my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feeria young. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feeria young. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 marca 2020

PRZEDPREMIEROWO: "Dom soli i łez" - Erin Craig

Znalezione obrazy dla zapytania: dom soli i lez
Autor: Erin Craig
Tytuł: Dom soli i łez
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 432
Gatunek: fantastyka, fantasy, science-fiction
Premiera: 12.03.2020r.

W nadmorskim pałacu mieszka dwanaście sióstr. Do pewnego czasu, bo najstarsze zaczynają ginąć w dziwnych okolicznościach. W ich kraju ludzie szepcą wokół, że dziewczyny są przeklęte... Wskutek ciągłych żałób po siostrach, w pałacu gości smutek i przygnębienie, a niegdyś zapełnione pokoje są puste. Siostry pewnego dnia odkrywają tajemnicze drzwi, które prowadzą je do pięknych sal balowych, gdzie mogą one tańczyć i bawić się. Jest to duża odmiana w stosunku do ich dotychczasowego życia. W końcu mogą cieszyć się z życia, a nie przechodzić nieustanną żałobę. Annaleigh jest jedyną z sióstr, która stara się zachować zdrowy rozsądek w tej dziwnej sytuacji. Szybko okazuje się, że w pałacu, w którym siostry mieszkają od urodzenia dzieje się coś bardzo dziwnego...

"Dom soli i łez" to jedna z tych premier, na którą bardzo czekałam. Fabuła brzmi niezwykle interesująco, a z tyłu okładki w opisie wspomniane jest, że książka ta jest inspirowana klasyczną baśnią braci Grimm. I nie sposób tego nie zauważyć, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. "Dom soli i łez" to przede wszystkim ciekawy i dopracowany pomysł. Uwielbiam takie połączenie baśniowego klimatu z mrokiem, jest w tym pewna doza tajemniczości i intrygi. Cała fabuła jest bardzo oryginalna i nie przypomina nic, co bym wcześniej czytała. Dodatkowo autorka, Erin Craig ma naprawdę lekki i bardzo przystępny warsztat, przez co książkę tą skończyłam czytać w ekspresowym tempie, bo wciągu dwóch dni. Dzięki lekkiemu piórowi autorki lektura "Domu soli i łez" była prawdziwą przyjemnością. Czułam wręcz, że sunę po kartkach zapisanych słowami praktycznie bez żadnego wysiłku. Akcja toczy się bardzo dynamicznie i płynnie, nie ma miejsca na nudę. Przez te wszystkie aspekty, nim się spostrzegłam, już ją skończyłam czytać. 

Bohaterowie "Domu soli i łez" są dobrze wykreowani. Każdy z nich posiada indywidualne cechy, które ich wyróżniają, przez co czytelnik nie odnosi wrażenia, że są oni "płascy" i bez wyrazu. Najbardziej do gustu przypadła mi główna protagonistka, Annaleigh. Cechy, które ją charakteryzują to na pewno odwaga, ciekawość i zdrowy rozsądek. W porównaniu z innymi, mniej rozsądnymi siostrami wypada o niebo lepiej.
  
"Dom soli i łez" to ciekawa młodzieżowa pozycja dla fanów fantastyki i baśniowych klimatów. W tej powieści baśń przeplata się z mrokiem, a wraz z rozwojem akcji na jaw wychodzą kolejne zawiłości i intrygi. Bardzo dobrze czytało mi się tą historię, dlatego z czystym sumieniem mogę ją polecić.
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 13 stycznia 2020

PRZEDPREMIEROWO: Natasha Preston - Uprowadzone

Autor: Natasha Preston
Tytuł: Uprowadzone
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 362
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller/lit. młodzieżowa
Premiera: 15.01.2020r.


W rodzinnym miasteczku głównej bohaterki nastoletniej Piper w tajemniczych okolicznościach giną młode osoby. Policja oraz władze miasta bagatelizują problem, ponieważ uważają na podstawie zebranych dowodów, że nastolatkowie najzwyczajniej w świecie uciekają z domu... Piper wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Hazel nie wierzą w to. Obie dziewczyny podejrzewają, że w ich niepozornej i małej mieścinie dzieje się coś naprawdę złego... Piper i Hazel nie zdają sobie sprawy, że ich prywatne śledztwo doprowadzi je na skraj dużego niebezpieczeństwa...

"Uprowadzone" to thriller z z gatunku young adult. Powiem szczerze, że sam gatunek young adult po prostu uwielbiam! Z wielkim zaangażowaniem przystąpiłam więc do lektury najnowszej wydanej w Polsce powieści Natashy Preston. Bardzo spodobał mi się pomysł na fabułę oraz sam gatunek napisanej książki. Nie ma w Polsce wiele thrillerów z gatunku young adult, a więc Natasha Preston jest interesującym powiewem świeżości na naszym rynku wydawniczym. Historia przedstawiona w "Uprowadzonych" od samego początku budzi w czytelniku zaciekawienie i coraz więcej pytań. Ja sama zastanawiałam się, co się dzieje z zaginionymi nastolatkami, bowiem od początku było dla mnie jasne, że coś złego się wydarzyło. Powiem szczerze, że staram się aż tak nie czytać opisów z tyłu okładki, dlatego dalszy przebieg fabuły okazał się dla mnie bardzo zaskakujący i rodził coraz więcej pytań bez odpowiedzi...

Natasha Preston ma lekki warsztat pisarski. Taki, jaki lubię, lecz nie przeszkadzałoby mi, gdyby pojawiło się w tej książce więcej opisów. Autorka pisze czasem zbyt zdawkowo i bez szczegółów w miejscach, gdzie ja chciałabym ich nieco więcej. Niemniej, dzięki prostemu piórowi Preston czytelnik od samego początku zostaje wrzucony w wir wydarzeń. Akcja toczy się płynnie i dynamicznie, przez co tytuł "Uprowadzone" skończyłam czytać w ekspresowym tempie, bo skończyłam ją czytać w kilka godzin i to za jednym razem, tak mnie wciągnęła! Pisarka stworzyła interesującą fabułę, wartką akcję i co najważniejsze dużo, dużo napięcia! Te elementy sprawiają, że odłożenie tej książki na bok przychodzi czytelnikowi z dużym trudem.

Natasha Preston jest bestsellerową autorką New York Timesa. W swoim dorobku artystycznym ma wiele tytułów, z których jeszcze nie wszystkie zostały wydane w Polsce, a mam nadzieję, że będą, bo chętnie po nie sięgnę. Jest to pisarka, która specjalizuje się w pisaniu thrillerów z gatunku young adult. Takich jak wspomniałam wyżej nie ma na naszym rynku wydawniczym zbyt wiele, dlatego uważam, że są one ciekawą odskocznią od innych rodzajów książek. Oprócz tego mogą oczywiście zachęcić młodzież do czytania. W końcu docelową grupą czytelniczą twórczości Natashy Preston jest młodzież. 

Jedyne, do czego mogę się przyczepić to zakończenie. Zorientowałam się jednak w twórczości tej pisarki na tyle, żeby wiedzieć, że Natasha Preston bardzo lubi otwarte zakończenia. W "Uprowadzonych" właśnie takie jest zakończenie - otwarte, pozwalające działać wyobraźni czytelnika. Mi się takie zakończenia nie podobają, jednak jest to kwestia czysto subiektywna.

"Uprowadzona" to ciekawy thriller z nutką dreszczyku, który od samego początku lektury aż do jej końca trzyma w napięciu. Choć grupą docelową tej książki jest młodzież uważam, że i starszym czytelnikom przypadnie do gustu. Mi zdecydowanie przypadła, oderwała mnie od rzeczywistości na dobrych kilka godzin. 

To także mój patronat, z którego jestem szalenie dumna! :)

Moja ocena: 7/10


piątek, 19 lipca 2019

Kasie West - "Może tym razem"

Autor: Kasie West
Tytuł: Może tym razem
Wydawnictwo:  Feeria Young
Liczba stron: 372
Gatunek: literatura młodzieżowa, literatura obyczajowa
Premiera: 17 lipiec

Główna bohaterki powieści "Może tym razem" to Sophie Evans. Nastolatka pracuje w lokalnej kwiaciarni w swojej małej rodzinnej miejscowości. Nie jest to praca jej marzeń, jednak dziewczyna pracuje tam, aby odłożyć pieniądze w celu spełnienia swojego marzenia o prestiżowych studiach w Nowym Jorku. Pewnego dnia w małej miejscowości pojawia się siedemnastoletni Andrew Hart, arogancki i pyskaty syn słynnego szefa kuchni. Chłopak bierze udział we wszystkich wydarzeniach, w których uczestniczy Sophie, a więc oboje są zmuszeni przełamać wzajemną niechęć. A Andrew powoli zaczyna komplikować życie nastolatki...

