my heaven of books

wtorek, 30 czerwca 2015

Stos #5/2015

Hej! Dzisiejszego posta piszę do Was w bardzo dobrym humorze. :D Matura zdana, rekrutacja opłacona, a teraz pozostaje mi tylko czekanie do 10 lipca na wyniki rekrutacji. Filologia angielska to moje marzenie i mam nadzieję, że UAM w Poznaniu będzie chciał je spełnić. Na dzisiaj przygotowałam dla Was stos, poprzedni pokazywałam miesiąc temu. Wiem, że wielu z Was ma już wakacje (ja swoje mam już trochę dłużej), dlatego jestem ciekawa jak je spędzacie. Macie jakieś specjalne plany, wyjeżdżacie gdzieś? :) A tymczasem...


1. Erika Johansen - "Królowa Tearlingu" - jeszcze nie zaczęłam czytać, ale prezentuje się wspaniale!
2. Holly Black, Cassandra Clare - "Próba żelaza" - (recenzja)
3. Rae Carson - "Dziewczyna ognia i cierni" - już kończę ją czytać, recenzja niebawem!
4. Rachel van Dyken - "Toxic" - (recenzja)
5. Gail McHugh - "Collide" - jestem w trakcie czytania, zapowiada się świetnie!
6. Diana Gabaldon - "Podróżniczka" - jak skończę "Collide" to od razu się za nią zabieram! Potężnie wygląda. :)
7. Claire North - "Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" - (recenzja)

Czytaliście coś? Co Was zainteresowało? :)

czwartek, 25 czerwca 2015

Rachel van Dyken - Toxic

 Autor: Rachel van Dyken Tytuł: Toxic Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 342

Bestsellerowy cykl Zatraceni autorstwa Rachel van Dyken został rozpoczęty pierwszym tomem pt. "Utrata". Gdy tylko go przeczytałam - absolutnie się w nim zakochałam. Pisarka stworzyła serię, która urzeka niezwykle lekkim i przejrzystym sposobem napisania, ale także i równie intrygującą fabułą. Pokochałam historię Wes'a i Kiersten. Druga część tego cyklu to losy Gabe'a, bohatera, który pojawił się już w prequelu i już tam mnie zaciekawił. Jesteście ciekawi, czy "Toxic" przypadło mi do gustu? W takim razie zapraszam do przeczytania mojej recenzji!

Gabe Hyde jest znany z bycia podrywaczem i tym, że w ogóle wydaje się niczym nie przejmować. To jedna z jego masek, które przyjmuje, aby ukryć to, kim naprawdę jest przed światem. Aby ukryć swój mroczny sekret, o którym niewiele osób w jego najbliższym otoczeniu wie. Pewnego dnia, gdy poznaje młodą studentkę Saylor wszystko się zmienia. Dziewczyna, choć go irytuje, jednocześnie niesamowicie pociąga i fascynuje. Zresztą, ta fascynacja jest wzajemna. Jaki sekret skrywa Gabe i czy Saylor wciąż będzie go pragnęła, gdy prawda wyjdzie na jaw?

Muszę przyznać, że zostałam pozytywnie zaskoczona. Wiedziałam, że Zatraceni to seria, ale spodziewałam się raczej, że autorka będzie kontynuowała w sequelu dalsze losy Wes'a i Kiersten, a nie, że weźmie pod lupę historię jednego z bohaterów, którzy pojawili się w "Utracie". Tak się jednak stało i szczerze mówiąc, bardzo jestem zadowolona z tego rozwiązania, bo w sumie romantyczna i piękna opowieść Wes'a i Kiersten doszła do swojego końca, i niewiele można by było tam dodać, aby z powodzeniem zainteresować czytelnika. Mogłoby być zwyczajnie nudno. Za to Gabe... To jest dopiero niesamowita postać. Już w prequelu moje sprawne oczka go zaobserwowały i byłam wręcz przekonana, że jest on jedną z tych nieoczywistych i sprzecznych osobowości. Bad boy z zewnątrz, ale w środku kompletnie inny charakter. Rachel van Dyken absolutnie mnie nie rozczarowała. Miałam wątpliwości, czy uda jej się w satysfakcjonujący mnie sposób przedstawić tak złożonego bohatera, jakim jest Gabe, ale jej się to udało. Bardzo się cieszę, że pisarka udźwignęła ciężar swoich bardzo dobrych pomysłów. Czytelnicy nie muszą obawiać się o niedopracowaną fabułę, czy niezbyt intrygujący sekret. Uwierzcie, kluczowa tajemnica tego tomu jest naprawdę druzgocąca.

