystko - tożsamość, dusze i chęć do życia - zapłaciła za to. Pragnie jednak też spokoju, dlatego decyduje, aby zamieszkać ze swoją ciotką, z dala od matki, ojca i brata i wszystkiego co jej przypomina o traumatycznych wydarzeniach. 

Życie Josh'a Bennett'a od najmłodszych lat nie jest usłane różami. Chłopak stracił wszystkie bliskie mu osoby, najpierw matkę i siostrę, później ojca, a na koniec dziadka. Josh jest młodym mężczyzną przepełnionym bólem i nienawiścią do świata.

Ścieżki tych obojga niesprawiedliwie potraktowanych przez życie młodych osób niespodziewanie się krzyżują. Natsya chce, aby wszyscy zostawili ją w spokoju, jednak Josh ją intryguje. Stopniowo ich relacja nasila się, a żadne z nich nie przewidziało, jakie konsekwencje będą z tym związane...

"Morze spokoju" to powieść, na którą nieustannie gdzieś natrafiałam, słysząc same pozytywne recenzje na temat tej książki. Gdy w końcu więc miałam ją w swoich rękach, moje oczekiwania były wysokie. Niestety, ale jak to często bywa w takich przypadkach, bardzo się rozczarowałam. "Morze spokoju" okazało się chwilami dla mnie zbyt dramatyczną i pełną patosu historią... Oczywiście rozumiem ciężkie przeżycia Natsyi, ale czasem jej zachowanie było dla mnie irracjonalne. Bezsensowna chęć zemsty i dziwny ubiór były bardzo przerysowanie. Zachowanie Josh'a jestem wstanie zrozumieć, ponieważ moim zdaniem ma on za sobą naprawdę trudne doświadczenia. Wszystko jednak w jego przypadku było dla mnie bardziej autentyczne i realistyczne, ponieważ Josh tak nie manifestował swojego cierpienia, co miało miejsce w przypadku Natsyi.

"Morze spokoju" jest niby trochę mroczną powieścią o chęci zemsty i utracie chęci do życia. A tak naprawdę jest to książka, która jest po prostu nużąca w czytaniu. Może gdyby Katja Millay skróciła książkę o sto stron, byłoby lepiej. Moim zdaniem "Morze spokoju" ma zbyt dużą objętość jak na brak ciekawego głównego wątku. W tej książce w zasadzie nie ma interesujących wątków fabularnych. Jest chęć zemsty i nic porozumienia między bohaterami, ale nic więcej. Niby można by powiedzieć, że autorka buduje relacje pomiędzy Natsyą a Josh'em stopniowo, zbliża do siebie poranione dusze obojga, ale to było dla mnie zbyt trudne jak na książkę, która liczy ponad czterysta stron.

"Morze spokoju" nie było złą książką, lecz skończenie jej przyszło mi z trudem. Pierwsza połowa jeszcze "jakoś" mi się podobała, ale im dalej w las, tym bardziej traciłam chęci do czytania. Nie wiem co poszło nie tak, być może nie zrozumiałam głębokiego przekazu tej powieści... Całość po prostu była dla mnie zbyt przerysowana, a zachowanie Natsyi przesadzone, za bardzo manifestowane. Co tu dużo mówić - z trudem przebrnęłam przez tą historię. Jednak jest to historia, która z pewnością wielu osobom przypadnie do gustu. Ja niestety nie jestem jedną z tych osób.
Moja ocena: 4/10

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Holly Black - "Okrutny książę"

Autor: Holly Black
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 450
Gatunek: fantastyka, literatura młodzieżowa

Jude będąc dzieckiem prowadziła całkowicie normalne i zwyczajne życie ze swoimi rodzicami oraz dwiema siostrami - starszą Vivienne oraz siostrą bliźniaczką Taryn. Jednak tak naprawdę jej rodzina zachowuje tylko pozory normalności, bowiem Vivienne wcale nie wygląda jak człowiek. Ma dziwne, spiczaste uczy zakończone puszkiem i kocie oczy. Jest ona córką elfa, z którym niegdyś matka dziewczyn miała romans. I pewnego, feralnego dnia ojciec Vivienne zjawia się na progu drzwi ich ludzkiego domu. Mężczyzna dokonuje makabrycznej zbrodni i porywa trzy dziewczyny do magicznej krainy elfów zwanej Elysium.

Mija dziesięć lat. Jude, Taryn oraz Vivienne przez te dziesięć lat praktycznie wychowały się na dworze elfów. Jednak główna bohaterka, Jude, ma problemy z dopasowaniem się, w końcu zarówno ona, jak i Taryn są przecież ludźmi, ludzkimi, jedynie odmieńcami wśród elfów. Nastolatka za wszelką cenę chce znaleźć swoje miejsce wśród magicznych istot, a aby to zrobić będzie musiała wykazać się odwagą i przebiegłością. Jude musi bowiem stawić czoło istotom, które nią pogardzają, na czele z okrutnym księciem Cardanem.

"Okrutny książę" to pierwsza część nowej serii  amerykańskiej pisarki Holly Black. To mroczna seria o intrygach na elfim dworze, o czarach, podstępach i żądzy władzy. Muszę przyznać, że choć początkowo moje zainteresowanie tą książką było umiarkowane, to w miarę czytania coraz bardziej wsiąkałam w świetnie wykreowany przez Holly Black świat. Autorka stworzyła naprawdę dopracowany i precyzyjny świat przedstawiony. W powieści nie brakuje długich, lecz nie nudnych opisów, są one ciekawe i pozwalają czytelnikowi puścić wodza wyobraźni. Stworzenie powieści fantastycznej z tak rozbudowanym światem nie jest łatwe, lecz pani Black naprawdę sprostała temu trudnemu zadaniu. Warto podkreślić, że poprzez precyzyjne opisy czytelnik bez problemu może odnaleźć się w fabule i nie czuje żadnego zmieszania ani konsternacji.

Oprócz dopracowanej wizji świata elfów powieść "Okrutny książę" ma szereg innych zalet. Autorka ma bardzo lekki i przystępny warsztat pisarski, co powoduje, że czytanie "Okrutnego księcia" nie sprawia czytelnikowi żadnego wysiłku. Akcja jest wartka i dynamiczna, toczy się błyskawicznie, ale nadal w taki sposób, że czytelnik bez problemu odnajduje się w całej historii. Ponadto cała ta magiczna i baśniowa otoczka jest świetna, ale dodanie do niej krzty mroku sprawia, że do końca lektury nie mogłam się oderwać od czytania. Bardzo mi się spodobał fakt, że Holly Black pomimo początkowo bardzo schematycznych podejść, wprowadziła w akcję zaskakujące elementy, które zmieniły moje postrzeganie tej powieści. Te ciekawe zwroty akcji sprawiają, że "Okrutny książę" jest bardzo przyjemną w odbiorze książką z gatunku fantasy.