Kasie West to autorka, z której twórczością wcześniej nie byłam zaznajomiona. Wiem jednak, że jest ona popularną pisarką powieści młodzieżowych. "Może tym razem" to kolejna jej powieść, pierwsza przeze mnie przeczytana. Czy spotkanie z twórczością pani West zaliczę do udanych? Zdecydowanie. "Może tym razem" to barwna, dobrze napisana historia o nastolatkach pragnących spełniać swoja marzenia. To taka rzekłabym idealna wakacyjna lektura, którą można przeczytać w kilka godzin i przyjemnie spędzić z nią czas. Nie jest to oczywiście książka, która zmieni życie jakiegokolwiek czytelnika, ale zdecydowane umili mu czas interesującą i pełną ciepła fabułą.

To, co moim zdaniem jest największym minusem tej książki to trochę bezbarwni bohaterowie. Niestety, ale odniosłam wrażenie, że żadna z postaci nie wyróżnia się niczym specjalnym. Wykreowani przez Kasie West bohaterowie są płascy i nijacy, a przez to najzwyczajniej w świecie - nudni. Czytelnik w czasie lektury "Może tym razem" w żaden sposób nie jest wstanie zidentyfikować się z żadną z postaci. Przez co pomimo wartkiej akcji i ciekawej fabuły, chwilami trochę ciężko mi było przebrnąć przez niektóre strony. Pomimo tego, że autorka przedstawia subiektywne odczucia bohaterów i czytelnik przez to może poznać myśli poszczególnych postaci, to nadal nie za bardzo mogłam wczuć się w "rolę" Sophie.

"Może tym razem" dzieli się na dziewięć części - dziewięć imprez, z których każda dzieli się także na rozdziały. Te "części" to opisy popularnych kwiatów, a także ich pochodzenia. Uważam, że to ciekawe urozmaicenie ze strony Kasie West ze względu na to, że główna bohaterka powieści - Sophie, pracuje przecież w kwiaciarni. Każda część tej książki oddzielona różnymi kwiatami stanowi jakby nowy etap w życiu każdej postaci. Akcja powieści rozgrywa się tylko i wyłącznie w czasie tych dziewięciu imprez. Pozostałe wydarzenia z życia bohaterów są opisywane jedynie jako luźne przemyślenia Sophie. Bardzo ciekawy zabieg, z którym wcześniej się nie spotkałam i był dla mnie czymś nowym.

"Może tym razem" to dobra wakacyjna lektura, z historią miłosną w tle. Gwarantuje czytelnikowi przyjemnie spędzony czas nastawia optymistycznie. Jest to przyjemne czytadło, ale moim zdaniem z trochę niewykorzystanym potencjałem. Mimo to, polecam!
Moja ocena: 6/10


czwartek, 11 lipca 2019

Kevin Wignall - "Zagubieni"

Autor: Kevin Wignall
Tytuł: Zagubieni
Wydawnictwo:  Feeria Young
Liczba stron: 344
Gatunek: literatura młodzieżowa

Główny bohater powieści "Zagubieni" to nastoletni Tom Calloway. Jest to zamknięty w sobie chłopak, którego życie pewnego dnia zmienia się nieodwracalnie przez całkowicie przypadkowe zrządzenie losu. Tom jest pasażerem samolotu zmierzającego na Kostarykę, razem z innymi uczniami oraz nauczycielami. Chłopak od początku nie był zbyt pozytywnie nastawiony do całej wycieczki i jak się okazuje, miał on ku temu podstawy. Samolot ulega bowiem wypadkowi, Tom wychodzi z niego bez szwanku razem z kilkunastoma innymi osobami. Jednak na tym kończą się pozytywy - pasażerowie felernego lotu będą musieli przetrwać sami w środku opustoszałej i dzikiej wyspy. Będą oni zmuszeni uważać na zabójcze zwierzęta, na niebezpieczeństwo czyhające za każdym dźwiękiem i szelestem. Tak rozpoczyna się przygoda nastolatków w niebezpiecznym miejscu.

„Zagubieni” autorstwa Kevin'a Wignall'a to powieść, którą objęłam patronatem mojego bloga - Moje książkowe niebo. Po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że takie klimaty zdecydowanie trafiają w moje gusta. Katastrofa lotnicza, wola walki i radzenie sobie w ekstremalnych sytuacjach, pomyślałam to musi się udać. Nie zawiodłam się. Oczywiście całość jest mniej przerażająca, mniej krwawa i bardziej przystępna. To jest w końcu powieść, której grupą docelową są nastolatkowie i młodsi czytelnicy. Ja nastolatką nie jestem, ale lektura „Zagubionych” spodobała mi się. Całą historię pochłonęłam praktycznie "na raz", ponieważ jest ona napisana lekkim i prostym językiem, a akcja toczy się bardzo dynamicznie.

„Zagubieni” porusza motyw katastrofy lotniczej. Nie jest to nic oryginalnego, bo było już mnóstwo tego rodzaju motywów w filmach czy literaturze. Jednak tak jak wyżej wspomniałam, ta powieść jest przeznaczona dla zdecydowanie młodszych czytelników. Jest napisana lekkim i bardzo przystępnym językiem, przez całą książkę wręcz się „sunie”. Zdecydowanie jest to powieść wakacyjna, do szybkiego przeczytania i rozluźnienia się, wciąga od pierwszej strony aż do końca. W niektórych momentach nie mogłam oderwać się od lektury.

„Zagubieni” to dobra młodzieżowa przygodówka do przeczytania na jeden lub dwa wieczory. Akcja jest bardzo dynamiczna, bohaterowie dają się lubić, warsztat pisarski jest lekki, a motyw katastrofy samolotowej jest ciekawy i dobrze ukazany. To taki survival w wersji dla nastolatków. Polecam!
Moja ocena: 7/10


piątek, 8 marca 2019

Joey Graceffa - "Dzieci Edenu"



Autor: Joey Graceffa
Tytuł: Dzieci Edenu
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 384

Akcja w powieści "Dzieci Edenu" osadzona jest w świecie, w którym ludzkie działania doprowadziły do wyginięcia wszystkich zwierząt i większości roślin. Ocalała jedynie mała społeczność nazwana "Eden", nad którą władzę sprawuje Ekopan, pragnący uleczyć Ziemię, aby ludzie mogli znowu swobodnie i bezpiecznie na niej egzystować. Proces ten jednak jest niezwykle długotrwały, a czekając na jego zakończenie mała społeczność musi przestrzegać surowych praw. W Edenie małżeństwo może posiadać tylko jednego potomka - to jedno z jego najsurowszych praw.

Główna bohaterka tej książki, szesnastoletnia Rowan jest niedozwolonym, drugim dzieckiem. I jak się domyślacie - jej życie nie należy do najprostszych. Dziewczyna jest zmuszona do życia w ukryciu, w cieniu swojego brata, który jest pierworodnym. Nastolatka nie może chodzić do szkoły ani wychodzić na zewnątrz i poznawać nowych ludzi. Jest skazana jedynie na towarzystwo bliskich jej osób. Rowan nie może także mieć specjalnych implantów soczewkowych, które chronią przed szkodliwym promieniowaniem, ale także są niezbędne do życia w społeczności Edenu.

Uwielbiam powieści, w których akcja osadzona jest w świecie dotkniętych jakimś kataklizmem. Fascynuje mnie wizja tego, jak autorzy potrafią zbudować świat i wykreować bohaterów, którzy muszą sobie radzić w trudnych, czasami ekstremalnych warunkach. Dlatego pomimo tego, iż sięgam po takie książki od wielu lat, nadal się nimi nie znudziłam. Zawsze cieszy moje oko nowa powieść z takiego gatunku, a gdy zobaczyłam, iż Wydawnictwo Feeria Young wydało "Dzieci Edenu", pomyślałam, że po prostu nie mogę sobie odpuścić tej powieści.

Joey Graceffa to autor, który wykreował niepokojącą wizję upadku Ziemi. Stworzenie odizolowanej  od zniszczonego świata społeczności to niezwykle interesujący pomysł. Czy pisarz sprostał moim wymaganiom? Zdecydowanie tak. Autor zbudował solidną posapokaliptyczną wizję, którą z powodzeniem może rozwinąć w kolejnych tomach serii. Ponadto ma lekkie pióro, a akcja w "Dzieciach Edenu" toczy się szybko i bardzo dynamicznie przez co jest to jest to książka, którą można przeczytać "na raz". Jeszcze odnośnie dynamicznej akcji - czasem toczyła się tak szybko, że gubiłam się w fabule.