"Utrata" choć poruszała poważny temat (którego Wam oczywiście nie zdradzę, będziecie musieli sami się dowiedzieć i sięgnąć po książkę), nadal wiele było w niej przekorności i humoru, który od razu do mnie przemówił, przez co w czasie lektury na mojej twarzy nieraz gościł szeroki uśmiech. Co się tyczy sequelu, "Toxic" jest on pod wieloma względami jeszcze bardziej poważny i zdecydowanie mniej w nim pokazów poczucia humoru autorki. Ja jakoś nie odczułam tego tak mocno i mi to nie przeszkadzało, bo cała dobrze przemyślana reszta rekompensowała mi ten mały mankament. Muszę przyznać, że historia Gabe'a i Saylor jest bardzo słodko-gorzka i usiana wieloma przeciwnościami, którym nasi ulubieni bohaterowie będą musieli stawić czoła. Podczas, gdy "Utrata" była lekko przewidywalna i czytelnik mógł się domyślić, jak potoczy się fabuła, w "Toxic" nie jest już to tak oczywiste. Ja praktycznie do samego końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na co zdecyduje się Rachel van Dyken - na pozytywne i wzruszające zakończenie, czy może pójdzie w stronę czegoś bardziej smutnego i łamiącego serce? Będziecie musieli sami się o tym przekonać!

Po przeczytaniu ponad stu stron tej książki stwierdziłam, że podoba mi się ona bardziej, niż pierwszy tom. Jednak już po całej lekturze miałam mieszane odczucia, bo nie mogłam przestać porównywać obu części ze sobą. I ostatecznie stwierdzam, że "Utrata" i "Toxic" są tak samo dobre i nie mogę wybrać lepszej. W końcu molowi książkowemu nie można kazać wybierać pomiędzy swoimi ulubieńcami... Dziękuję autorce za stworzenie tak wartościowej, a jednocześnie tak przyjemnej serii, która porusza wiele istotnych wartości. Cykl Zatraceni warto przeczytać i przekonać się na własnej skórze, co jest w nim takiego wyjątkowego i dlaczego wzbudza wiele emocji. Już nie mogę się doczekać, gdy w moich dłoniach będzie leżał trzeci tom, "Wstyd". To będzie z pewnością niezapomniana przygoda. Polecam!
"Człowiek nie wie, czy dokonał właściwego wyboru, do momentu gdy już spada, i choć nadal odczuwa wewnętrzny niepokój, ma świadomość, że przynajmniej odważył się skoczyć."
Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Cecelia Ahern - Kiedy cię poznałam

 http://2.bp.blogspot.com/-E8cljmNh6eQ/VT_X_iYWP4I/AAAAAAAACTU/HghLPMzjUAI/s1600/Kiedy_cie_poznalam_okladka.jpg
Autor: Cecelia Ahern Tytuł: Kiedy cię poznałam Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 412

Uwielbiam sięgać po książki "sprawdzonych pisarzy", czyli takich, których książkę lub książki już czytałam. W przypadku Cecelii Ahern wręcz nie mogłam się doczekać, gdy w moich dłoniach będzie leżała jej najnowsza powieść, która ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa Akurat - "Kiedy cię poznałam". Po Ahern oczekiwałam tylko najlepszego, w końcu jak mogłoby być inaczej - "Love, Rosie" absolutnie i nieodwołalnie pokochałam. Jesteście ciekawi jakie jest moje zdanie na temat innego jej dzieła? W takim razie zapraszam do przeczytania mojej recenzji!

Trzydziestotrzyletnia Jasmine Butler wiedzie stateczne życie. Lubi być zajęta i oddawać się w pełni swojej pracy. Wszystko układa się wręcz idealnie, ale do pewnego momentu... Bo gdy zostaje zwolniona, nic już nie jest tak kolorowe i perfekcyjne. Jasmine zostaje wysłana na przymusowy urlop roczny, w czasie którego nie może podjąć żadnej innej pracy. Czas ten nasza główna bohaterka przeznacza na spędzanie czasu z bliskimi, a w tym ze swoją starszą siostrą która została dotknięta zespołem Downa. Młoda kobieta jednak nie jest zadowolona z tak dużej ilości wolnego czasu - wręcz przeciwnie - rozpacza, że została bez żadnego stałego zajęcia. Wybiera się ona w metaforyczną podróż ku poznaniu samej siebie i zawarciu bardzo niespodziewanej przyjaźni ze znienawidzonym sąsiadem...