Pomimo faktu, że powieści fantastyczne należą do moich ulubionych, to wciąż nie czytałam wiele książek z elfami na planie głównym. Wydaje mi się też, że nie ma aż tak dużo powieści traktujących o magicznych istotach faerie, dlatego bardzo mnie cieszy, że Holly Black stworzyła o nich serię.  Książka "Okrutny książę" to powiew oryginalności, który bez wątpienia wywołuje w czytelniku zaintrygowanie. Połączenie baśniowego klimatu dworu elfów wraz z mrocznym aspektem to strzał w dziesiątkę. Mogłoby się wydawać, że elfy to dobre i miłe stworzenia, jednak Holly Black udowadnia, że wcale nic nie jest takie, jakie się wydaje. Cieszy mnie fakt, że pomimo tego, że na obecnym rynku wydawniczym nie brakuje powieści fantastycznych, Holly Black nadal potrafiła wykazać się oryginalnością i ciekawym pomysłem. 


Za książkę serdecznie dziękuję księgarni Gandalf!
Gandalf.com.pl


sobota, 26 grudnia 2015

Margaret Peterson Haddix - Wśród ukrytych, wśród oszustów

Autor: Margaret Peterson Haddix Tytuł: Wśród ukrytych, wśród oszustów Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron: 392

Dzieci cienie to młodzieżowy cykl autorstwa Margaret Peterson Haddix, po który z powodzeniem mogą sięgać jeszcze młodsi czytelnicy. Ja sama świetnie odnalazłam się w tej niezwykle dobrze, ale okrutnie przedstawionej rzeczywistości. Luke Garner jest trzecim synem, czyli zgodnie z Prawem Populacyjnym ustalonym przez Rząd, nie ma prawa życia. On w ogóle nie powinien istnieć, ponieważ Rząd zezwala jedynie na posiadanie dwójki dzieci. Właśnie ze względu na to młody chłopak jest zmuszony do ukrywania się i spędzania czasu jedynie w obrębie swojego własnego domu. Nie może nigdzie wychodzić, jego rodzice oraz bracia skrzętnie ukrywają jego egzystencję. Pewnego dnia obok domu Luke'a wprowadza się nowa rodzina... A wraz z nią ktoś czyjego istnienia bohater nie spodziewał się nawet w najśmielszych snach.

"Wśród ukrytych, wśród oszustów" to książka zawierająca w sobie jednocześnie dwa pierwsze tomy serii Dzieci cienie. To świetny zabieg ze strony wydawnictwa, ponieważ pozwala czytelnikowi na natychmiastowe zagłębienie się w sequel, jeszcze świeżo przy tym pamiętając prequel. Przez to nie musiałam na nowo wczuwać się w klimat tej historii i przypominać sobie szczegółów z poprzedniej części. Poza tym oba tomy są raczej krótkie, więc razem wzięte tworzą dzieło liczące sobie czterysta stron. Nic tylko czytać. W każdym razie, kilka lat temu miałam okazję przeczytać jedynie "Wśród ukrytych" i wtedy ogromnie spodobał mi się pomysł i jego potencjał, więc gdy zauważyłam w sklepie po promocyjnej cenie całą lekturę, stwierdziłam, że to dobra okazja, żeby wrócić do tego świata. 

Autorka porusza temat totalitaryzmu i Prawa Populacyjnego. Nie da się ukryć, że to naprawdę ciekawe, a jednocześnie okrutne motywy, o których można by pisać. Na szczęście Margaret Peterson Haddix sprostała swojemu zadaniu. Nie przesadziła w żadną stronę. Na siłę nie starała się przerysowywać tego wątku, ale jednocześnie umiejętnie potrafiła ukazać nieczułość Rządu. Autorka skłania czytelnika do refleksji nad tym, jak małe znaczenie ma jednostka w obliczu pieniędzy i ludzi, którzy owe pieniądze posiadają. Ponadto dystopie zazwyczaj są łączone z wątkiem miłosnym, dlatego spodobało mi się, że Haddix nie zadecydowała się na ten wątek w swojej powieści. Zamiast tego skupiła się na uczuciach głównego bohatera, na jego usilnych staraniach do przystosowania się do innego świata. I właśnie opisywanie emocji wychodzi tej pisarce naprawdę na przyzwoitym poziomie.

Jak już wyżej wspomniałam, "Wśród ukrytych, wśród oszustów" to książka, której grupą docelową są młodsi czytelnicy i młodzież, co jednak nie oznacza, że i trochę starsze osoby nie mogą się nią cieszyć. Wręcz przeciwnie - sądzę, że to jedna z tych rodzajów serii, które mogą się spodobać każdemu ze względu na niezwykle przystępny warsztat pisarski autorki. Jest on lekki, nieciężki do przyswojenia i zrozumienia, przez co czytelnik czuje wręcz jakby "sunął" po stronach zapisanych słowami. Czytanie tej powieści nie sprawiło mi absolutnie żadnej trudności, przez co z powodzeniem mogłam zapomnieć o rzeczywistości i w całości dać się pochłonąć lekturze.

"Wśród ukrytych, wśród oszustów" to świetna i lekka lektura do przeczytania najwyżej na dwa dni. Nie jest to literatura najwyższych lotów, co nie zmienia faktu, że zdecydowanie umiliła mi świąteczny czas. Sam pomysł zważywszy na to, że na rynku wydawniczym nie brakuje tego rodzaju książek, wciąż kipi nowością i świeżością. Czytelnik nie odczuwa tego uporczywego uczucia: "to już było" lub nie myśli sobie: "jakie to schematyczne...". Jeśli szukacie czegoś, co pozwoli Wam się oderwać od rzeczywistości, to polecam, jednak jeśli szukacie czegoś ambitniejszego... To szukajcie dalej.
Moja ocena: 7/10

sobota, 20 grudnia 2014

Morgan Matson - Aż po horyzont

Autor: Morgan Matson Tytuł: Aż po horyzont Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron: 453

Amy Curry to jedna z tych "perfekcyjnych" córek. Musi być, ponieważ to jej brat bliźniak jest tym, który sprawia problemy, a więc ona z zasady musi być lepsza. Jej życie wydawało się stateczne i spokojne, do pewnej chwili... Gdy jej ojciec ginie w wypadku samochodowym, życie nastolatki zmienia się niewyobrażalnie. Niedługo później jej matka stwierdza, że czas się przeprowadzić.

Przypadkiem spotyka Rogera - swojego przyjaciela z dzieciństwa. Oboje mają odbyć wspólną podróż, jednak do innych miejsc. Co ich połączy i czy przezwyciężą swoje problemy?

"Aż po horyzont" to książka, po której nie spodziewałam się niczego specjalnego. Ot, zwyczajnego romansu między nastolatkami, który umili mi czas. Nie oczekiwałam, iż powieść, której grupą docelową jest młodzież, okaże się tak zaskakująco prawdziwa. Morgan Matson z wnikliwością godną pozazdroszczenia ukazała ludzkie problemy, a także i sposób, w jaki młodzi ludzie sobie z nimi radzą. Złamane serce, śmierć bliskiej osoby - to są główne  tematy, które porusza pisarka w swoim dziele. Jesteście ciekawi, co jeszcze jest w niej tak dobrego?