Jedynie, co mi się nie podobało w "Dzieciach Edenu" to czasem nienaturalne i nieadekwatne zachowania bohaterów do toczących się wydarzeń. Nie chcę przytaczać konkretnych przykładów, żeby nie spoilerować. Nie było to aż tak irytujące, ale mam nadzieję, iż pisarz w kolejnym tomie spisze się lepiej.

Czy polecam? Tak. Może nie jest to najwybitniejsza lektura ani najlepsza powieść o postapokalipsie, ale podobała mi się. Bardzo szybko ją przeczytałam i na pewno sięgnę po kontynuację.
Moja ocena: 7/10

niedziela, 28 lutego 2016

Lisa Currie - "Ja, Ty, My. Książka wspólnych zapisków"

Autor: Lisa Currie Tytuł: Ja, Ty, My. Książka wspólnych zapisków Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 188

UWOLNIJ SWOJĄ KREATYWNOŚĆ!

"Ja, Ty, My. Książka wspólnych zapisków" autorstwa Lisy Currie to nietypowe dzieło i hit, który z pewnością przypadnie do gustu wielbicielom słynnego "Zniszcz ten dziennik". Jednak nie tylko. Osoby, które lubują się w kreatywnych zadaniach i osoby, które mają wiele przyjaciół również znajdą coś dla siebie w tej książce, gwarantuje ona bowiem świetną zabawę na kilka (naście) godzin.
Muszę przyznać, że nie mogłam i nadal nie mogę zadziwić się pomysłami Lisy Currie. Są naprawdę fajne, interesujące i gwarantują, że godziny spędzone "pracując" nad tą książką na pewno nie będą należały do zmarnowanych. Ja sama już to robię i efekty pokażę Wam już niebawem, gdy tylko je dopracuję. Można tutaj m.in znaleźć takie perełki jak: "Wymyślmy nasze własne święto narodowe", "Nasza najbardziej epicka rozmowa", "Najbardziej przydatna rada od ciebie dla mnie (i odwrotnie) czy "Jak bez siebie wytrzymujemy".

"Ja, Ty, My. Książka wspólnych zapisków" zawiera wiele zadań, które trzeba wypełnić ze swoimi przyjaciółmi. Zadania te są naprawdę najróżniejsze, poziom trudności niektórych jest naprawdę zerowy, jednak są też takie zadania, które wymagają włożenia w nie trochę więcej czasu i kreatywności. Na jednej z pierwszych stron możecie zauważyć: "Opowieść o naszych początkach" i piękny zwój pergaminu do zapełnienia. Dawno, dawno temu... Nie obawiajcie się puścić wodze swojej wyobraźni! Kolejne zadanie to: "Drobne oznaki dorastania" lub moje ulubione z całej książki: "Mądre słowa, które niedawno powiedziałyśmy". Zdecydowanie mogę tutaj wpisać kilka cytatów, jeśli chcecie je zobaczyć, to napiszcie. W ogóle w oddzielnym poście planuję wkleić co nieco próbek kreatywności, jeśli chcecie oczywiście.

Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z taką książką."Zniszcz ten dziennik" raczej średnio mnie interesował, natomiast z "Ja, Ty, My..." mam całkowicie odwrotnie. Wiecie dlaczego? Już śpieszę tłumaczyć: dlatego, że można ją wspólnie uzupełnić z innymi osobami. Wspólnie i kreatywnie spędzić czas, nie marnując go siedząc przed komputerem. Nic tak nie buduje więzi międzyludzkich jak oryginalne sposoby na spędzenie wspólnego czasu.

"Ja, Ty, My. Książka wspólnych zapisków" to jedyne tego rodzaju dzieło w Polsce. To książka, która wzbogaci Waszą kreatywność i w ogóle generalnie pozwoli ją Wam uwolnić. Pozwólcie sobie stworzyć coś fajnego razem ze swoimi przyjaciółmi, coś, co będziecie mogli wspominać przez długie lata. Zdecydowanie warto mieć tego rodzaju notes, bo stanowi on lepszą formę wpisów, które można przerabiać i tworzyć do woli. Kreatywne osoby nie będą się nudzić. A te mniej kreatywne (tak jak ja!) będą musiały po prostu włożyć w swoją książkę więcej wysiłku. Powodzenia!


sobota, 20 lutego 2016

Katie Alender - Złe dziewczyny nie umierają

Autor: Katie Alender Tytuł: Złe dziewczyny nie umierają Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 355

Alexis, główna bohaterka książki "Złe dziewczyny nie umierają" trzyma się na uboczu, nie zawierając z nikim głębszych przyjaźni. Jej prawdziwą pasją i czymś, co kompletnie ją pochłania jest fotografia. Młodsza siostra dziewczyny, trzynastoletnia Kasey również zdecydowanie należy do specyficznych osób, bowiem uwielbia... lalki. Dosłownie. Kolekcjonuje je, a każdy skrawek jej pokoju jest nimi wypełniony. Jednak pewnego dnia zachowanie Kasey staje się coraz dziwniejsze, nawet jak na nią. A Alexis zaczyna podejrzewać, że coś mocno nie tak się dzieje z jej młodszą siostrą...

To, co zdecydowanie jest najlepsze w tej powieści to jej nietuzinkowa i oryginalna fabuła. Wprost uwielbiam sięgać po tytuły, które swoim opisem oferują mi coś, czego nie miałam okazji jeszcze przeczytać. W tej książce króluje motyw opętania i powiedzmy, iż czarnoksięstwa. Bardzo, bardzo mi się on spodobał, ale jeszcze bardziej jego wykonanie. O tym jednak za chwilę. Jak dokładnie o tym pomyślę, to nie przypominam sobie, żebym miała okazję przeczytać cokolwiek, co by poruszało jeden z tych motywów, tym samym "Złe dziewczyny nie umierają" zaciekawiły mnie już od razu, jak zapewne każdego innego czytelnika. Intrygujący tytuł, piękna okładka i fascynujący opis - jak wiemy, one kuszą, ale to treść zatrzymuje czytelnika na dłużej. I sprawia, iż zakochuje się on w czytanym tekście. I właśnie tak miało to miejsce ze mną.

Katie Alender, choć pisze w lekki sposób - ponieważ swoją powieść kieruje do młodzieży - to wciąż udało jej się w wielu momentach wywołać u mnie autentyczne uczucie strachu. Nieraz odczuwałam zaintrygowanie i ciekawość - co się dalej wydarzy, po prostu muszę wiedzieć! W efekcie, gdy tylko zaczęłam czytać "Złe dziewczyny nie umierają", to skończyłam ją już za za drugim podejściem. Odnośnie emocji - w tego rodzaju literaturze mają one szczególne znaczenie, ponieważ ta książka to taka kombinacja fantastyki, romansu i horroru. Gdy czytałam o dziwnie błyszczących się oczach Kasey, nie wiedziałam czego się spodziewać i serce zaczynało mi bić trochę za szybko. Uwielbiam ten moment, gdy jakaś książka zaczyna mnie fascynować i ciekawić na tyle, iż wywołuje wiele uczuć i sprawia, że wprost nie mogę oderwać się od lektury. To zdecydowanie najlepszy moment w czytaniu. Gdy czytelnik zaczyna się orientować, że ta oto książka jest idealna dla niego i dzięki niej spędzi miły wieczór w kompletnie innej rzeczywistości.

"Złe dziewczyny nie umierają" to świetna kombinacja fantastyki i horroru, która zapewne spodoba się fanom tych gatunków, choć również nie należy przesadzać, w końcu nie jest to AŻ tak przerażająca powieść. Jednak nie mogę jej odmówić bohaterów, z którymi można się utożsamić. Ja zapałałam wielką sympatią do Alexis, może przez wzgląd na to, iż jest ona prawie równie specyficzną osobą co ja. No po prostu nie mogłam jej nie polubić! Jestem pewna, że każdy czytelnik znajdzie jakąś postać, z którą połączy go nić porozumienia.

Czy polecam? Tak, jeśli szukacie lekkiej, a jednocześnie absorbującej lektury na maksymalnie trzy wieczory. "Złe dziewczyny nie umierają" to nie tylko dobry tytuł i ładnie wyglądająca okładka - to także treść, której niczego nie brakuje. Dynamiczna i wartka akcja gwarantują świetną rozrywkę na kilka godzin. Polecam!
Moja ocena: 7/10

niedziela, 24 stycznia 2016

Suzanne Young - Kuracja samobójców. Program część 2.