Niesamowita historia autorstwa równie niesamowitej i utalentowanej pisarki. Cudownie się bawiłam czytając tak mądrą i tak wartościową powieść, jaką jest "Kiedy cię poznałam". Co mogę więcej rzec - właśnie dla takich książek kocham czytać i czerpię z tego ogrom radości. Już po drugiej powieści Cecelii Ahern, którą przeczytałam mogę zdecydowanie stwierdzić, że jej twórczość jest pełna istotnych przekazów. Przekazów, których nie wolno ignorować i trzeba wziąć pod uwagę. W życiu nie liczy się tylko praca. Nie można oceniać ludzi na podstawie pobieżnych spojrzeń albo jednej sytuacji - tutaj idealny przykład nieco zagubionego Matt'a oraz Heather, która cierpi na zespół Downa. Zazwyczaj takie osoby ocenia się na podstawie wyglądu albo utartych i bolesnych stereotypów. Kiedyś gdzieś usłyszałam, że nikt jednak nie kocha tak mocno, jak dotknięci zespołem Downa i po lekturze tego dzieła mogę stanowczo z tym stwierdzeniem się zgodzić. Nigdy nie jest za późno na szczęście i odkrycie samego siebie. Właśnie to (i prawdopodobnie jeszcze o wiele więcej, czego nie wyłapałam) udowadnia Cecelia Ahern. Przez te wartości jej książka nabiera wręcz moralizatorskiego klimatu, który już w "Love, Rosie" bardzo przypadł mi do gustu.

"Kiedy cię poznałam" to jedna z tych mądrych i wartościowych książek, po których przeczytaniu czytelnik w pewien motywujący sposób czuje się podbudowany do działania, do zrobienia czegoś konkretnego ze swoim życiem. Prawda jest taka, że każdy z nas jest kowalem własnego losu i może go odmienić, do tego wystarczy szczypta pomysłowości i wyobraźni. W czasie lektury nieraz się śmiałam, nieraz czułam się wzruszona, ale zdecydowanie ciągle towarzyszyło mi napięcie. Twórczość Cecelii Ahern to idealny sposób na spędzenie wieczoru lub dwóch, ja już zdałam sobie z tego sprawę... Pytanie, czy Ty - mój drogi czytelniku - też?
"Kiedy miejsca przeznaczenia nie znamy, możemy docenić samą podróż."
Moja ocena: 8/10

sobota, 20 czerwca 2015

It's my life!


Ostatnio zaczęłam dużo się zastanawiać nad wieloma rzeczami (powiało grozą). Tak działa nadmiar wolnego czasu. Jedną z tych rzeczy jest fakt, jak bardzo polegamy na opiniach innych ludzi i jak często staramy się im przypodobać. Chcąc nie chcąc, też jestem taką osobą. Zdaję sobie sprawę, jakie to jest głupie.Patrzę na to ja, jak żyją inni i - o litości - myślę sobie, jak w porównaniu z nimi blado wypada moja nijaka egzystencja. Bo przecież wiem, że nie jestem rozrywkowa. Prawie w ogóle nie piję alkoholu, lubię siedzieć i całymi godzinami czytać lub oglądać seriale, i w ogóle jestem jakimś ewenementem w społeczeństwie, dziwną aspołeczną istotką, która ma swój własny świat i co lepsze - ten swój świat lubi. Ale czasami tak dochodzi do mnie myśl, że wiem, co myślą o mnie inni. I mam się tym nie przejmować, ale jak to ja - przejmuję się. Myślę sobie: ja naprawdę jestem jakąś dziwną osobą. Ludzie mi mówią: zmienisz się, ja się zmieniłam, z tego się wyrasta, a ja sobie myślę: mam dziewiętnaście lat i nie zanosi się na to, abym się zmieniła. A jak ktoś tego nie akceptuje, to ja wcale w swoim życiu takich osób nie potrzebuje. Osób, które wyzwalają we mnie same negatywne emocje i odczucia, które sprawiają, że czuję się źle będąc sobą i nikogo nie udając. I tym samym rodzi się kolejna istotna rzecz, o której też chciałabym wspomnieć. Właśnie fakt, że ktoś może uznać nas za dziwnych, boimy się odrzucenia i w efekcie udajemy kogoś kim nie jesteśmy. Sztuczne, wymuszone uśmiechy i wzruszanie ramionami oraz usilne próby dopasowania się do społeczeństwa, aby przypadkiem od niego n i e o d s t a w a ć, bo jak to - ktoś jest inny. Może te moje wywody są bez sensu, ale jak tak patrzę na to, co obecnie się dzieje na świecie, to może jednak mają trochę sensu. Może jednak czasami warto przystać na chwilę i się zastanowić nad tym, że nie każdy na świecie jest dokładnie taki sam. Może ty sam oceniłeś kogoś zbyt pochopnie, czytelniku? Chciałabym, aby każdy był świadomy tego, że nasze życie jest naprawdę nasze i nie powinniśmy zwracać tak dużej uwagi na innych (co ja robię bardzo często, shame on me) albo wstydzić się tego, że nie jesteśmy tacy sami, jak reszta. Jesteś śmiały? To dobrze. Jesteś nieśmiały? To też dobrze. Pamiętajcie, ważne jest to, abyście akceptowali samych siebie i nie zwracali uwagi na opinie innych. 