"Aż po horyzont" klasyfikuje się w bardzo popularnym ostatnio gatunku, czyli New Adult. To książki z pogranicza romansów i z tego, co mogłam zaobserwować, rosną fani tej kategorii literatury. I bardzo dobrze! Są to zazwyczaj powieści, które potrafią wspaniale umilić czas, a nawet niesamowicie pochłonąć. Śmiem twierdzić, że dzieło Morgan Matson idealnie wywiązało się ze swojego zadania, zostało napisane lekkim i przejrzystym językiem, dodatkowo pisarka urozmaiciła je zdjęciami i ciekawostkami z podróży Amy i Rogera, które - jak można się dowiedzieć na końcu - zrobiła ona sama. Autorka także odbyła wycieczkę ze swoimi bohaterami, co nadaje wiarygodności napisanej przez nią historii.

Nie mogłam zwrócić uwagi na wątek miłosny, który wcale nie jest nachalny i zbyt przesłodzony. Wbrew przeciwnie - jest bardzo subtelny i delikatny, wzbudzający ciekawość. Czytelnik domyśla się, wręcz jest pewien, że pomiędzy głównymi bohaterami zaiskrzy, jednak prawda jest taka, że nie ma absolutnego pojęcia kiedy. Morgan Matson postarała się, aby relacja Amy i Rogera była prawdziwa i naturalna, ot, piękna, młodzieńcza miłość.

Największym minusem "Aż po horyzont" jest wątek życiorysu postaci. Morgan Matson w swojej powieści skupiła się jedynie na wielu aspektach podróży - co jest naprawdę świetne, bo czytelnik dzięki szczegółowym opisom czuje się, jakby był częścią wycieczki bohaterów, jednak wciąż... O Amy dowiedziałam się raczej niewiele, oprócz wypadku, w którym uczestniczyła, pisarka jedynie zarysowała wątek jej przyjaciółki i zainteresowań, co ogranicza się tylko do wspomnienia przez autorkę, że pasjonuje się ona aktorstwem. To jednak trochę dla mnie za mało, bo lubię mieć pełen obraz postaci, o których czytam, żeby choć spróbować się z nimi utożsamić. Podobnie jest z Rogerem, którego mimo to, że polubiłam, to odczułam pewien niedosyt. To świetnie wykreowana osobowość, co tylko potęgowało mój niedosyt, bo ja wręcz musiałam dowiedzieć o nim coś więcej!

"Aż po horyzont" to życiowa historia, która z pewnością trafi do wielu czytelników. Główną osią fabuły nie jest wątek miłosny, ale sama podróż, którą odbywają Amy i Roger. Wraz z każdym rozdziałem miałam okazję obserwować, jakiej ewolucji ci bohaterowie ulegają i jak ta pozornie zwyczajna wycieczka zmienia ich życie. Spodobało mi się to, że Morgan Matson zdecydowała się postawić na otwarte zakończenie, przez co czytelnik może sobie dopowiedzieć resztę historii. A więc jaka będzie Wasza wersja? 
Polecam!
Moja ocena: 8/10

czwartek, 18 grudnia 2014

Cora Carmack - Coś do ukrycia

Autor: Cora Carmack Tytuł: Coś do ukrycia Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron:

Cade Winston, dwudziestodwuletni absolwent aktorstwa przeprowadza się do Filadelfii, mając nadzieję na lepszą przyszłość. Nic jednak nie idzie po jego myśli - nieustannie spotyka Bliss, dziewczynę, która złamała mu serce oraz jej narzeczonego. Jakby było tego mało, weselne dzwony biją coraz głośniej, a główny bohater nadal nie może się pogodzić ze swoją stratą, a więc skazuje sam siebie na nieustanne cierpienie.

Mackenzie "Max" Miller jest dziewczyną, z którą nie można zadzierać. Ma nie tylko swój wyjątkowy styl, ale także i równie ostry charakter. Pozornie mogłoby się wydawać, że jest twarda i silna, jednak w przeszłości zdarzyło się coś, co ją ukształtowało... I to wydarzenie sprawiło, że nie dopuszcza do siebie innych ludzi.

Ich drogi krzyżują się przez przypadek. Jak potoczą się losy dwójki osób, z całkowicie innych światów?

W tej książce czytelnik ma do czynienia z narracją pierwszoosobową. Każdy rozdział naprzemiennie przedstawia losy albo Cade'a, albo Max, przez miałam wzgląd w odczucia każdego z nich, w ich przemyślenia i refleksje. A każde z nich reaguje przecież inaczej. Pisarka miała świetny pomysł i według mnie ten zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę.

"Coś do ukrycia" to drugi tom serii Cory Carmack, w którym główne skrzypce tym razem gra Cade, a Bliss oraz Garrick, główni bohaterowie poprzedniej części pełnią raczej rolę postaci drugoplanowych. Szczerze mówiąc myślałam, że ta historia spodoba mi się bardziej. Chciałam czegoś poważniejszego, a w wielu recenzjach właśnie pisano, że ta opowieść jest dojrzalsza, niż Bliss chcąca stracić swoje dziewictwo. "Coś do stracenia" było zabawne, urocze i po prostu "odmóżdżające". "Coś do ukrycia" natomiast miało wywoływać autentyczne emocje, pochłonąć czytelnika, sprawić, że będzie on współczuł bohaterom... I coś chyba nie zaiskrzyło.

Cora Carmack z pewnością miała pomysł i tego nie mogę jej odmówić, jeśli jednak chodzi o wykonanie... Nie usatysfakcjonowało mnie. Ta książka miała trzymać moje emocje w garści, ale wcale tego nie zrobiła. Pisarka wniknęła w trudny temat straty ukochanej osoby i prób odnalezienia własnego ja, ale według mnie nie udało się jej przedstawić historii Max na tyle wiarygodnie, aby wywoływała we mnie jakieś głębsze emocje, a wierzę, że taki był początkowy zamiar. Ta autorka spisuje się świetnie w powieściach z dużą dawką humoru, którego próbkę miałam okazję podziwiać w "Coś do stracenia" - to lekka i zabawna opowieść, która choć naiwna, niesamowicie wciąga. Jeśli miałabym wybierać, to właśnie pierwszy tom podobał mi się bardziej. W drugim zabrakło mi uczuć, napięcia, które przecież powinno tam być, biorąc pod uwagę fabułę.

"Coś do stracenia" i "Coś do ukrycia" oceniam tak samo, na mocną siódemkę. Po lekturze pierwszej części pomyślałam sobie: "dobra, to była naprawdę urocza i fajna historia, a teraz czas na tą poważniejszą i doroślejszą". Taki miał być drugi tom. Wiele osób zachwalało go, twierdząc, że warto przebrnąć przez infantylny początek serii tylko dlatego, że jej sequel jest lepszy. Eee, że co? Czuję się oszukana, bo ja jakoś wcale tak nie uważam. Zdecydowanie wolę świetny humor w książkach, który sprawia, że śmieję się do rozpuku, niż nieudolne próby przedstawienia głębszych emocji i wzbudzeniu w czytelniku współczucia. W efekcie wzbudza to jedynie rosnącą irytację.