Autor: Suzanne Young Tytuł: Kuracja samobójców Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 444

Do tej pory pamiętam, jak bardzo byłam pod wrażeniem, gdy skończyłam czytać "Program samobójców". To pierwszy tom otwierający serię Program autorstwa Suzanne Young. To, co tak bardzo pokochałam w tej książce to... wszystko. Dosłownie. Fabułę, kreację bohaterów, dynamizm akcje i przede wszystkim EMOCJE, których w czasie lektury mi nie brakowało, wręcz przeciwnie, może był ich nawet nadmiar! Nic więc dziwnego, że ogromnie wyczekiwałam sequelu, "Kuracji samobójców" i miałam wobec niego wysokie oczekiwania. Czy zostały one spełnione? W dużej mierze tak.

Wydawałoby się, że Sloane Barstow i James Murphy w końcu są bezpieczni. To tylko pozory, bo choć udało im się uciec przed epidemią i Programem, nadal są oni w wielkim niebezpieczeństwie. Program nie spocznie, dopóki znowu nie znajdą się w jego zasięgu...

Sloane i James dołączają do grupy buntowników, licząc na to, iż razem będą mieli większe szanse na przetrwanie. Czy uda im się zaufać nowo poznanym osobom? I co z tą jedną, jedyną tabletką, która pozwala na odzyskanie utraconych wspomnień?

W końcu! W końcu mogłam sięgnąć po kontynuację niesamowitej "Plagi samobójców", której zakończenie wywołało we mnie ogromny niedosyt i natychmiastową chęć sięgnięcia po kolejną część. Jak już wyżej nadmieniłam, poprzeczka została postawiona wysoko. Nie sądziłam, żeby Suzanne Young udało się stworzyć jeszcze lepszą książkę, niż pierwszy tom i w sumie nie myliłam się. Choć "Kuracja samobójców" to świetna historia, to i tak nie dorównuje swoim poziomem do prequelu. Autorka nadal utrzymuje dobry i zadowalający poziom, ale i tak czegoś mi zabrakło. W "Pladze samobójców" było tyle emocji, tyle wydarzeń, że po prostu wiedziałam, że będzie to najlepsza część. Często tak jest, że pierwsze tomy są tak świetne i emocjonujące, że ciężko jest później im dorównać.

Każdy kto mnie zna wie, że przepadam za dystopiami. A Suzanne Young stworzyła jedną z moich ulubionych. To jest naprawdę zdumiewające i godne podziwu, że pomimo faktu, iż na rynku wydawniczym nie brakuje tego rodzaju książek, to tej autorce wciąż udaje się jakimś cudem kipieć oryginalnością i pomysłami. Już sama idea samobójstw popełnianych przez nastolatków brzmi zarówno przerażająco, jak i intrygująco. Bardzo żałuję, że sama pisarka bardziej nie skupiła się na tej wizji, bo to mogłoby być interesujące i sprawiłoby tylko, że kontynuacja byłaby lepsza, a co za tym idzie - moja ocena też. Sama Young skupiła się w głównej mierze na rozwoju emocjonalnym bohaterów i na ich wędrówce. Główna postać, Sloane, niesamowicie dojrzała i jest to bardzo widoczne. Podobnie James, którego wprost uwielbiam. A razem... razem to oni stanowią duet, który jest nie do pokonania. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych par literackich!

Uwielbiam warsztat pisarski Suzanne Young. Jest dokładnie taki, jaki lubię. Cechuje go lekkość i subtelność, przez co czytanie "Kuracji samobójców" jest czystą przyjemnością, a czytelnik w ogóle nie odczuwa żadnego wysiłku. Jednocześnie pisarka nie szczędzi barwnych opisów, które tylko urozmaicają dynamiczną akcję i sprawiają, iż czytelnikowi towarzyszą emocje i napięcie od początku, aż do samego końca lektury. Musicie się przygotować i mieć dużo wolnego czasu, bo gwarantuję, że gdy tylko sięgniecie po książki tej pisarki, nie będziecie mogli się oderwać.

"Kuracja samobójców" w dużej mierze spełniła moje oczekiwania. Zabrakło mi jednak tego specyficznego klimatu zarezerwowanego dla tej serii. Klimatu smutku i przygnębienia, nutki czegoś ostrego i mrocznego jednocześnie. Zawiodłam się na wyjaśnieniu całej epidemii - moim zdaniem jest ono po prostu za słabe, niewystarczające, żeby zaspokoić ciekawość tak dociekliwego czytelnika jak ja. Mimo wszystko, "Kurację samobójców" cechują inne rzeczy, których zabrakło w prequelu. Zewsząd przebija się aura ucieczki, czytelnik tylko czeka, aż grupa naszych uciekinierów zostanie złapana. Jest w tym wszystkim świetna nieprzewidywalność, która gwarantuje emocje. Z niecierpliwością będę wyczekiwała trzeciego tomu!
Polecam!
Moja ocena: 7/10

niedziela, 3 stycznia 2016

Zapowiedzi wydawnicze od Feeria Young: #styczeń

Hej!
Na dzisiaj przygotowałam dla Was zapowiedzi od wydawnictwa Feeria Young, które jak zapewne się zorientowaliście - swoimi propozycjami wydawniczymi trafia zdecydowanie w mój gust. W Wasz zapewne też. :D 

Na sam początek 13 stycznia ukaże się kontynuacja Programu, serii, którą po prostu pokochałam. TUTAJ moja recenzja pierwszego tomu, "Plagi samobójców". "Kuracja samobójców" to zdecydowanie powieść, której wręcz nie mogę się doczekać!

~ "KURACJA SAMOBÓJCÓW", Program 2 - Suzanne Young 
Sloane i James podjęli próbę ucieczki przed epidemią i programem, ale zagrożenie nie znikło. Bo program nie chce o nich zapomnieć…
Teraz, dołączywszy do grupy buntowników, muszą uważać na to, komu mogą zaufać, i znaleźć sposób na obalenie programu oraz powstrzymanie epidemii. A to jest bardzo trudne, gdy w pamięci mają tyle białych plam. Pomóc im może tylko kuracja – tajemnicza tabletka, która może przywrócić wspomnienia. Za bardzo wysoką cenę.
I istnieje tylko jedna dawka.
13 stycznia, czyli tego samego dnia co powyższa książka, ukażą się także dwie inne, równie interesujące historie. Tylko spójrzcie!

~ "ZŁE DZIEWCZYNY NIE UMIERAJĄ 1" - Katie Alender
Alexis ucieka w fotografowanie i trzyma się na uboczu, jak niejedna nastolatka. Nie każdy jest urodzoną cheerleaderką. Zresztą jak się żyje z takimi rodzicami, nie ma w tym nic dziwnego. Młodsza siostra Alexis, trzynastoletnia Kasey, też jest specyficzna, z tym swoim zbzikowaniem na punkcie starych lalek. W sumie życie Alexis, choć trochę wyobcowane, nie odbiega od normy. Tak się przynajmniej wydaje…

Nagle sprawy wymykają się spod kontroli. Staje się jasne, że złowróżbne sygnały to był dopiero przedsmak prawdziwej grozy. Kasey zaczyna się zachowywać jeszcze bardziej niepokojąco niż wcześniej: jej błękitne oczy skrzą czasem zielonym blaskiem, pamięć odmawia jej posłuszeństwa, a słowa… słowa, które wypowiada, są żywcem wyjęte z dawnych epok. Kasey z radosnej kolekcjonerki lalek zmienia się w uosobienie zła. Dziwne rzeczy dzieją się też w domu. Drzwi otwierają się i zamykają, pchane niewidzialną ręką, woda sama się gotuje, klimatyzacja, choć wyłączona, przepełnia całe wnętrze chłodem.