Chyba jednak jestem dziwna, że wyskoczyłam z tym postem. :)

Miłego dnia!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Claire North - Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta

Autor: Claire North Tytuł: Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta Wydawnictwo: Świat Książki Liczba stron: 460

NIEKTÓRYCH HISTORII NIE DA SIĘ OPOWIEDZIEĆ W JEDNYM ŻYCIU

Harry August nie jest normalnym człowiekiem. Normalną osobą, która przeżywa swoje życie i umiera. Co jest takiego nietypowego w Harry'm? On się odradza. Umiera, po czym rodzi się znowu. I wszystko pamięta ze swoich poprzednich żywotów, przez co nawet jako dziecko jest mądrzejszy i bardziej doświadczony od każdego człowieka na świecie. Kiedy nadchodzi kres jego kolejnego żywota, przy jego łóżku pojawia się mała dziewczynka, która chce wysłać pewną wiadomość w przeszłość...

Przyznaję, że i mnie skusiła wspaniała okładka tej książki. Pomyślałam sobie: po prostu muszę ją przeczytać i sprawdzić, czy zawartość będzie tak samo dobra, jak oprawa graficzna. I wiecie co? To jeden z nielicznych przypadków, w których właśnie tak jest. "Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" to zachwycająca historia, od samego początku, aż do końca. Niesamowicie dopracowana i sprawnie skonstruowana. Claire North wymyśliła fabułę, która dosłownie wprawiła mnie w zachwyt. Jednak sam pomysł to nie wszystko. Potrzeba jeszcze odpowiednich umiejętności pisarskich, aby wprawić go w ruch i sprawić, że czytelnicy go pokochają. A do tego trzeba mieć talent - North nie tylko mnie zaciekawiła swoją koncepcją, ona sprawiła, że ja naprawdę chciałam poznać dalsze losy Harry'ego Augusta, przez co oderwanie się od lektury nie przychodziło mi łatwo. Prawdziwie zafascynowała mnie ta opowieść, w głównej mierze dlatego, że nigdy nie czytałam coś, co by ją przypominało. Warsztat pisarski autorki został idealnie dopasowany do tematyki tej książki i licznych przemyśleń na temat ludzkiej natury. Rozważania North są niezwykle wnikliwe i trafne w odniesieniu do rzeczywistości.

W powieści Claire North główną siłą napędową jest wątek przyszłego końca świata i pytań, które nieodłącznie towarzyszyły mi w czasie lektury. Czy Harry'emu uda się powstrzymać koniec świata? I jak daleko będzie się musiał posunąć, aby to zrobić? To, co bardzo przypadło mi do gustu, pomijając już sam całokształt i nietypowy pomysł na fabułę, to fakt, że autorka sprawnie wnika w głąb ludzkiej egzystencji. Główny bohater, Harry August jest tego świetnym przykładem. Gdy tylko zdał sobie sprawę z daru, który otrzymał - nieśmiertelności, starał się go wykorzystywać w jakiś sposób. Każde z jego żywotów było inne, mężczyzna skrupulatnie dbał o to, aby były one różnorodne. Sam fakt, iż podjął on walkę o ocalenie świata jest godny podziwu i ukazuje prawdziwą naturę tej postaci. Nie osiada on wygodnie w jakimś mieście, gdzie może wieść spokojne i beztroskie życie - wręcz przeciwnie, za wszelką cenę chce powstrzymać koniec świata. Bardzo polubiłam tego wyjątkowego bohatera.

"Pierwszych piętnaście..." to pewnego rodzaju pamiętnik Harry'ego Augusta, bowiem jest on narratorem pierwszoosobowym i opowiada swoje losy czytelnikom. Przez ten typ narracji nie brakuje tutaj licznych przemyśleń, rozważań i dywagacji nad ludzką egzystencją. Mi osobiście te przemyślenia bardzo się spodobały i dały dużo do myślenia, ponieważ główny bohater jest osobą, która zdecydowanie ma dużo ciekawego do powiedzenia. Przeżył on tyle lat w ciągu swoich piętnastu żywotów, że czytając jego "pamiętnik" naprawdę się czułam, jakbym zaglądała w głąb umysłu osoby, która żyła ponad osiemset lat. To naprawdę niesamowicie budujące doświadczenie. Wiem, że tego rodzaju rozważania wielu osobom mogą przeszkadzać, ale w tej książce są nienachalne i nad wyraz interesujące. Jeśli ktokolwiek obawia się wolnego tempa akcji i braku dynamizmu - rozwiewam Wasze wątpliwości, Claire North zadbała, abym ani przez chwilę się nie nudziła. Już sam początek i pojawienie się małej dziewczynki mówiącej o końcu świata zwiastuje wyjątkową lekturę, a z przeczytaniem każdej kolejnej strony tylko utwierdzałam się w tym przekonaniu.

"Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" to książka, która nie przypomina nic, co bym wcześniej czytała. I właśnie przez ten aspekt tak bardzo mi się podobała. Każda strona, każdy rozdział to było coś niewiadomego, ponieważ nie miałam nawet najmniejszych wyobrażeń, jak potoczy się fabuła. Polecam, naprawdę warto ją przeczytać i przekonać się, dlaczego zyskała taką popularność. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie!
"(...) Najgorsza jest samotność w tłumie. Człowiek może kiwać głową, uśmiechać się, normalnie rozmawiać z innymi, ale udawanie sprawia, że jego dusza coraz bardziej oddala się od ludzi."
Moja ocena: 9/10

czwartek, 11 czerwca 2015

Holly Black, Cassandra Clare - Próba Żelaza

Autor: Holly Black, Cassandra Clare Tytuł: Próba Żelaza Wydawnictwo: Albatros Liczba stron: 351

OGIEŃ CHCE PŁONĄĆ, 
WODA CHCE PŁYNĄĆ,
POWIETRZE CHCE SIĘ UNOSIĆ,
ZIEMIA CHCE WIĄZAĆ,
CHAOS CHCE POŻERAĆ.

Są tacy autorzy, po których książki mogę sięgać w ciemno, bez wcześniejszego przeczytania opisu. Właśnie jedną z takich pisarek jest Cassandra Clare, którą wprost uwielbiam za sprawą serii Dary anioła oraz Diabelne maszyny. Bardzo się więc ucieszyłam, gdy okazało się, że zostanie opublikowana kolejna jej powieść - "Próba Żelaza", która otwiera nowy cykl Magisterium. Clare tworzy go wraz ze swoją wieloletnią przyjaciółką Holly Black. Z twórczością tej drugiej autorki nie miałam okazji się zapoznać, więc w sumie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Co się tyczy Cassandry Clare, oczekiwałam tylko tego, co najlepsze.

Najpierw kilka zdań o fabule. Dwunastoletni Callum Hunt musi przystąpić do egzaminu - Próby żelaza, który został przeznaczony dla magów i dzięki któremu dostaną się oni do szkoły magii - Magisterium. Chłopak w odróżnieniu jednak od swoich rówieśników wcale nie chce go zdać - wręcz przeciwnie - on chce go oblać, a to wszystko przez jego ojca. Nienawidzi on bowiem magów i wszystkiego, co z nimi związane. Call choć wybitnie się stara oblać Próbę, przechodzi ją i rozpoczyna pierwszy rok nauki w szkole magów. To miejsce choć niesamowicie fascynujące, także ma swoją historię... I swoich wrogów.

Gdy sięgałam po pierwszy tom Magisterium wiedziałam, że jest to seria skierowana raczej do młodszych czytelników. Wcale mi to jednak nie przeszkadzało, bo od czasu do czasu naprawdę lubię sięgać po tego rodzaju dzieła. Ot tak, żeby się odstresować. Wiecie jakie odniosłam wrażenie po lekturze kilkunastu stron? Harry Potter. Dosłownie. Może inne imiona bohaterów i wygląd, inne miejsce akcji, ale nie mogłam pozbyć się tego uporczywego uczucia, że czytam książkę J.K Rowling, a nie duetu Black i Clare. Dziwnie się czułam, ponieważ Pottera naprawdę uwielbiam, poza tym dopiero ponad rok temu się z nim zapoznałam, więc nadal wiele z niego pamiętałam, przez co podobieństwo Magisterium wydawało mi się jeszcze bardziej oczywiste. Myślałam sobie: kurcze, co jest grane... Jeśli dalej tak będzie, to chyba nie dam rady tego czytać... Całe szczęście, dalej podobieństwa się zacierają (trochę), jednak widać, że obie autorki inspirowały się sagą o przygodach Harry'ego Pottera. Jednak inspiracja to nic złego, prawda?