Miało być świetnie, ale wyszło jak wyszło. Wierzę, że Cora Carmack miała dobre zamiary, tylko to wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Gdyby pisarka skupiła się na lepszej kreacji bohaterów, na wiarygodnym przedstawieniu ich życiorysów i emocji, zapewne ta książka spodobałaby mi się bardziej. A tak to tylko ciekawa historia z niewykorzystanym potencjałem.
Moja ocena: 7/10

wtorek, 2 grudnia 2014

Cora Carmack - Coś do stracenia

Autor: Cora Carmack Tytuł: Coś do stracenia Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron: 304

Po książce "Coś do stracenia" wiedziałam, aby nie mieć względem niej zbyt dużych oczekiwań i podejść do niej z przymrużeniem oka. Tak też zrobiłam. Chciałam po prostu lekkiego czytadła, które z powodzeniem umili mi czas i pozwoli zapomnieć o codziennej monotonii. I muszę powiedzieć, że powieść Cory Carmack w tym zadaniu sprawiła się wprost idealnie!

Główną bohaterką tej książki jest dwudziestodwuletnia Bliss Edwards, która jako jedyna ze swoich przyjaciółek pozostaje dziewicą. Postanawia to zmienić i dlatego wybiera się na wypad do klubu właśnie z myślą o tym, aby je stracić.Ta poznaje przystojnego mężczyznę - Garricka i gdy już sprawy przybierają ciekawy obrót, Bliss panikuje i go zostawia. Niedługo później okazuje się, iż Garrick jest jej nowym wykładowcą. Jak dalej potoczą się ich losy?

Tak, fabuła jest dokładnie tak sztampowa jak myślicie, że będzie. Na pierwszy rzut oka wydaje się banalna i naiwna, i właśnie taka się okazuje już od pierwszych stron. Cora Carmack nie zwodzi czytelników zbędnymi dramatami i obietnicami ambitnej lektury, więc i ja nie dałam się zwieść i oczekiwać nie wiadomo czego. Nie oszukujmy się - opis brzmi naprawdę niesamowicie śmiesznie, bo przecież bycie dwudziestodwuletnią dziewicą jest iście straszne i trzeba jak najszybciej je stracić z przypadkowym facetem. Dobra, pomijając sam pomysł na fabułę to... wybitnie dobrze bawiłam się w czasie lektury tej książki. Została lekko napisana, a przede wszystkim Cora Carmack zawarła w niej ogromną ilość poczucia humoru - co bez wątpienia dla mnie jest jej największą zaletą. Pisarka zadbała o to, aby podczas czytania "Coś do stracenia" po prostu dobrze się bawić, zignorować wszystkie obowiązki i śmiać się z nieporadności głównej bohaterki.

Można by narzekać na głupotę i naiwność Bliss Edwards, ale ja przymknęłam na to oko, bo ta dziewczyna okazała się najzwyczajniej w świecie zabawna! Każdy moment z jej udziałem był po prostu rozbrajający, a wpadki (których miała bardzo wiele) zawsze wywoływały szeroki uśmiech na mojej twarzy. Przy tak niezdarnej i nieporadnej postaci chyba nie sposób się nie zaśmiać chociaż raz. Nie została ona przecież stworzona przez Corę Carmack po to, żeby mieć jakieś bogate i filozoficzne przemyślenia, aby zmieniać sens naszego życia, ale po to, aby się z nią (lub z niej) śmiać.

"Coś do stracenia" to po prostu kolejny romans. Ciepły i uroczy w swojej wymowie. Taki, który czyta się z wypiekami na twarzy, mając tą świadomość, że czyta się coś absolutnie niezobowiązującego i przyjemnego. To jedna z tych książek, o których szybko się zapomni, ale zawarte w niej poczucie humoru chyba nie każdemu wypadnie tak szybko z głowy. Spędziłam przy niej kilka miłych, a przede wszystkim relaksujących godzin. To pełen zwrotów akcji romans, który z pewnością przypadnie do gustu fankom tego gatunku. Na mojej półce stoi już drugi tom tej serii, "Coś do ukrycia" i już nie mogę się doczekać, gdy wrócę to tego barwnego świata. Polecam!
Moja ocena: 7/10

czwartek, 28 sierpnia 2014

Jennifer Echols - Uratuj mnie

Tytuł: Uratuj mnie Autor: Jennifer Echols Wydawnictwo: Jaguar Liczba stron: 359

Gdy sięgałam po powieść Jennifer Echols byłam nastawiona pozytywnie. Słyszałam w zasadzie same dobre opinie o tej pisarce, wiele osób zastrzegało jednak, iż są to książki lekkie i mało wymagające. I w chwili, gdy zaczęłam czytać "Uratuj mnie" właśnie tego oczekiwałam. Lektury, która choć z pewnością będzie mało ambitna, umili mi czas. Jednak pani Echols przekroczyła granicę tworzenia ciepłej i wciągającej książki młodzieżowej. Autorka stworzyła po prostu dzieło, którego nie da się czytać i które jest po prostu nijakiej jakości.

Życie Zoey wydawało się do pewne chwili idealne. Miała dobre stopnie w szkole, miejsce w drużynie pływackiej, kochającą rodzinę i świetnych przyjaciół. Wszystko jednak lega w gruzach, gdy jej ojciec zaczyna spotykać się z dwudziestoczterolatką. Jej matka nie znosi dobrze rozstania, co kończy się jej próbą samobójczą. Zrozpaczona nastolatka zostaje zmuszona do zamieszkania ze swoim tatą i jego nową dziewczyną. Do tego nieustannie nęka ją szkolny outsider, Doug Fox. Jak dalej potoczy się historia tej dziewczyny?

Właśnie takich książek chciałabym unikać, ale nie sposób domyślić się, które "młodzieżówki" będą lepsze, a które gorsze. Uważam, że nawet z definicji te najbardziej lekkie i przyjemne lektury powinny coś sobą reprezentować, wywoływać jakiekolwiek emocje. Tak, mogą, a wiem, że wiele osób to dziwi. Ja sama swego czasu czytałam bardzo dużo powieści młodzieżowych, które naprawdę potrafiły mnie zaabsorbować na kilka dobrych godzin i przypomnieć mi, jak bardzo kocham czytanie. "Uratuj mnie" zrobiło ze mną coś całkowicie odwrotnego.

Zawsze powtarzam, że we wszystkim trzeba zachować umiar. Jennifer Echols tego nie zrobiła. Ta książka po prostu mnie uraziła, jako nastolatkę. Pisarka przedstawiła nastoletnich bohaterów tej powieści w najgorszy możliwy sposób. Stereotypowo. Mamy tutaj od koloru do wyboru głupich i płytkich osobowości. Nie będę Wam tutaj przytaczała określonych zachowań, bo może jesteście masochistami i zechcielibyście przeczytać tę powieść. Żeby było ciekawiej, nie tylko młode postacie są niedopracowane i zwyczajnie śmieszą swoim zachowaniem. Dorośli także wołają o pomstę do nieba. Widząc, jak ojciec Zoey traktuje ją ciężko było mi uwierzyć w tę nielogiczność. Wcześniej, przed rozstaniem kochany i troskliwy ojciec, a po najgorszy możliwy scenariusz. Nie wiem, może tak właśnie wygląda rzeczywistość. Może każdy ojciec po wypadku samochodowym córki zachowuje się prawie tak, jakby chciał, żeby jego dziecko umarło (serio, tak właśnie było).