Początkowo Alexis bierze te sytuacje za urojenia, ale wkrótce zdaje sobie sprawę, że wszystko dzieje się naprawdę i tylko ona może podjąć walkę z czającym się zagrożeniem i ratować siostrę. Tylko czy zielonooka potworna dziewczynka to wciąż ta sama osoba co wcześniej?
~ "ARMADA" - Ernest Cline

Zack Lightman całe życie miał głowę w chmurach, marząc, by świat trochę bardziej przypominał filmy i gry komputerowe, które pożera. Niechby jakieś fantastyczne, przełomowe zdarzenie roztrzaskało wreszcie monotonię jego bezbarwnej egzystencji i porwało go na szlaki kosmicznej przygody.
W końcu co szkodzi sobie trochę pomarzyć. Ale Zack umie odróżnić rzeczywistość od fantazji. Wie, że tu, w realu, nadpobudliwi nastoletni gracze nie dostają misji zbawiania świata. Aż pewnego dnia widzi latający spodek. Więcej: ten statek kosmitów jest jakby żywcem wzięty z gry, której oddaje się co wieczór – popularnego symulatora lotów „Armada”.
Nie, nie zbzikował. A jego umiejętności – wraz z umiejętnościami milionów podobnych mu graczy na świecie – będą potrzebne, by uratować planetę. Nareszcie jest jego upragniona szansa! Tylko gdzieś w tyle głowy czai się dziwna wątpliwość – podsycana przez pamięć opowieści sci-fi, z którymi wyrastał – czy coś w tym scenariuszu nie wydaje się zanadto… znajome?
Radosne przetworzenie i inteligentna destrukcja konwencji science-fiction, rozpędzony i zaskakujący thriller, klasyczna opowieść o dojrzewaniu i historia inwazji kosmitów, o jakiej jeszcze nie czytałeś – wszystko w jednej powieści, której nie daje się odłożyć na bok.
 Na którą z tych książek czekacie najbardziej? Dajcie mi znać w komentarzach!

środa, 25 listopada 2015

Marie Rutkoski - Niezwyciężona. Pojedynek

Autor: Marie Rutkoski Tytuł: Pojedynek Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 382
 EMPIK.

"Pojedynek" to jedna z tych książek, których okładka jest na tyle magiczna i przykuwająca wzrok, że nieraz migała mi przed oczami. To zaobserwowana gdzieś na forach książkowych, to na instagramach zagranicznych czytelników. Co tu dużo pisać - wiedziałam, że prędzej czy później zapoznam się z nią, nieważne czy w wersji oryginalnej, czy w przekładzie na polski. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, tak zainteresował mnie sam opis i udana grafika. Wydawnictwo Feeria Young jednak wyszło swoim czytelnikom naprzeciw i wydało "Pojedynek" w polskiej wersji. I całe szczęście, bo polscy czytelnicy wiele by stracili, nie mogąc zapoznać się z tą fantastyczną lekturą!

Kestrel jest córką szanowanego generała, dziewczyną z "dobrego domu", Valorianką z ludu zwycięzców. Jej życie dosłownie wydaje się być usłane różami.
Kowal, Herrańczyk z ludu przegranych, niewolnik, nie posiada nic na własność.
Oboje są dosłownie z innych światów, ale jakimś dziwnym cudem (przeznaczeniem?) ich ścieżki krzyżują się. Początkowa niechęć zaczyna przeradzać się w przyjaźń, a przyjaźń w coś więcej... Tylko czy osobom pochodzącym z dwóch obcych ludów pisane jest być razem?

Musicie wiedzieć, że ostatnio z czasem na czytanie było u mnie bardzo kiepsko. Skupiona na studiach i moim rozwijającym się życiu towarzyskim, zwyczajnie nie miałam czasu na to, aby sobie usiąść i dać się pochłonąć pasjonującej lekturze. To normalne więc, że z czasem zaczęłam się odzwyczajać od sięgania po książki, które niegdyś stanowiły nieodłączny element mojego dnia. Ten mój przydługi wstęp ma swój sens, bowiem sięgając w końcu po "Pojedynek" trochę obawiałam się rozczarowania, tego, że będę się najzwyczajniej w świecie nudziła. Tak się jednak nie stało. Moja przerwa w czytaniu i brak czasu na niego, nie wywarły na mnie żadnego wpływu. Nie, w przypadku, gdy sięgnęłam po tak dobre dzieło, jakim jest prequel trylogii Niezwyciężona. Po prostu, gdy zaczęłam czytać, dosłownie przepadłam. Nie mogę uwierzyć w fakt, że tak długo nie miałam czasu na czytanie, a gdy w końcu go znalazłam, to miałam okazję przeczytać coś tak dopracowanego i pełnego emocji zarazem. Autorce za to należą się brawa! Mi chyba także, za dobry wybór lektury i ufanie własnej intuicji.

Marie Rutkoski stworzyła historię z pogranicza dystopii i fantastyki. A nie ma żadnych gatunków, które bym ceniła sobie bardziej niż te. Jednak to, co najbardziej mnie urzekło w tej powieści to fakt, jak fabuła została sprawnie przemyślana i skonstruowana. Wszystko układało się w logiczną i spójną całość, a bardzo nie lubię, gdy w książkach, nawet tych, których grupą docelową jest młodzież, jest wszelka nielogiczność. Nie lubię, gdy pisarze ze swoich czytelników niemalże drwią, pisząc o chociażby o nierealnych i infantylnych zachowaniach nastolatków. To, że ktoś jest młody wcale od razu nie oznacza złych i nieodpowiedzialnych decyzji, a tym bardziej głupich zachowań. 

Autorka "Pojedynku" stworzyła książkę, której lektura jest jednocześnie lekka i przyjemna, ale nie razi swoją zbytnią prostotą. Jej warsztat pisarski jest bardzo przystępny, dzięki czemu w lekturę "wbiłam się" w błyskawicznym tempie i bardzo szybko odnalazłam się w całej historii. Bohaterowie, choć młodzi i popełniają błędy, potrafią wykazać się odpowiedzialnością i myśleniem. Akcja jest wartka i dynamiczna, nie pozwoliła mi ani na chwilę oderwać się od czytania. A gdy już musiałam to zrobić, wciąż myślami wracałam do tej lektury Zastanawiałam się, w jakim kierunku potoczy się fabuła i kiedy będę w końcu mogła spokojnie czytać...

To, co zdecydowanie lubię najbardziej to wątek miłosny. Nie lubię jednak, gdy jest on zbyt cukierkowy i przesłodzony, wtedy muszę walczyć z własnym rozczarowaniem. Nawet jeśli cała reszta książki jest dobra, to jeśli romans kuleje, w moim odczuciu kuleje cała reszta. W "Pojedynku" tego nie znajdziecie. Marie Rutkoski przede wszystkim nie rzuciła się od razu na głębokie wody. Bardzo mi się spodobało, że rozwój relacji pomiędzy Kestrel i Kowalem narastał wolno, w swoim miarowym tempie, a autorka tym samym budowała napięcie. Oboje stanowią jedną z najlepiej ukazanych par literackich w książkach młodzieżowych. Dodajcie do tego spore przeciwności losu (wrogie klany) i macie przepis na niezwykle emocjonującą powieść.

"Pojedynek" znacznie przewyższył moje oczekiwania. Tak dobrej, tak dopracowanej w wielu aspektach książki nie czytałam od bardzo dawna. Zarówno fani romansu, jak i porządnej dawki emocji na pewno się nie rozczarują. W prequelu trylogii Niezwyciężona nie brakuje bowiem pojedynków, intryg i opisów działających na wyobraźnię. Gorąco polecam!
Moja ocena: 9/10

WYZWANIE: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

środa, 4 listopada 2015

Estelle Maskame - Czy wspominałam, że Cię kocham?

Autor: Estelle Maskame Tytuł: Czy wspominałam, że Cię kocham? Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 402
"Czy wspominałam, że Cię kocham?" to nowa propozycja od Wydawnictwa Feeria Young na jesień. Jest to pierwszy tom otwierający serię Dimily, która z pewnością wielu czytelnikom zagwarantuje niezapomniane emocje. Ze mną z pewnością tak zrobiła...

Szesnastoletnia Eden Munro nie widziała swojego ojca od trzech lat, od momentu, w którym zostawił jej matkę i się z nią rozwiódł. W jej życiu jednak nadchodzi moment, w którym odnawia ona kontakt z długo niewidzianym rodzicem. Gdy ją zaprasza na spędzenie u niego całego lata w Kalifornii, najpierw jest sceptyczna, ale w końcu się zgadza. Ten jeden wyjazd jest zaledwie zalążkiem zwiastującym wiele zmian...

W nowym miejscu czeka na nią wiele przygód, a jedną z nich jest jej przyrodni brat, Tyler. Ich relacja od początku nie układa się gładko, a to, co do siebie czują daleko wykracza poza platoniczne emocje...

Od momentu, gdy zauważyłam "Czy wspominałam, że Cię kocham?" w zapowiedziach wydawniczych na październik po prostu wiedziałam, że jest to książka, którą muszę przeczytać. Muszę się Wam przyznać, że minęło sporo czasu, odkąd miałam w swoich dłoniach taką typową "młodzieżówkę". A jest to gatunek, od którego nie stronię i który po prostu uwielbiam. Wiecie dlaczego? Bo gwarantuje mi coś, czego po prostu nigdy nie spotkam w prawdziwym życiu (a przynajmniej jest to bardzo nierealne). Uwielbiam sięgać po powieści, które choć nie zawierają w sobie fantastyki, to i tak są magiczne przez wzgląd na treść, którą za sobą niosą. A "Czy wspominałam..." jest właśnie taką lekturą. Gorący klimat, wakacyjna pora i emocjonujące imprezy to coś, czego na próżno mogę obecnie szukać w swoim życiu. Dlatego ta książka okazała się świetną odskocznią od codziennej monotonii.