Dobra, mamy już za sobą te nieszczęsne te podobieństwa. A może i nie takie nieszczęsne, bo ja bardzo tęskniłam za tym niesamowitym potterowskim klimatem. A ta seria właśnie taką atmosferę sobą roztacza. W każdym razie ten cykl naprawdę mi się spodobał. Jak wcześniej wspomniałam - inspiracji nie da się przeoczyć (chyba, że ktoś nie czytał albo nie oglądał Pottera). Nie jest ona jednak nachalna, zbyt uwypuklona, raczej miła w odbiorze. Wydaje mi się, że to całkiem fajne uczucie wiedzieć, że czyjaś seria zainspirowała innych autorów, tym bardziej, że ten pomysł wypalił i ma szansę być jeszcze lepszy w kolejnych tomach (a zaplanowanych zostało pięć). Stworzenie szkoły magii zwanej Magisterium jest ciekawe, ale moim zdaniem zostało zbyt słabo opisane. Wydaje mi się, że autorki powinny zawrzeć więcej opisów, bo tak całe to miejsce wydawało się zamykać w kilku pomieszczeniach. Odniosłam wrażenie, że "Próba Żelaza" z powodzeniem mogłaby mieć minimum sto stron więcej, przez co byłoby jeszcze lepiej, a pisarki miałyby większe pole do popisu.

Czy "Próbę Żelaza" polecam? Zdecydowanie tak! Oczywiście jeśli jesteście zbyt wrażliwi na inspirację pisarzy innymi seriami - nie powinniście czytać tej książki. Nie sądzę jednak, żeby kogokolwiek aż tak raziło to w oczy, każdy z nas chyba ma trochę dystansu do siebie, prawda? Tym bardziej, że pierwszą część cyklu Magisterium czyta się bardzo szybko i płynnie (ja skończyłam ją w niecałe dwa dni), jest lekka i przyjemna, a koncepcja, którą przedstawiły swoim czytelnikom Black i Clare zdecydowanie się sprawdza. Pomysł na całą serię jest przyszłościowy i można wykreować wiele ciekawych wątków (szczególnie zważywszy na świetne zakończenie!). Na bohaterach także się nie zawiodłam - są naprawdę interesujący, przez co każdy znajdzie kogoś, z kim będzie mógł się utożsamić. Call ma ostry język, mówi to, co ślina na język przyniesie, przez co od razu wzbudził we mnie sympatię. Aaron to taka dobra duszyczka, urodzony bohater, natomiast Tamara równoważy swoich przyjaciół i ściąga ich na ziemię, kiedy tego potrzebują.

Chyba każdy się ze mną zgodzi, że czasami dobrze jest sięgnąć po książki, których grupą docelową są młodsi czytelnicy. Magisterium świetnie się rozpoczęło i oby zostało równie dobrze kontynuowane. Nie brak tutaj wartkiej akcji i dobrze przemyślanej fabuły, przez co w ogóle się nie nudziłam i całą książkę bez problemu mogłabym przeczytać za jednym zamachem. Nie pozostało mi nic innego, jak Wam ją polecić. Ja tymczasem będę grzecznie czekała na kontynuację...
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

środa, 10 czerwca 2015

Wyniki konkursu

Hej! 27 maja był ostatni dzień na zgłoszenia do tego konkursu, w którym do wygrania były dwie książki. Przepraszam, że ukazują się dopiero teraz, ale wyjechałam na dwa tygodnie i dopiero wczoraj wróciłam. Zgłoszeń było aż 51, za co Wam serdecznie dziękuję, bo skłania mnie to do tego, aby robić kolejne losowania. :) W każdym razie, nie będę niepotrzebnie przedłużać. Zdecydowałam się na bardziej tradycyjny sposób, wpisałam Wasze nicki/imiona na kartkę, a później je wycięłam i wylosowałam. A oto zwyciężca:


Gratulacje! Już piszę do Ciebie na maila. Pozostałym uczestnikom dziękuję za wzięcie udziału i zapraszam do kolejnych konkursów!

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Diana Gabaldon - Uwięziona w bursztynie


Autor: Diana Gabaldon Tytuł: Uwięziona w bursztynie Wydawnictwo: Świat Książki Liczba stron: 837

O serii autorstwa Diany Gabaldon jest już bardzo głośno od jakiegoś czasu, a to za sprawą serialu, który powstał na kanwie tego cyklu. Został on rozpoczęty prequelem pt. "Obca" i właśnie taki tytuł nosi ta produkcja. Ja sama całkiem niedawno zapoznałam się z tą książką i wciąż jestem pod jej ogromnym wrażeniem. Jak na powieść historyczną - czyta się ją niesamowicie płynnie, a pomysł jest godny uznania. Nic dziwnego, że "Obca" zbiera same pochwały, bo zdecydowanie na to zasługuje. Jesteście ciekawi, jak przypadła mi do gustu kontynuacja, "Uwięziona w bursztynie"? W takim razie zapraszam do przeczytania recenzji.