Choć się starałam, przy "Uratuj mnie" nie potrafiłam wykrzesać z siebie ani krztyny podekscytowania. Ta książka jest tak płytka i bezwartościowa, że naprawdę nie mogłam przymknąć oko na wady, bo ona cała jest jedną wielką wadą. Ja naprawdę wiele rozumiem i sama chętnie sięgam po powieści będące czasoumilaczami, nie są one wymagające i nie trzeba przy nich zbytnio wysilać swoich szarych komórek. Jednak litości... bez przesady! To, co stworzyła Jennifer Echols nie budzi w czytelniku żadnych, powtarzam żadnych emocji poza irytacją i osłupieniem! Chwilami wręcz nie mogłam uwierzyć w absurdalne zachowania głównej bohaterki, która jest najzwyczajniej w świecie głupia. Od momentu, gdy poznałam tę postać wiedziałam, jakie będzie miała ona za zadanie: sprawić, aby czytelnik mimo swoich usilnych prób nie mógł jej polubić. Przykro mi, ale nie mam szacunku do dziewczyny, która decyduje się stracić swoje dziewictwo w samochodzie z facetem, który nawet się nią nie interesuje. To wszystko prezentuje według mnie mylny obraz dzisiejszej młodzieży. Fakt, nikt nie jest idealny i wiele słyszy się o zachowaniach młodzieży, ale generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka? Karykaturalne wyobrażenie pisarki o nastolatkach jest po prostu straszne... Jeśli ona nas tak sobie wyobraża, to może lepiej niech weźmie się za pisanie o dorosłych?

"Uratuj mnie" odradzam tykać kijem nawet z daleka. To "dzieło" zdecydowanie nie jest warte marnotrawstwa Waszego czasu. O podobnej tematyce znam wiele innych, a przede wszystkim lepszych książek. Takich, które nie będą u czytelnika powodować mdłości.
Moja ocena: 2/10

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Melissa de la Cruz - Maskarada

Maskarada - Melissa de la Cruz 
Autor: Melissa de la Cruz
Tytuł: Maskarada
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 317

Moja ocena: 6/10
Dawno temu, kiedy byłam w fazie czytania wszystkiego o wampirach sięgnęłam po znaną serię Melissy de la Cruz, Błękitnokrwistych. I choć pierwsza część średnio mi się podobała, to postanowiłam w końcu zapoznać się z kontynuacją o równie wdzięcznym tytule, co okładce. Mowa oczywiście o "Maskaradzie".

Na początku pragnę zaznaczyć, iż "Maskarada" podobała mi się znacznie bardziej niż pierwsza część. Było w niej po prostu więcej akcji i tajemnic, a to są dla mnie obowiązkowe rzeczy w fantastyce. Bez nich ani rusz. Wprawdzie i tutaj autorce znowu podwinęła się noga i nie uniknęła ona zbyt szczegółowych opisów strojów, a w szczególności ich metek, co jest naprawdę straszliwie irytujące. Rozumiem, że w ten sposób Cruz chciała podkreślić wyjątkowość błękitnokrwistych, ale doprawdy, nie popadajmy w przesadyzm. Skoro zaczęłam od wad, to od razu przejdę do kolejnej... jaką jest nieumiejętność budowania napięcia przez autorkę. Dosłownie. Dużo, dużo akcji, przyjemnie się czyta, ale nic poza tym. To nie jest jedna z tych serii, które się pochłania z wypiekami na twarzy.

Pomimo tego, że "Maskarada" obfituje w akcję, to naprawdę ciężko jest streścić w kilku zdaniach zarys fabuły. Naprawdę, coś takiego zdarza mi się pierwszy raz. Przede wszystkim na tylnej okładce książki jest za dużo opisu; komu chciałoby się to wszystko czytać? W każdym razie głównie akcja skupia się na poszukiwaniach dziadka Schuyler, podczas gdy równocześnie na Manhattanie trwają przygotowania do legendarnego balu, a nawet w szkole pojawia się nowy uczeń. Z czasem na jaw wychodzą coraz to nowsze intrygi, w które zamieszani są nasi mniej (lub bardziej) lubiani bohaterowie.

W serii Melissy de la Cruz nie znajdziemy wymiarowych, kolorowych i różnorodnych bohaterów. Nie da się ukryć, iż autorka nie bardzo wnikała w osobowości postaci, przez co wszyscy są do siebie bardzo podobni. Wykreowani bez emocji, na potrzebę tzw. "młodzieżówki". Ja poszukuję nieco więcej w książkach, więc mnie to nie zadowoliło. Wyróżnię jedynie Mimi, rozpuszczoną i bogatą nastolatkę, która ciekawie się wyróżnia na tle innych, bezosobowych bohaterów, w szczególności Schuyler.

Błękitnokrwiści to cykl będący (jak dla mnie) wampirzym odpowiednikiem Plotkary, która reprezentuje sobą bardzo żenujący poziom. Mamy bogatych nastolatków, którzy w wakacje robią takie rzeczy, które mogą robić tylko ci "bogaci", dużo akcji i w zasadzie to tyle, nic ambitnego, a mimo to, fajnie się ją czyta.  Ponadto "Masakrada" wypada znacznie lepiej w zestawieniu z pierwszą częścią.  
Błękitnokrwiści to przyjemny czasoumilacz, lekkie i nieskomplikowane czytadełko. Jeśli takie było zadanie tego cyklu, to zostało ono spełnione.

poniedziałek, 23 września 2013

Michael Grant - Faza szósta: Światło


Autor: Michael Grant
Tytuł: Faza szósta: Światło
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 375

Moja ocena: 10/10
Od chwili, gdy wszyscy dorośli zniknęli z Perdido Beach, minął już prawie rok. Pozbawieni kontroli i opieki młodzi ludzie przeżyli głód, zarazę, bezpardonową walkę o władzę. Przetrwali. Przynajmniej część z nich. Powrót do normalności był ich marzeniem.Teraz to marzenie może się ziścić i nagle zewnętrzny świat napawa mieszkańców ETAPu lękiem. W obrębie bariery wydarzyło się wiele rzeczy, które nie znajdą usprawiedliwienia w nieświadomym niczego społeczeństwie. Śmierć, okrucieństwo, błędne decyzje, złe wybory... Co czeka na tych, którzy złamali wszystkie prawa rządzące w normalnym społeczeństwie? Może ETAP jest jedynym miejscem, w którym mogą czuć się bezpieczni?

Podobno zakończenie to najlepsza część każdej historii, ale wiecie co? Ja wcale zakończenia nie chciałam, wręcz przeciwnie - czułam, że jeszcze kilka części "Gone" zaspokoi moją ciekawość. Szanuję jednak decyzję autora, bądź co bądź, on wie, co robi! Przez te sześć tomów niesamowicie zżyłam się z bohaterami ETAPu. Wykreowany świat przedstawiony przez Michaela Granta jest absolutnie niesamowity i nietuzinkowy.
Jesteście gotowi, aby opuścić ETAP?