Estelle Maskame stworzyła lekturę, której się nie czyta, a którą się dosłownie pochłania. Właśnie tego rodzaju dzieła cenię sobie najbardziej. Po ciężkim dniu na uczelni jedynym dla mnie pocieszeniem był fakt, że gdy wrócę do domu, to będę mogła się zanurzyć w fikcyjny świat przedstawiony. Największym tego czynnikiem jest sam pomysł. Owszem, z pozoru koncepcja obrana przez młodą autorkę może się wydawać zbyt oklepana, sztampowa i nudna. Jednak - co najlepsze - nie jest taka ani trochę. Historia wymyślona przez Maskame jest jednocześnie urocza i prosta w swojej wymowie. Ukazuje uczucie, które choć zakazane, od początku wcale się takie nie wydaje. Wydaje się po prostu prawdziwe i ciężko jest jemu zaprzeczyć.

Estelle Maskame z warsztatem pisarskim godnym pozazdroszczenia, napisała powieść, która jest lekka i prosta, a która wciąż potrafi zaintrygować czytelnika. Choć ta autorka zaczęła pisać swoją książkę w wieku siedemnastu lat, śmiem twierdzić, że wyszło jej to naprawdę dobrze. Można to zauważyć nie tylko na podstawie samego stylu, który jeszcze z czasem się przecież wyrobi, ale także i na podstawie wielu innych czynników. Takich jak płynność fabuły, wartka akcja i umiejętne ukazanie chemii pomiędzy bohaterami. A nie ukrywajmy, że takowa chemia jest bardzo istotna, o ile nie najważniejsza. W końcu co byłby to za romans, gdyby sam wątek romantyczny wiał nudą. Ten w "Czy wspominałam..." został ciekawie zarysowany. Relacja Eden i Tylera z pewnością nie należy do najłatwiejszych i najmniej skomplikowanych, ale za to świetnie się o niej czyta!

"Czy wspominałam, że Cię kocham?" to idealny prequel do serii Dimily. Owszem, Estelle Maskame kilka razy podwinęła się noga, np. wtedy, gdy przesadzała w opisach imprez lub, gdy najzwyczajniej w świecie nie działo się nic ciekawego, co by cokolwiek wnosiło do fabuły. Co nie zmienia faktu, że przez całą książkę wręcz "przepłynęłam". Prequel okazał się na tyle satysfakcjonujący i dobry, że wręcz gwarantuje, iż czytelnicy po zapoznaniu się z pierwszym tomem, sięgną po kolejne części. Jeśli szukacie książki, która Was wciągnie w te długie, jesienne wieczory, to się nie wahajcie! Jeśli chcecie lektury, po przeczytaniu której jej treść wciąż będzie Wam krążyła w głowie, to nie ma co się zastanawiać. Gorąco polecam!
Moja ocena: 7/10

niedziela, 18 października 2015

C.C Hunter - Odrodzona

Autor: C.C Hunter Tytuł: Odrodzona Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 420

Niedawno miałam okazję przeczytam piąty, a zarazem ostatni tom jednej z moich ulubionych serii - Wodospadów Cienia. Czułam wtedy jednocześnie radość, ale też i smutek - nie mogłam uwierzyć, że to już koniec przygód grupki przyjaciół, którzy skradli moje serce. Na pewno więc Was nie zdziwi moje podekscytowanie, gdy się okazało, że to wcale nie koniec. C.C Hunter bowiem stworzyła trylogię, Wodospady Cienia: Po zmroku, opowiadającą historię nikogo innego jak Delli - jednej z najbarwniejszych bohaterek, z którymi miałam okazję się zetknąć. "Odrodzona" zdecydowanie spodoba się nie tylko fanom twórczości tej amerykańskiej pisarki. Spodoba się wszystkim, którzy szukają sposobu na spędzenie miłego wieczoru.

Della miała normalne i poukładane życie, niczym zwyczajna nastolatka. Wszystko się jednak zmieniło, gdy przeszła ona przemianę w wampira. Jej rodzice przestają jej ufać, jej dawni przyjaciele stają się zbyt odlegli. Bohaterka znajduje pocieszenie w miejscu, gdzie przebywają inne, podobne jej istoty - w Wodospadach Cienia. 

Della w końcu spełnia swoje marzenie i zaczyna szkolenie dla JBF. Chce się jemu poświęcić w całości, dlatego nie ma czasu na romanse. A na jej radarze pojawiają się dwaj przystojniacy...

"Odrodzona" to świetna lektura. To bardzo prosty przymiotnik, ale w tym przypadku jest po prostu trafny. Przyznaję, że na początku trochę się obawiałam, czy jest sens tworzenia kolejnej serii osadzonej w tym samym świecie. Czy w ogóle ta trylogia się sprawdzi, bez ciągłego porównywania do samych Wodospadów Cienia. Czy najzwyczajniej w świecie C.C Hunter po prostu nie zabrakło pomysłów... Jak się zapewne domyślacie - moje obawy okazały się całkowicie bezpodstawne. Mam wrażenie, że ta pisarka za cokolwiek by się nie wzięła - wyjdzie jej to naprawdę dobrze. Nie od dzisiaj wiadomo, że do pisania trzeba mieć dar - a tutaj jest on ewidentny. W książkach C.C Hunter zakochało się już z pewnością wiele nastolatków, fantastyka w końcu jest modna. A ta autorka idealnie łączy wątek fantastyczny z romansem, z także i sporą dawką humoru. Nic tylko czytać!

To, co jest najlepsze, że C.C Hunter po napisaniu pięciu tomów Wodospadów Cienia w ogóle się pisarsko nie wypaliła. Jej pomysły nadal są zaskakujące, pełne nieprzewidzianych zwrotów akcji. Jeśli chodzi o warsztat pisarski - to go uwielbiam! Jest tak lekki, przyjemny, po prostu wiem, że umili mi czas, gdy tego potrzebuję. Sprawi, że zapomnę o wszystkich swoich troskach. Nie mogę nie wspomnieć o niebanalnym poczuciu humoru autorki. Jest świetny, zdecydowanie trafia w mój gust. Nieraz czytając Wodospady Cienia miałam szeroki uśmiech na twarzy, a czytając "Odrodzoną" miałam podobnie. Bardzo podoba mi się sama koncepcja pracy dla JBF - organizacji, która w pewien sposób zrzesza wszystkie istoty nadnaturalne. Jest to interesujący wątek do rozwinięcia, a z tego co widzę, w tej trylogii naprawdę rozkwita, co jest najbardziej na plus.

Cieszę się, że to Della dostała swoją szansę na spin-off, bo jest ona jedną z tych bohaterek, których po prostu nie da się nie lubić. Jest barwna, przykuwa wzrok. Pewną ironią jest to, że jest ona realna, naturalna, jej zachowania w ogóle nie są wymuszone. Dlaczego piszę o ironii? Przecież jest ona wampirem! A to dlatego, że w wykonaniu C.C Hunter wydaje się to takie... prawie normalne. Wampiry według tej autorki (zresztą nie tylko wampiry, ale też reszta istot nadnaturalnych) nie są sztuczne czy przerysowane do granic możliwości. A jednocześnie pisarce tej z powodzeniem udało się ukazać, jak ciężko mogą mieć takie postacie. Della sama wiele razy musiała się zmagać ze swoim wampiryzmem i te zmagania na pewno nie należały do najłatwiejszych. Bez obaw - jest to bohaterka, która nigdy się nie poddaje i która swoją siłą wręcz inspiruje czytelnika.

Nie wiecie co robić w te ponure, jesienne wieczory? Macie swoją odpowiedź: sięgnijcie po "Odrodzoną"! A najlepiej najpierw zapoznajcie się z pierwotnym cyklem C.C Hunter, czyli Wodospadami Cienia, żeby później bez obaw móc sięgnąć po spin-off. Gwarantuję, że przepadniecie na długie, długie godziny, nie będziecie zwracać uwagi na swoje obowiązki i szeroki uśmiech nie będzie schodził Wam z twarzy. Zabawne perypetie Delli z pewnością gwarantują przednią zabawę. Polecam!
Moja ocena: 7/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

czwartek, 1 października 2015

PRZEDPREMIEROWO: Lauren Miller - Aplikacja

"APLIKACJA" Lauren Miller
Autor: Lauren Miller Tytuł: Aplikacja Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 456 Premiera: 7 października

Widząc "Aplikację" autorstwa Lauren Miller w jesiennych zapowiedziach od wydawnictwa Feeria Young wiedziałam, że to coś dla mnie. Kolejna dystopia dla takiej czytelniczki jak ja to prawdziwa przyjemność, oczywiście jeśli lektura okazuje się być emocjonująca, a w przypadku tej oto książki właśnie tak jest. Przygotujcie się na coś nowego, coś, co jest po prostu powiewem świeżości i wyróżnia się na tle innych dzieł, których grupą docelową jest młodzież.