Jest rok 1968, a Claire Randall powraca wraz z dorosłą córką Brianną do Szkocji, gdzie postanawia wyznać prawdę... Prawdę o niesamowitym i nierealnym zdarzeniu, które ją spotkało - podróży w czasie i o miłości, która odmieniła jej życie na zawsze. Z drugiej strony toczą się także wydarzenia w 1745 roku, gdzie Claire i jej mąż James Fraser próbują powstrzymać skazane na klęskę szkockie powstanie... Czy uda im się to zrobić? Czy poniosą oni porażkę, przez skażą tysiące ludzi na śmierć?

Do "Uwięzionej w bursztynie" zabrałam się z taką samą ekscytacją jak do "Obcej", tak bardzo pokochałam historię stworzoną przez Dianę Gabaldon. Fabułę, bohaterów, dialogi... dosłownie wszystko. Miałam również wysokie oczekiwania co do kontynuacji, zważywszy na tak świetny prequel. Z przykrością muszę przyznać, że się trochę zawiodłam, bo nie tego oczekiwałam. Oczywiście wiedziałam, że akcja w książce, która liczy ponad osiemset stron musi się trochę rozwijać, ale i tak w porównaniu z pierwszym tomem, sequel wypada nieporównywalnie słabiej. Odniosłam wrażenie, jakby pisarka sama dokładnie nie wiedziała, w którą stronę zmierza fabuła i jak ją pociągnąć, aby wszystko współgrało z całą resztą i tworzyło spójną całość. Może autorka najwyraźniej w świecie przesadziła z ilością stron, ponieważ opisów jest bardzo dużo i miałam nieodpartą myśl, że niektóre wątki mogłyby z powodzeniem zostać pominięte i nie miałyby żadnego wpływu na resztę fabuły. Takie celowe rozwlekanie na siłę nie zawsze jest dobrym pomysłem. Później po prostu zaczyna to bardzo przeszkadzać w lekturze i nudzić.

To, co bardzo spodobało mi się w "Uwięzionej w bursztynie" i to, co odróżnia ją od poprzedniej części to fakt, że Diana Gabaldon zdecydowała się na pewnego rodzaju różnorodność. Bowiem następuje przeskok w czasie i czytelnik ma okazję odnaleźć się w dwóch różnych epokach. Z jednej strony w pięknej, malowniczej Szkocji obserwuje dalsze losy Claire i Jamie'go, a z drugiej strony jest rok 1968, gdzie Claire ma już dorosłą córkę. Muszę przyznać, że to bardzo nietypowe, ale spodobał mi się ten zabieg, ponieważ urozmaicił lekturę i pokazał, jak dalej potoczyła się historia naszej głównej bohaterki.

Po prostu muszę wspomnieć o duecie Claire i Jamie'go, ponieważ oboje są wprost cudowni! Tworzą tak niesamowicie zgraną parę, że czytanie ich perypetii przyniosło mi dużo śmiechu. Ich dialogi bawią i choć pochodzą z innych epok - wydaje się to w ogóle im nie przeszkadzać. Dianie Gabaldon z powodzeniem udało się ukazać panujące pomiędzy nimi napięcie i chemię. Cieszę się, że twórcom serialu również się to udało! Obsada tej produkcji idealnie pokrywa się z moimi wyobrażeniami nie tylko dwójki głównych bohaterów, ale także tych pobocznych. Poza tym, taka miłość, która została przedstawiona w tym cyklu jest naprawdę inspirująca.

Nie mogę do końca powiedzieć, że wszystko podobało mi się w "Uwięzionej w bursztynie", bo chwilami było naprawdę ciężko i czułam, że brnę przez tą lekturę z oporem. Jednak momenty zwątpienia zostały przyćmione przez całą resztę. Diana Gabaldon bawi i zaciekawia czytelnika piękną historią miłości, której nawet czas nie jest w stanie przerwać. Jednocześnie przedstawia ona realia XVIII życia po prostu... prawdziwie. Nie koloryzuje, ale pokazuje złą stronę życia, a nie tylko dobrą. Kontynuacja choć nieco mniej mi się podobała od "Obcej", wciąż czytałam ją z zapartym tchem. Nie mogę się doczekać, gdy zacznę czytać "Podróżniczkę". Polecam!
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

wtorek, 2 czerwca 2015

Gena Showalter - Alicja. Królowa zombi"


Autor: Gena Showalter Tytuł: Alicja. Królowa zombi Wydawnictwo: Mira Harlequin Liczba stron: 447

WSZYSCY JESTEŚMY SZALENI

"Alicja. Królowa zombi" to już trzeci tom serii Kroniki Białego Królika autorstwa amerykańskiej pisarki Geny Showalter. Pierwszy tom tego cyklu, "Alicję w krainie zombi" czytałam dosyć dawno temu, ale do tej pory pamiętam, jak bardzo mi się spodobał. Pokochałam nowatorski pomysł autorki, która stworzyła coś, czego jeszcze nie było. Zombi, które są obecne w tytułach każdej z części na pewno różnią się od tych, które miałam okazję do tej pory poznać. Kontynuacja, "Alicja i lustro zombi" utrzymała świetny poziom. Jesteście ciekawi, jak kolejny tom przypadł mi do gustu?