Minął prawie rok od kiedy młodzież i dzieci stali się więźniami tajemniczej kopuły, która odgrodziła małe kalifornijskie miasteczko Perdido Beach od reszty świata. Cała historia rozpoczęła się pięć tomów temu, gdzie bohaterowie przeżyli głód, bezpardonową władzę o walkę, plagę i kilka innych przerażających rzeczy. Przetrwali w niewyobrażalnie ciężkich warunkach, czy przetrwają i ostatnią, szóstą fazę?

Kopuła stała się przezroczysta, przez co zarówno dorośli na zewnątrz, jak i dzieci wewnątrz mogły ze sobą  "rozmawiać". Młodzi są przekonani, że to koniec, a tajemnicza anomalia niedługo zniknie. Czy jednak będą mieli do czego wracać? Dziwne mutacje, które miały miejsce w ETAPie przerażają każdego, a jedno jest wiadome - żadne dziecko po wyjściu z niego nigdy nie będzie już takie samo.

Jest jeszcze Gaia, zrodzona z Ciemności, pozornie mała dziewczynka, w której czai się głód. Głód śmierci. Jest ona gotowa wymordować wszystkich mieszkańców ETAPu. Czy naszym bohaterom uda się ją powstrzymać?  

Autor jest wszechwiedzącym narratorem i ostatecznie, wyjaśnia wszystkie zaczęte wątki, czytelnik może także dowiedzieć się, jak dalej potoczyły się losy bohaterów ETAPu.

Kiedy skończyłam czytać ostatnią część "Gone", nie mogłam uwierzyć, że to już koniec. Nieodwołalny i ostateczny. Niesamowicie zżyłam się z bohaterami, przeżywałam z nimi ich wzloty i upadki oraz nienawidziłam tych, którzy na to zasłużyli. Michael Grant stworzył niesamowitą serię, która pomimo tego, że skierowana jest do młodzieży zaskakuje na każdym kroku. Jest pełna brutalnych walk, a sam autor nie skąpi krwawych opisów. I dobrze, bo to właśnie to wyróżnia tę historię na tle innych młodzieżówek.  

Akcja, typowo już dla Michaela Granta, pędziła szybko, a przy tym każda strona emanowała napięciem. Doszłam do wniosku, że to razem z zaskakiwaniem czytelnika na każdym kroku to znaki rozpoznawcze tego autora.

Spotkałam się z wieloma różnymi opiniami na temat "Gone", które rzekomo przekracza granice dobrego smaku, ja jednak tego nie widzę. Co z tego, że docelową grupą odbiorczą serii Michaela Granta jest młodzież? Czy to od razu znaczy, że całość ma być do bólu przesłodzona? Ja właśnie dlatego tak bardzo tę historię pokochałam, bo chwilami jest niesmaczna, bo wnosi coś nowego, coś czego wcześniej nie było. Jeśli wcześniej ktoś miał wątpliwości, czy warto się z nią zapoznać, to rozwiewam je - warto! Chociażby tylko po to, aby poznać genialną ostatnią część.
Możecie już opuścić ETAP. 

wtorek, 6 sierpnia 2013

(93). Tara Hudson - Pomiędzy


Autor: Tara Hudson
Tytuł: Pomiędzy
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 344
Moja ocena: 8/10
Śmierć nas nie rozłączy…

Unosząc się w wodach ciemnej rzeki, Amelia jest świadoma tylko jednego – tego, że nie żyje. Nie wie, kim była przed śmiercią, nie wie, dlaczego i w jaki sposób umarła. Skazana na wieczne dryfowanie w bezczasie, zamknięta w pułapce, Amelia jest tylko szeptem w mroku, cichym, nieszczęśliwym cieniem dziewczyny, którą kiedyś, być może, była.

Nagle wszystko się zmienia.

Jako duch, Amelia nie może pomóc chłopakowi, który tonie w bezdennej rzece. Może tylko życzyć mu szczęścia. A jednak, w krótkiej chwili porozumienia, która nigdy nie powinna nastąpić, dzieje się coś dziwnego i Joshua nie umiera.

Kim jest Amelia? Kto skazał ją na śmierć? Zafascynowany cieniem chłopak angażuje się bez pamięci w dziwny związek, żyjąc nadzieją na to, że któregoś dnia wspólnie z Amelią rozwikła jej zagadkę. Chwile szczęścia są krótkie, przyszłość zaś niemożliwa… Zły duch imieniem Eli chce za wszelką cenę wciągnąć zmarłą dziewczynę z powrotem w otchłań. Tym razem na zawsze.
Amelia wie o sobie niewiele. Ma osiemnaście lat, ciemne włosy, białą sukienkę i... nie żyje. Tyle, że po śmierci nie zaznała żadnego ukojenia, zamiast tego błąka się po miasteczku, ciągle powracając do mostu, z którego zginęła. Jest duchem, całkowicie niewidzialnym i obojętnym dla przechodzących wokół niej ludzi, jej samotna egzystencja zmienia się diametralnie, gdy poznaje Josha. W dosyć niecodziennej sytuacji, bowiem chłopak miał wypadek samochodowy i nieomal nie zginął w tym samym miejscu, co Amelia.

Od chwili poznania Joshuy samotność Amelii stopniowo znika, a ona sama zaczyna czerpać radość z przebywania z drugim człowiekiem. Dawniej jej życie przed śmiercią było jedną wielką niewiadomą, ale dzięki chłopakowi wspomnienia zaczynają wracać. To, kim była, co lubiła robić, te wydarzenia stopniowo doprowadzają do odkrycia zagadki, którą jest tajemnicza śmierć Amelii.

Polubiłam styl pisania Tary Hudson już od pierwszych stron. Fakt, nie był zbyt wyszukany, ale równocześnie był ciekawy, przystępny, łatwy, czyli idealny w książkach z gatunku paranormal romance.
Główna bohaterka "Pomiędzy", Amelia wypadła raczej przeciętnie. Autorka nie popisała się w kreacji tej postaci. Na szczęście Josh wiele nadrabia za sprawą swojego rodzinnego "dziedzictwa"

Czegoś mi jednak w "Pomiędzy" zabrakło. Mam wrażenie, iż Tara Hudson nie do końca wykorzystała potencjał swojej ciekawie nakreślonej historii. Czułam niedosyt związany z najmroczniejszą postacią w tej książce - Elim. Jego wątek został wyjaśniony i pokrótce przybliżony, jednak uważam, że można byłoby poprowadzić go w ciekawszym kierunku. Odniosłam wrażenie, jakby autorka pokusiła się w swojej opowieści na łatwiejsze rozwiązanie. Eliemu zabrakło głębi, czegoś, co uczyniłoby go takim, a nie innym, a tak Tara Hudson zamknęła go w dosyć prostym schemacie.