Rok 2032. Na świecie króluje aplikacja na telefony o nazwie Lux, życie większości ludzi jest jej właśnie podporządkowane. Program ten mówi obywatelom, co i jak mają robić - ogólnie rzecz ujmując, "ułatwia" im życie planując każdą najmniejszą czynność. W takiej właśnie rzeczywistości żyje szesnastoletnia Rory i wcale jej to nie przeszkadza. 

Główna bohaterka nie ma nic przeciwko Luxowi, ponieważ dzięki niej jej życie toczy się poukładanym i szczęśliwym torem. Nigdy nie kwestionowała użyteczności aplikacji, jednak do pewnego momentu... Gdy dostaje się do ekskluzywnej szkoły, Akademii Theden, wszystko układa się wręcz idealnie. Spotkanie z Northem, chłopakiem, który nawet nie korzysta z Luxu powoduje, że i Rory zaczyna powoli słuchać głosu intuicji, którego nauczono ją ignorować. A okazuje się to drogą usianą niebezpieczeństwem...

Już na pierwszy rzut oka widać, że "Aplikacja" choć jest jedną z wielu dystopii dostępnych na rynku wydawniczym, to z pewnością nie zginie ona w tym licznym tłumie. Dlaczego tak twierdzę? A dlatego, że ta powieść nie przypomina nic, co bym wcześniej czytała, a trochę książek z tego gatunku już zdążyłam przerobić. Dzieło Lauren Miller od początku i aż do samego końca jest po prostu oryginalne, w czasie czytania ani razu nie odniosłam tego okropnego wrażenia: "to już było". To jest zdecydowanie największy plus "Aplikacji", która może na nowo wciąż zaskakiwać czytelnika i wciągać go w swój świat. Bieg, którym toczy się akcja jest nieprzewidywalny i pełen emocji, a sama fabuła została dopracowana wręcz idealnie. 

To, co czytelnik zauważa wraz z postępem lektury to fakt, iż "Aplikacja" to bardzo trafna analogia do naszej współczesności. Choć akcja rozgrywa się kilkanaście lat po obecnych czasach, w roku 2032, to i tak tamtejszy postęp technologiczny zbudził we mnie ogromny podziw, ale też strach. Nie da się nie zauważyć, że nie tylko dzisiejsza młodzież, ale też i starsi ludzie są wręcz uzależnieni od korzystania ze swojej komórki. Zamiast polegać na swojej intuicji, szukamy rad i opinii w Internecie. Nie jest to wszechobecne, jak w "Aplikacji", ale śmiem twierdzić, że jeśli nadal będziemy szli w tym kierunku, to jest jedynie kwestią czasu. Kto wie, może i niedługo w naszym społeczeństwie pojawi się aplikacja, która będzie za nas robiła dosłownie wszystko.

Jedną z większych zalet tej lektury jest niezwykła lekkość czytania, co czyni ją wręcz idealną książką na długie jesienne wieczory. Warsztat pisarski Lauren Miller kusi czytelnika swoim stylem, który jest pełen opisów pobudzających wyobraźnię. To, co zauważyłam po wielu przeczytanych powieściach skierowanych do młodzieży to fakt, iż pisarki często piszą po prostu zbyt prosto, bez żadnej pasji i ciekawości. Nie umieją zaintrygować czytelnika, sprawić, że się wciągnie w lekturę i będzie czytał z nieustającym napięciem. Lauren Miller jednak udało się wyrwać z okrutnych szpon sztampowości, dlatego "Aplikacja" może też przypaść do gustu znacznie starszym czytelnikom.

"Aplikacja" to niezwykle udana mieszanka mojego ulubionego gatunku - dystopii, z odrobiną science-fiction. Dynamiczna i wartka akcja gwarantuje, że czytelnik nie będzie mógł oderwać się od lektury aż do samego końca. I nawet już po przewróceniu ostatniej kartki będzie chciał po prostu więcej. Lauren Miller stworzyła dzieło, które zostaje w pamięci nawet po skończeniu czytania, tak dobra jest jej koncepcja. Jednak to nie wszystko... "Aplikacja" to trafna analogia do obecnych czasów, a więc i wywołała we mnie niejedną refleksję nad tym, w którą stronę zmierza postęp technologiczny. I czy jest to ta dobra strona. Autorka odnalazła przepis na idealną powieść, z którą można usiąść i dać się jej pochłonąć. Zanim przystąpicie do czytania, upewnijcie się, że macie dużo wolnego czasu, ponieważ będziecie go potrzebować. Jeśli tego nie zrobicie, grozi to zaniedbaniem obowiązków, ponieważ będziecie głusi na rzeczywistość. To, co się dzieje w "Aplikacji" okaże się dla Was ważniejsze. Emocji także nie zabraknie, również tych słodko-gorzkich... Gorąco polecam!
Moja ocena: 8/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.

piątek, 18 września 2015

Rachel Van Dyken - Wstyd

Autor: Rachel Van Dyken Tytuł: Wstyd Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 359

"Wstyd" to trzeci, a zarazem ostatni tom trylogii autorstwa Rachel Van Dyken. Trylogii, która już od pierwszych stron skradła moje serce. Jej poprzednie części to: "Utrata" oraz "Toxic". Czytelnicy poznali już losy Kiersten i Wesa, Gabe'a oraz Saylor, a teraz nadszedł na opowieść Lisy i Tristana... Zapraszam do przeczytania mojej recenzji, która zapewne będzie tak samo emocjonująca, jak sama lektura tej książki.

Lisa na zewnątrz wydaje się być kompletnie kimś innym, niż wewnątrz. Na co dzień nosi maskę, za którą skrzętnie ukrywa swoją mroczną przeszłość. Przeszłość, o której nie może zapomnieć, nieważne jak mocno się stara i która wciąż powoduje u niej uczucie wstydu. Tristan dla świata zewnętrznego również udaje kogoś, kim nie jest. Ścieżki tych dwojga krzyżują się... I nic później już nie jest takie samo.

Nie mogę uwierzyć, że to już ostatni tom serii Zatraceni. Mam wrażenie, że całkiem niedawno temu przeczytałam "Utratę" i z miejsca się w niej zakochałam. A tymczasem już jestem po lekturze finału...  Jeśli miałabym porównywać wszystkie te trzy części i w jakiś sposób je wyróżnić, to powiedziałabym, że pierwszy tom podobał mi się zdecydowanie najbardziej. Miał w sobie dużo humoru, a także i jego fabuła oraz oczywiście Wes najbardziej skradli moje serce. Jedna to, że do "Utraty" pałam największą sympatią, nie znaczy wcale, że ujmuję tym na znaczeniu kolejnym tomom. "Toxic" okazało się dla mnie najbardziej zaskakującą częścią. Dużo było w niej niewiadomych, a także i chyba trochę więcej powagi. Co się tyczy "Wstydu"... Wywołał on we mnie zdecydowanie najwięcej słodko-gorzkich emocji. W czasie lektury tego tomu nie mogłam przestać współczuć Lisie, a także jednocześnie podziwiać jej niesamowity heroizm.

Jako, że "Wstyd" jest ostatnią częścią, to po prostu muszę wspomnieć o zakończeniu oraz o samym epilogu. Końca czytelnik bez trudu może się domyślić, ale i tak wywołuje ono szeroki uśmiech na twarzy czytelnika. A także i radość, że ci bohaterowie, którzy tak wiele przeszli, mogli się doczekać szczęśliwego zakończenia. Jeśli chodzi o epilog... Rzadko płaczę przy książkach, ale jednak "Wstyd" wywołał u mnie podejrzane pieczenie w oczach. Jedno muszę przyznać Rachel Van Dyken - świetnie się spisała tworząc ostatnie zdania swojej trylogii. Naprawdę, musicie je przeczytać, żeby wiedzieć o czym piszę. Mówi się, że słowa mają siłę i w przypadku tej pisarki okazało się to racją. Jej słowa zdecydowanie mają w sobie moc...