Alicja Bell przeszła przez wiele ciężkich chwil w ciągu swojego prawie siedemnastoletniego życia. Straciła całą swoją rodzinę, ale zyskała też nową. Zaczęła trenować i stała się silniejsza, aby móc położyć kres istnieniu zombi i tajemniczej organizacji - Animy. Jednak oprócz walk, które musi stoczyć wraz z grupą zabójców, dowiaduje się o sobie rzeczy, które są dla niej niesamowicie szokujące i które mogą zmienić bardzo wiele... Jak Alicja poradzi sobie z wiedzą, która zmienia sposób, w jaki postrzega ona samą siebie?

To, co bardzo rzuca się w oczy w tej części to jeszcze większa metamorfoza, którą przechodzi Ali. Powiedzenie, że nie jest ona tą samą nastolatką z pierwszego tomu byłoby ogromnym niedopowiedzeniem. Ona nie tylko się zmieniła, ona ewoluowała. Tragiczne wydarzenia, przez które przeszła uczyniły ją silniejszą, ale także i bardziej bezwzględną. Muszę przyznać, że taki typ bohaterki najbardziej do mnie przemawia. Uwielbiam silne osobowości, które zarazem mają pazur i są zadziorne. Potrafią rozbawić swoimi tekstami i wzbudzić w czytelniku sympatię, a postać Alicji właśnie to robi. Nasza główna bohaterka jeszcze nie tak dawno temu, bo w prequelu, była niewinną i słodką dziewczyną, która nie miała pojęcia, że zombi w ogóle istnieją. Właśnie to ta wiedza wszystko odmieniła, w tym ją samą.

Największym minusem tej części jest zbytnia słodkość pomiędzy Alicją a Cole'em. Pamiętam, jak w "Alicji w krainie zombi" pokochałam tą dwójkę za magnetyczny związek, który razem tworzyli. Czuć było pomiędzy nimi tą niesamowitą chemię i sposób, w który się uzupełniali. Naprawdę fajnie się wtedy o nich czytało, dlatego nie mam pojęcia co się stało teraz. W drugim tomie już widziałam, że coś nie gra, ale w trzecim nie da się tego przeoczyć. Nie jest jednak tak źle, bo pisarce udawało się jeszcze roziskrzyć napięcie panujące pomiędzy tą parą. Najczęściej jednak irytowali mnie jak nigdy. Ta słodkość i tęcza naprawdę nie pasuje do Cole'a, którego tak uwielbiałam. Mam wrażenie, że przez swoją miłość do Alicji mocno stracił na sile swojego niegdyś nieustępliwego charakteru. Teraz choć Ali błyszczy, on jedynie stoi w jej cieniu. Bardzo bym chciała, aby w kolejnych częściach Gena Showalter przywróciła dawny blask tej parze i więcej zadziorności Cole'owi.

"Alicja. Królowa zombi" to dobry trzeci tom serii, patrząc na to, że bardzo często kolejne części cyklów są słabe. Autorce udało się niejako utrzymać dobry poziom, aczkolwiek wiem, że mogłaby się spisać lepiej, ponieważ prequel był na naprawdę niesamowicie magnetyzujący i wciągający. Niemniej, podobała mi się ta lektura i skończyłam ją w błyskawicznym tempie. Genie Showalter nie da się odmówić talentu pisarskiego i umiejętności kreowania różnorodnych bohaterów, przez co każdy czytelnik znajdzie kogoś, z kim mógłby się utożsamić. To, co jest zdecydowanie jednym z najlepszych aspektów tej serii to warsztat pisarski autorki. Jest niezwykle lekki i dopracowany, co daje wręcz wrażenie "sunięcia" po lekturze. Czas w czasie czytania płynie naprawdę szybko, przez co bez wątpliwości mogę powiedzieć, że seria Kroniki Białego Królika to prawdziwy pochłaniacz czasu. Ten cykl jest obowiązkowy dla fanów romansu połączonego z urzekającą fantastyką, a także osób, które czytały poprzednie tomy. Polecam!
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.