"Pomiędzy" czytało mi się po prostu idealnie. Pióro autorki w połączeniu z ciekawą historią stworzyło idealny ciepły klimat, dzięki czemu lektura ta idealnie nadaje się na leniwe wieczory. Akcja jest wartka, nie ma miejsca na nudę, przez co książki tej nie da się odłożyć aż do ostatniej strony! 
"Godziny mogą ciągnąć się niczym lata, kiedy się na coś czeka niecierpliwie. Zwłaszcza na coś, czego się jednocześnie pragnie i bardzo obawia."

niedziela, 28 kwietnia 2013

(54). Lynne Ewing - Bogini nocy. W zimnym ogniu




Autor: Lynne Ewing
Tytuł: Bogini nocy. W zimnym ogniu
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 400
Moja ocena: 6/10

Cztery dziewczyny, cztery charaktery – jedno przeznaczenie. Vanessa, Catty, Serena i Jimena, pozornie przeciętne mieszkanki słonecznej Kalifornii dzielą wspólny sekret. Każda z nich została obdarowana specjalną mocą. Każda z nich ma zadanie do wypełnienia. Każda z nich jest boginią... Vanessa potrafi stać się niewidzialna, Catty podróżuje w czasie, Serena umie czytać w myślach, Jimena zaś ma zdolność przewidywania przyszłości. Tylko razem mogą stawić – Atroxowi, stworzeniu, które karmi się ludzką nadzieją i poluje na niewinnych ludzi w najmodniejszych nocnych klubach Wybrzeża. Choć pradawny i zły do szczętu, Atrox znakomicie radzi sobie we współczesnym świecie – jego śladem podąża liczna grupa zaprzysięgłych wyznawców (a właściwie ofiar, ale na jedno wychodzi). Niestety – wiek lat nastu nie predestynuje nikogo do bycia boginią i dziewczyny, choć każda potężna na swój sposób, muszą radzić sobie nie tylko ze śmiertelnym zagrożeniem, ale również z codziennością, która bywa gorsza od najbardziej przerażającego koszmaru.

"Bogini nocy" oraz "W zimnym ogniu" to dwie pierwsze części poczytnej serii "Córki księżyca" skierowanej głównie do nastolatków i liczącej sobie trzynaście tomów. 

Kiedy otwarto puszkę pandory, wydostały się z niej najrozmaitsze cierpienia, a ostatnia zrobiła to nadzieja. Selene, bogini księżyca jako jedyna ujrzała demoniczną istotę - Atroxa, który chciał pożreć nadzieję. Selene ulitowała się nad mieszkańcami ziemi i dała im swe córki, które miały walczyć z Atroxem i nieść im swoją nadzieję.
"Niektórzy muszą znosić w życiu więcej cierpienia niż inni."
Cztery nastolatki, na pozór całkowicie różne od siebie, które jednak połączyło coś niesamowitego: odmienność. Vanessa, Catty, Serena i Jimena są córkami Selene, bogini księżyca. Każda z nich posiada magiczną moc: Vanessa potrafi stawać się niewidzialna, Catty podróżuje w czasie, Serena może zajrzeć w ludzki umysł, natomiast Jimena widzi przyszłość. Tylko łącząc swoje niesamowite moce i współpracując mogą pokonać demoniczną istotę Atroxa...

Bardzo spodobało mi się w tej książce połączenie nadprzyrodzonego, ale także i zwyczajnego życia czterech nastolatek. Autorka spisała się tutaj świetnie, bowiem zestawiła ze sobą pozornie dwa sprzeczne tematy. Poruszyła ona także zwyczajne codzienne problemy, z którymi każda nastoletnia dziewczyna musi się zmagać. Został w niej również poruszony temat walki dobra ze złem, który wydaje się dla mnie bardzo oklepany, został przecież już przerobiony na milion sposobów. Jest on przede wszystkim główną siłą napędową tej lektury, główne bohaterki bowiem ciągle starają się przeciwstawić Atroxowi i jego Wyznawcom.
"Byłyśmy przyjaciółkami od tak dawna, że aż nie wierzę, na ile różnych sposobów mi jej brakuje."
W książce tej narracja jest prowadzona pierwszoosobowo, w "Bogini nocy" przez Vanessę, a "W zimnym ogniu" przez Serenę, przez co czytelnik na początku może odczuwać lekką dezorientację, jednak później, wciągając się w akcję okazuje się to świetnym i zaplanowanym posunięciem autorki.

Na początku byłam dosyć sceptycznie nastawiona do tej książki, przeczytałam bowiem, iż liczy ona trzynaście tomów. Przyznaję, że zastanawiał mnie fakt ile można pisać o Wyznawcach Atroxa, którzy wysysają duszę ludziom, pozbawiając ich nadziei. Jak się okazało - można! "Córki księżyca" napisane są prostym i przyjemnym językiem, skierowanym głównie do młodzieży. I nie mam do niego żadnych zarzutów, jest to idealna lektura na kilka wieczorów (a może nawet mniej). Akcja płynie szybko, autorka nie daje nam czasu odsapnąć, bowiem wydarzenia w błyskawicznym tempie posuwają się naprzód. Polecam tę serię przede wszystkim osobom, które liczą na lekką i niezobowiązującą lekturę.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:

niedziela, 7 kwietnia 2013

(46). Dominik W. Rettinger - Brainman


 
Autor: Dominik W. Rettinger
Tytuł: Brainman
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 400
Moja ocena: 7/10

Mieszanka science-fiction spod znaku superbohaterów ze zjadliwą satyrą na współczesność. Książka z pogranicza literatury sctricte rozrywkowej z wątkiem romansowym oraz political fiction.

John i Nick są studentami na nowojorskim uniwersytecie. John jest zdemoralizowanym synem z upiornie bogatej rodziny oraz gwiazdą drużyny futbolowej. Bystry i oczytany Nick to typowy mózgowiec. Nauka nie sprawie mu problemu, ale, między innymi z racji wychowania, chłopak nie stara się być w centrum uwagi. Wszystko zmienia się w chwili, gdy Nick zakochuje się w posągowej Susan, dziewczynie Johna. Utraciwszy w jednej chwili zdolność myślenia oraz analizy, chłopak postanawia zdobyć zajętą już piękność i naraża się Nickowi. Żaden z nich nie podejrzewa, że ich walka zakończy się interwencją sił z kosmosu.

W jednej chwili obydwaj herosi zyskują nadnaturalne moce i zostają wplątani w trwającą od zarania dziejów walkę pomiędzy mieszkańcami planet O i Zet. Z natury łagodni O, których wybrankiem staje się Nick, starają się nie dopuścić, by dowódcy Zet dopadli i porwali Wielkiego Mistrza, który od wieków spoczywa w Rowie Mariańskim na małej i nieciekawej planecie… Co zrobią młodzi ludzie obdarowani przez los niezwykłymi zdolnościami? Nie trzeba długo czekać na pierwszy popis Johna. Pozbawiony skrupułów młodzieniec nagina do swej woli całe mocarstwa i przygotowuję Ziemię na przybycie władców Zet. Czy dobro może zwyciężyć w starciu z psychopatycznym przywódcą, który ma na muszce wielkich tego świata?