Rachel Van Dyken stworzyła bohaterów, którzy są do bólu prawdziwi, którzy sprawiają wrażenie, jakby zostali wręcz żywcem wyrwani z rzeczywistości i umieszczeni na kartach powieści. Oni przemawiają do czytelnika, sprawiają, że można się z nimi bez problemu utożsamić. Wykreowane przez nią postacie są po po prostu realne, mają swoje wady i swoje problemy. To właśnie aspekt, za który tak bardzo pokochałam tą serię. Dodajcie do tego ciekawe pomysły na fabułę oraz wartką akcję i macie przepis na świetne książki, od których po prostu nie można się oderwać. "Wstyd" ma równie interesującą fabułę, co poprzednie części. Muszę przyznać, że to, co przeszła wzbudziło we mnie autentyczne przerażenie. Ciężko postawić się w miejsce tej dziewczyny i zrozumieć piekło, przez które musiała przejść.

"Wstyd" to idealne zakończenie świetnej trylogii, która trafi do każdej osoby będącej skrycie romantykiem. Gwarantuję, że nie sposób nie zakochać się Zatraconych... Z pewnością jeszcze nieraz wrócę do tego cyklu, a tymczasem Wam gorąco doradzam jego lekturę!
Moja ocena: 7/10

piątek, 11 września 2015

PRZEDPREMIEROWO: Suzanne Young - Plaga samobójców

Autor: Suzanne Young Tytuł: Program część 1. Plaga samobójców. Wydawnictwo: Feeria Young Liczba stron: 455 Premiera: 23 wrzesień

Gdy tylko zobaczyłam "Plagę samobójców" w zapowiedziach na wrzesień od Wydawnictwa Feeria Young wiedziałam, że jest to książka wprost stworzona dla mnie. Na początku nie skojarzyłam, iż jest to powieść, o której słyszałam już wcześniej, jeszcze przed polską premierą. Oryginalny tytuł tego dzieła bowiem brzmi "The Program" i ma charakterystyczną, żółtą okładkę. Pamiętam, że już wtedy zaintrygowała mnie ta nowość, ponieważ staram się na bieżąco śledzić nowości książkowe, szczególnie dystopie, które są jednym z moich ulubionych gatunków. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie i radość, gdy odkryłam, że "Plaga samobójców" to w istocie powieść, którą mam na oku już od długiego czasu. Nie trudno więc się domyślić, że moje oczekiwania były bardzo wysokie i z szerokim uśmiechem na twarzy mogę stwierdzić, że w ogóle się nie rozczarowałam.

Wybuchła fala licznych samobójstw popełnianych przez nastolatków. Nie minęło wiele czasu, gdy zaczęto określać to epidemią. Władze zostały zmuszone, aby poradzić sobie z tym problemem i w ten oto sposób powstał Program, do którego trafiają chorzy i który ma za zadanie ich wyleczyć. Wszystko z pozoru wydaje się naprawdę świetnie zorganizowane. Osoby, które tam trafiają naprawdę zdrowieją i nie mają więcej samobójczych myśli. Jest tylko jeden mankament... Pacjenci Programu tracą większość swoich wspomnień, a w efekcie zapominają i nie wiedzą, kim w ogóle są.

Siedemnastoletnia Sloane wraz ze swoim chłopakiem Jamesem nie mogą doczekać się ukończenia osiemnastu lat, ponieważ wtedy nie będą oni objęci zasięgiem Programu. Główna bohaterka pragnie jedynie uchronić siebie oraz miłość swojego życia przed utratą wszystkich wspomnień. Niestety, okazuje się, że w świecie, gdzie panuje epidemia samobójstw wcale nie jest tak łatwo pozostać zdrowym...

Dystopie mają to do siebie, że dosyć ciężko tutaj o oryginalność. Wiele motywów i pomysłów zostało już najzwyczajniej w świecie przerobionych. Jednak Suzanne Young udowodniła, że owszem, jest możliwe, aby wyrwać się z okrutnych szpon sztampowości i nudy. Stworzona przez nią historia jest nie tylko ciekawa, ale także skonstruowana w naprawdę sprytny i intrygujący sposób. Autorka nie podała wszystkiego swoim czytelnikom na tacy. W pierwszej części serii Program koncepcja młodych osób masowo popełniających samobójstwa została wręcz jedynie lekko zarysowana, a w zasadzie nie dowiedziałam się, jaki powód stoi za tą epidemią. I choć w innym przypadku czułabym niedosyt i złość, to w tej konkretnej książce okazało się to strzałem w dziesiątkę. Rozbudziło to jedynie moją ciekawość. Ciekawość, która rosła wraz z każdą, kolejną przeczytaną stroną.

Dawno nie czytałam tak wciągającej powieści, jaką jest "Plaga samobójców". Akcja jest niezwykle dynamiczna, wciąga praktycznie już od samego początku. Charakteryzuje ją wartkość i stopniowe budowanie napięcia przez autorkę. Warsztat pisarski Suzanne Young jest lekki, ciekawy, absorbujący, po prostu idealny do tego rodzaju książkach. Właśnie w głównej mierze dzięki niemu nie mogłam oderwać się od czytania. Nie wiedziałam też, czego się spodziewać. Jedno trzeba oddać pisarce - wie ona, jak porządnie zaskoczyć, a nawet zaszokować czytelnika. Przygotujcie się więc na niezapomniane emocje!

Mogę pisać o klimacie, o barwnej fabule, o wciągającej treści, ale przecież nie mogę zapomnieć o wątku miłosnym. Związek Sloana i Jamesa jest tak prawdziwy, tak genialnie przedstawiony, że wciąż się nie mogę temu nadziwić. Suzanne Young idealnie udało się ukazać zażyłość relacji pomiędzy tym dwojgiem. Ich uczucie rodziło się wolno, przyjaźń stopniowo przekształcała się w piękną i dojrzałą miłość, która totalnie mnie urzekła. Dialogi pomiędzy nimi miały w sobie jakąś iskrę i realność, w ogóle nie były sztuczne, często wywoływały we mnie szeroki uśmiech. Autorki książek skierowanych głównie do młodzieży często przesadzają, czynią wątki miłosne zbyt przesadzonymi, zbyt słodkimi i zbyt uroczymi. Suzanne Young perfekcyjnie udało się tego uniknąć. Od tej pory Sloane i James będą jedną z moich ulubionych par literackich, a uwierzcie, że ciężko znaleźć się na tej liście. Ach ten James... Naprawdę ciężko jest go NIE pokochać.

Zdecydowanie to, co cenię w dystopiach to ich nietypowy klimat. Tego rodzaju powieści bardzo często są wręcz naładowane mrocznym klimatem, wyczuwa się w nich niesprawiedliwość tamtejszego świata przedstawionego. Nie inaczej jest właśnie w "Pladze samobójców". Czytając o czyhających na uczniów w szkole agentach, ryzyku oznaczenia i trafienia do Programu, czułam autentyczny strach. Jednak to, co wzbudziło we mnie największe przerażenie to fakt, iż pacjencji Programu zostawali pozbawiani większości swoich wspomnień (tych, które w mniemaniu władz spowodowały u nich chorobę). 

"Plaga samobójców" to pierwszy tom serii Program, która wciągnie Was do swojego świata i na długo z niego nie wypuści. Powiedzenie, że ta powieść wciąga, byłoby naprawdę dużym niedopowiedzeniem, ona wręcz wsysa! Autorka całkowicie urzekła mnie tym, że wyrwała się ze szponów sztampowości i stworzyła dzieło, w czasie lektury którego ani razu nie odniosłam wrażenia: "to już było". 

Zawsze sobie mówię, że dobrą książkę poznaję po tym, gdy zostaje ona ze mną na długo po jej skończeniu. Tak właśnie jest z "Plagą samobójców". Przeczytałam ją, po czym wcale jej nie odłożyłam po to, aby zacząć nową przygodę. Nie, ja nie mogłam przestać o niej myśleć. Analizować przeczytanej historii. Zastanawiać się, jak potoczy się ona dalej. I myśleć, kiedy zostanie wydana kontynuacja, ponieważ wprost nie mogę się jej doczekać. Jak zapewne się domyśliliście, prequel Programu ogromnie przypadł mi do gustu. Coś czuję, że wrócę do niego jeszcze nieraz w niecierpliwym oczekiwaniu na sequel... Jeśli lubicie dystopie naładowane emocjami - nie wahajcie się sięgnąć po tą lekturę. A nawet jeśli myślicie, że za nimi nie przepadacie, to gwarantuję, że "Plaga samobójców" to zmieni. Gorąco polecam!
Moja ocena: 10/10

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2015.