John Clondike i Nick Gowin różnią się od siebie jak ogień i woda. Pierwszy z nich jest gwiazdą sportu, a do celu idzie po trupach, natomiast drugi to nieśmiały student biologii i pasjonata nauki. Wspólnie dzielili miłość do jednej dziewczyny - pięknej i blondwłosej Susan Linsday, tym samym spowodowało to konflikt pomiędzy mężczyznami.
„Najmocniejsze uczucie to stan zakochania. Skutek uboczny potrzeby utrzymania gatunku.”
Mieszkańcy planety O to osobniki z natury spokojne i łagodne, które nie dążą do konfliku. Jeden z nich przebudził Nicka i przekazał mu energię brainlight. John natomiast został przebudzony przez żądnych władzy mieszkańców planety Zet. Obie strony prowadzął między sobą zaciętą wojnę.
"Oboje uśmiechnęli się bezradnie. Gowinowie byli małżeństwem zgodnym, kochającym się i z racji wrodzonej łagodności zupełnie bezradnym wobec swoich dzieci."
Nick Gowin jest studentem drugiego roku biologii Uniwersytetu Miejskiego Nowego Jorku. Ma on u swojego boku wierną przyjaciółkę, skrycie w nim zakochaną dziewiętnastoletnią Rosalindę Abramm.
Natomiast John Clondike junior to obiekt westchnień damskiej cześci społeczności uniwersytetu, a także miejscowa gwiazda sportu i sympatia Susan. Pomiędzy Nickiem a Johnem wybucha zawzięty konflikt o dziewczynę, który kończy się bójką. Pech chciał, że w ich kłótnię wmieszały się siły z kosmosu.
"Od roku Rosa spokojnie czekała, aż Nick wydorośleje na tyle, aby dostrzec jej przyjaźń i oddanie. Nagle pojawiła się Susan i umysł Nicka zachował się jak mózgownice całej reszty prymitywnych samców."
Na uwagę zasługuje świetny pomysł autora, mianowicie zestawienie dwóch różnych od siebie postaci. Na początku podzielenie bohaterów na dobrych i złych wydawało mi się pomysłem bardzo schematycznym i oklepanym, ale po dalszej lekturze zmieniłam zdanie. Z pozoru to John może wydawać się bardziej charyzmatyczną osobowością, ale jak się okazało, wcale tak nie jest, bowiem Nickowi również nie brak polotu.
" - Jak masz na imię? - spytała, świadoma jakie spustoszenie wywołuje w męskich głowach oraz jaką niechęć w damskich.
- Grrhh... - wydobyło się z gardła Gowina, próbującego odzyskać mowę. - Nick... jestem Nick - wykrztusił wreszcie.
- Wpadnij do klubu, Nick, jestem Nick."
Sięgając po "Brainman'a" nie wiedziałam dokładnie, czego się spodziewać. Fantastyka naukowa to gatunek, który do tej pory był mi całkowicie obcy i nieznany. Książka ta pomimo moich początkowych obiekcji, przypadła mi do gustu bardziej, niż mogłam sądzić. Dominik W. Rettinger przedstawił ciekawą wizję świata z bardzo rozwiniętą technologią. Wydaje się, że kosmici zostali już przerobieni na milion sposób, a tutaj autor miło mnie zaskoczył. Zestawienie dwóch, całkowicie innych od siebie bohaterów: nieśmiałego pasjonata nauki oraz popularnego sportowca, którzy zostają wmieszani w wojnę między mieszkańcami planety O a mieszkańcami planety Zet, również okazało się strzałem w dziesiątkę. Dominik W. Rettinger ma zgrabny, prosty styl pisania przez co lekturę tę czyta się bardzo płynnie i przyjemnie. Jedyne co mnie odrzuciło to zbyt obszerne opisy, miejscami to aż odechciewało mi się ich czytać. Pozycję tę polecam osobom, które są otwarte na spróbowanie czegoś nowego i odmiennego, bo "Brainman" właśnie taką książką jest.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:
CZYTAM FANTASTYKĘ.

czwartek, 17 stycznia 2013

(12). Kelly Creagh - Nevermore: Kruk

 
 
Autor: Kelly Creagh
Tytuł: Nevermore: Kruk
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 456
Moja ocena: 10/10

Uważaj, czego pragniesz... Możesz to otrzymać.
Uporządkowane życie Isobel, kapitan szkolnej drużyny czirliderek, właśnie zaczyna się walić. Pan Swanson, nauczyciel literatury, wymyślił następny ze swoich koszmarnych projektów. W parach. I kazał Isobel pracować razem z Panem-Ciemności-Varenem, niesympatycznym, wykolczykowanym gotem, z którym nikt z klasy nie zamienił nigdy bodaj jednego słowa. Może dlatego, że z kamieniami ciężko rozmawiać?
Przy bliższym poznaniu Varen okazuje się jeszcze mniej czarujący, niż się zapowiadało. Wesoły jak cmentarzysko, ciepły jak granitowa płyta, a na dodatek potwornie zgryźliwy. Ale ma to, czego rozpaczliwie potrzebuje Isobel – wiedzę na temat twórczości Edgara Allana Poego. Co więcej, jest gotów wziąć na siebie większą część zadania. Walcząc z uczuciem, że podpisuje cyrograf, Isobel przystępuje do projektu. W końcu wspólna praca nie będzie trwała wiecznie...
Albo będzie trwała, jeśli koszmar, który nosi w sobie Varen, wyrwie się na wolność. Wystarczy kilka dni, by przyjaciele odwrócili się od Isobel, kilka dni, by zmieniło się całe jej życie i kilka nieprzyjemnych słów, by najmroczniejsze marzenia zaczęły się urzeczywistniać. Uważaj, czego pragniesz – możesz to otrzymać.
 
"Nevermore" trafiła w moje ręce w grudniu 2011 roku. Pomimo, że minęło już sporo czasu, to wciąż wracam do tej książki z wielką przyjemnością, pamiętając każdy szczegół. Zazwyczaj po pewnym czasie szczegóły książek zacierają się w myślach, ale z tą było inaczej.
„Jeśli odwrócisz się do mnie plecami, nie zostawisz mi wyboru, też będę musiał się odwrócić. Tylko tak dalej, a staniemy się przeciwnikami.”
 Główną bohaterką jest Isobel. Jej nauczyciel literatury wyznaczył klasie zadanie w parach. I wtedy już wiedziałam, co się święci, bo temat projektów szkolnych jest raczej oklepany i jak wiadomo, dziewczyna trafiła na najmniej spodziewającą się przez siebie osobę - Varena, który jest gotem. A żeby było ciekawiej: Isobel jest czirliderką. Wybuchowa mieszanka, prawda? Wydaje się, że powinna śmieszyć, bo co to ma być? Takie połączenie wydaje się wręcz niemożliwe, a jednak! W wydaniu młodziutkiej Kelly Creagh wszystko wygląda intrygująco, napięcie jest budowane stopniowo, przez co nie można się oderwać od lektury!
Kelly Creagh mogę zaliczyć do swoich ulubionych autorek. Nie bała się eksperymentować, nie wybrała typowego schematu. "Nevermore" dosłownie pochłania, a czas płynie przy niej zadziwiająco szybko. Romans jest sprytnie wpleciony w akcję.
Wiem, że z pewnością są pewni oporni. Got i czirliderka... no błagam, przecież z tego nie da się nic wyczarować! Jednak okazało się, że da. "Nevermore" to magiczna książka, która spodoba się osobom w każdym wieku.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział: