my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 sierpnia 2014

Antonia Michaelis - Dopóki śpiewa słowik

Autor: Antonia Michaelis Tytuł: Dopóki śpiewa słowik Wydawnictwo: Dreams Liczba stron: 413

Antonia Michaelis to niemiecka pisarka, którą pokochałam za sprawą niesamowitego "Baśniarza". Ta powieść tak mnie oczarowała, tak mną zawładnęła, że do dziś pamiętam z jakim zapałem ją czytałam. Z niecierpliwością wyczekiwałam dnia, w którym będzie mi dane przeczytać kolejną książkę tej wyśmienitej autorki. I w końcu ten dzień nadszedł i, gdy "Dopóki śpiewa słowik" leżał w moich dłoniach, ochoczo przystąpiłam do lektury. I wiecie co mnie spotkało? Ogromne, gorzkie rozczarowanie.

Osiemnastolatek imieniem Jari Cizek niedawno zdał egzamin czeladniczy na stolarza. Dotąd żył on w uporządkowanym świecie, dlatego zapragnął przygody. Przygody, która sprawi, że poczuje się wolny... W tym celu wyrusza on na podróż do lasu, ale zanim to robi, odwiedza małą galeryjkę, gdzie spotyka Jaschę, która na zawsze zmieni jego życie... Razem z tą niesamowitą dziewczyną spędza w lesie niezwykły czas, otoczony jedynie dźwiękami natury.

Sama nie wiem, czego się spodziewałam. Książki chociaż w połowie tak dobrej, jak "Baśniarz", historii, która dosłownie mnie pochłonie, która sprawi, że rzeczywistość nie będzie miała jakiegokolwiek znaczenia. Na pewno nie spodziewałam się tego, co otrzymałam, bowiem "Dopóki śpiewa słowik" to dla mnie zlepek chaotycznych zdań. Owszem, fabuła jest oryginalna i owszem, warsztat pisarski może się jawić jako pozornie dopracowany, ale taki nie jest. Jest stanowczo zbyt przesadzony, zbyt patetyczny, pełny wymuszonych dramatów i nieudolnie przekazywanych życiowych mądrości. Niemiecka pisarka na siłę stara się pisać poetycko i filozoficznie i o litości - w ogóle jej to nie wychodzi! Jej pseudomądrości w ogóle do mnie nie przemówiły, a podczas ich czytania nieodłącznie towarzyszył mi pełen politowania uśmiech. Topornie brnęłam dalej, opierając się pragnieniu rzucenia tym "dziełem" w ścianę. Podczas lektury "Dopóki śpiewa słowik" jedyne co czułam to rosnącą irytację i ogromne rozczarowanie. Myślę, że przez całą książkę miałam na twarzy wypisane: wtf? Chwilami naprawdę nie wiedziałam, co czytam.

Akcja w tej powieści po prostu leży i kwiczy. Przykro mi było patrzeć, jak Antonia Michaelis zrujnowała dobry pomysł zwykłą przesadą. Gdy już zaczynało coś się dziać, gdy już coś mnie ciekawiło, pisarka w iście diabelskim stylu pozbawiała mnie tej nutki fascynacji, którą na początku - o, ja głupia i naiwna - miałam. Czułam się naprawdę okropnie, jakby autorka po prostu ze mnie kpiła, naprawdę. W tej powieści zaobserwowałam pewien schemat, mianowicie coś się dzieje i nagle gwałtowny powrót do potwornie nudnej akcji, czytelnik tym samym zostaje pozbawiony złudzeń. Przeczytałam ponad połowę tej lektury, a resztę jedynie przekartkowałam. Więcej po prostu moje nerwy by nie zniosły.

Pozwolę sobie zacytować pewien fragment: "Jari: - Nic ci nie zrobię. Jestem tylko... (czas na filozofowanie) A kimże ja jestem? - pomyślał. - Kim ja naprawdę jestem?" (w tym momencie przewracam oczami). Jesteś najbardziej irytującą personą na świecie - oto kim jesteś! Tak, bohaterowie to kolejny mankament tej książki. Gorszej sieroty płci męskiej niż Jari to ja chyba nigdy nie spotkałam, co jest nie lada wyczynem. Oto mamy postać, która non stop myśli o seksie, jego głowę ciągle zaprzątają myśli o swoim najlepszym przyjacielu - Mattim w kontekście tego, jakim to on jest Don Juanem. Już bym chyba wolała, żeby to Matti odgrywał główne skrzypce w tej powieści, bo wtedy może nie chciałabym go trzepnąć w twarz, tak jak chciałam zrobić z Jarim. A co z Jaschą? Tą pseudotajemniczą dziewczyną, która zapewne w zamierzeniu miała fascynować, a w rzeczywistości myślałam sobie o niej: ta bohaterka ma nierówno pod sufitem...

"Dopóki śpiewa słowik" pozostawił po sobie ogromny niesmak. Pewnie gdybym najpierw sięgnęła po tę gorszą powieść tej pisarki, to "Baśniarz" zapewne by już tak mnie nie zachwycił. Żałuję, że w ogóle przyszła mi ta szalona myśl przeczytania "Dopóki śpiewa słowik", bo zepsułam sobie jedynie dobre wrażenie, które niemiecka autorka na mnie wywarła. Skąd więc ta ocena, która przecież jedynką nie jest, pytacie? A za pomysł, który mógłby być interesujący, gdyby Antonia Michaelis poskromiła swój zapał do zbędnego filozofowania. A tak to wyszło jak wyszło...

Moja ocena: 3/10

czwartek, 12 grudnia 2013

Katarzyna Michalak - Gra o Ferrin

Gra o Ferrin - Katarzyna Michalak
Autor: Katarzyna Michalak
Tytuł: Gra o Ferrin
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 430
Moja ocena: 3/10

Wiecie jak to jest, gdy pokładacie dużo nadziei w jakiejś książce, a po jej przeczytaniu, delikatnie rzecz ujmując, nie macie pojęcia co o niej sądzić? Mnie to spotkało przy dziele pani Katarzyny Michalak, naszej rodzimej pisarki, której warsztat pisarski jest często wychwalany w recenzjach. No cóż, ja tego nie widzę albo lepiej - widzę aż nazbyt wyraźnie, co jest nie tak. "Gra o Ferrin" (skojarzenie z "Grą o tron" całkowicie niezamierzone) to prawdziwy misz-masz wszystkiego, tzw. "przedobrzenie".

Najpierw kilka słów o fabule. Główna bohaterka to Karolina, która pracuje jako lekarz pogotowia ratunkowego. Pewnego dnia, zostaje wezwana do kobiety, która chciała popełnić samobójstwo. Na miejscu tego tragicznego zdarzenia Karolina przeżywa szok - niedoszła samobójczyni wygląda jak ona! To jedno wydarzenie odmienia bieg życia naszej postaci, która ląduje (oczywiście) w tytułowym Ferrinie.

Wiecie co najbardziej mnie zniechęciło na samym początku? Fakt, iż autorka mało rozeznała się w temacie, który miał być przecież częścią fabuły jej książki. Karolina ma 23 lata i jest doświadczoną lekarką. Śmiechu warte, prawda? Może nie jestem całkowicie w tym obeznana, ale nawet dla takiego laika jak ja jest jasne, że w tym wieku to powinno się jeszcze studiować medycynę, a tym bardziej o dobrym wykwalifikowaniu można jedynie pomarzyć.

Po przeczytaniu pięćdziesięciu stron nie miałam pojęcia, co czytam. Dosłownie, wcale nie przesadzam. Więcej, bo prostu byłam totalnie zagubiona w chaotycznej treści "Gry...". Początkowo myślałam, iż wraz z postępem fabuły wszystko na pewno stanie się dla mnie jasne i klarowne. I w końcu stało się, ale nie tak do końca, bo chaos wciąż miał całkowitą kontrolę nad dziełem Katarzyny Michalak.

Zanim kompletnie Was zniechęcę, a uwierzcie mi, wcale do tego nie dążę, wymienię zaletę tego dzieła. Dosyć dyskusyjną, ale wciąż zaletę. Przede wszystkim nie bardzo wiem jak ująć emocje, które wzbudziła we mnie "Gra...". Na pewno są one mieszane, bo w swej chaotycznej treści książka ta okazała się całkiem wciągająca. Szkoda, że autorka nawet to starała się zepsuć, wprowadzając hurtowo płytkie postacie, które równie szybko ginęły, co się pojawiły. I tym samym przechodzimy do kolejnej wady. Katarzyna Michalak ma to do siebie, że co kilka stron zabija postaci, a robi to w wyjątkowo nieemocjonalny, żeby nie rzec sadystyczny sposób. Ot, zginął kolejny bohater, przechodzimy dalej. No coś tutaj chyba jest nie tak.

Następna istotna kwestia to styl pisania autorki. Nie wiem jak jest z innymi dziełami, może w obyczajówkach Katarzyna Michalak sprawdza się lepiej niż w fantastyce. Odnośnie jej warsztatu; chwilami był naprawdę prosty, ale przy tym wciąż przyjemny. Nie rozumiem tylko dlaczego pisarka starała się to za wszelką cenę zepsuć. Mało skomplikowane zdania potrafiła wymieszać z dziwnymi, poetycznymi tworami, przez co wychodził taki misz-masz. Moim zdaniem za bardzo siliła się na artyzm i wzniosłość, a w efekcie zwyczajnie przesadziła.

Krótko podsumowując: "Gra o Ferrin" okazała się dla mnie pasmem rozczarowań. Odniosłam wrażenie, jakby pani Michalak siliła się na stworzenie dobrej powieści fantasty, bojąc się, że ją zepsuje. No i udało się. Pomysł może i ma potencjał, który niestety, ale został zmiażdżony przez liczne wady. Całkiem możliwe, że książka ta przypadnie osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z fantastyką. Ja ze swojej strony odradzam, ale ostateczną decyzję pozostawiam Wam.

piątek, 12 kwietnia 2013

(49). Nancy Werlin - Niemożliwe




Autor: Nancy Werlin
Tytuł: Niemożliwe
Wydawnictwo: Nasza księgarnia
Liczba stron: 360
Moja ocena: 3/10

Jesteś zbyt ładna! - krzyknęła. - Wolałabym, żebyś była brzydka! Brzydka!I nie oczekiwała od życia zbyt wiele! - Miranda opierała się o ogrodzenie i przez pięć minut krzyczała w stronę Lucy, z okropnym grymasem na twarzy. Machała też rękami, wykonując dziwny gest, jakby chciała ochlapać córkę lub rzucić na nią klątwę. - Oczekuj mniej! Oczekuj mniej!

Lucy odkrywa, że wiele pokoleń temu na kobiety w jej rodzinie rzucono klątwę. Muszą wypełnić trzy niemożliwe do wykonania zadania, aby nie popaść w szaleństwo z chwilą narodzin pierworodnej córki. Jak ma sobie z nimi poradzić, skoro wysiłki jej przodkiń spełzły na niczym? Na szczęście Lucy może liczyć na pomoc opiekuńczych rodziców zastępczych i Zacha, przyjaciela z dzieciństwa, z którym zaczyna ją łączyć coraz więcej. Ale czy miłość i wsparcie najbliższych wystarczą, by pokonać odwieczne zło?

Nastrojowa książka inspirowana staroangielską balladą "Targ w Scarborough" łączy w sobie tajemnicę, opowieść fantasy i romans.

Mam taki zwyczaj, że od razu po przeczytaniu książki nie potrafię napisać recenzji. Po zakończeniu lektury wciąż buzują we mnie emocje, bo niekiedy zakończenia potrafią naprawdę zaskakiwać i powodować ciągłe zastanawianie się nad kontynuacją albo jej brakiem. "Niemożliwe" jest wyjątkiem, będąc już w ponad połowie wiedziałam, co o niej napiszę i bynajmniej nie będzie to nic pozytywnego.
"(...) Myślałam o tym i doszłam do wniosku, że prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto rozumie, nawet wtedy, gdy nic nie rozumie."
Główna bohaterka to Lucy, która została adoptowana przez kochające się małżeństwo: Soledad i Leo. Życie dziewczyny jednak różni się od wielu innych adoptowanych dzieci, bowiem ona zna swoją biologiczną matkę, a nawet widuje ją od czasu do czasu. Miranda, bo tak właśnie ma na imię kobieta, która ją urodziła ma problemy psychiczne. Kiedy się pojawia, krzyczy na Lucy i podśpiewuje pod nosem tajemniczą balladę, którą i nastolatka zna, zresztą wszystkie dziewczyny z rodziny Scarborough mają za obowiązek jej poznania. Okazuje się, że ma to swoją przyczynę, a nad pokoleniem nastolatki krąży klątwa...
" - Wieczna miłość - odezwała się wyraźnie. - Wierzysz w nią? Ja nie. To pułapka."
"Niemożliwe" na pierwszy rzut oka może wydawać się kolejną mieszanką fantastyki z romansem i przeszkodami w tle i niestety, ale właśnie taka się okazała. Pospolita. Bez wyrazu. Akcja ciągnęła się niemiłosiernie długo, a główny katalizator, którym miał być wątek miłosny okazał się być całkowicie bez polotu. Chwilami odnosiłam wręcz wrażenie, iż autorka chciała po prostu urozmaicić nim swoją historię. Nancy Werlin nie zadbała o sedno fabuły, akcja błyskawicznie dążyła do rozwiązania, nie powodując nawet w czytelniku napięcia. Finał był do bólu przewidywalny, nie wywołał u mnie żadnych emocji, poza radością, że w końcu ukończyłam tę książkę z niemałym trudem.
Skoro więc akcja mnie zawodziła, liczyłam chociaż na bohaterów, z którymi mogę się utożsamić albo chociaż polubić, ale i tutaj musiałam przełknąć gorzkie rozczarowanie. Lucy Scarborough, straszliwie irytująca oraz Zach, który w zasadzie nie wniósł nic pozytywnego do tej lektury, poza faktem, że "był" i "ładnie wyglądał". Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że niebrak mu było odwagi, bo stanał na wysokości zadania, jednak i to wydało mi się straszliwie naciągane.
"Dziewczę od mej klątwy nie uwolni się,
Szałwia, rozmaryn, tymianek i nać.
Dopóki nie wykona zadań trzech
 W pułapce mej miłości będzie trwać."
Mam wrażenie, że autorka mogła poprowadzić tę książkę w naprawdę ciekawy sposób, podobnie jak niektóre wątki rozwinąć inaczej. Niestety, ale skupiła się na wątku miłosnym, nie miałabym nic przeciwko, gdyby on ciekawił, interesował i zachęcał do czytania, czyli po prostu spełniał swoją rolę, zwyczajnie jednak tego nie robił. Skupiona na jednym, słabym wątku Nancy Werlin zapomniała chyba o rozbudowaniu opisów zadań wykonywanych przez główną bohaterkę, miałam wrażenie, iż działa to na zasadzie: "zaczęłam robić" i "zrobiłam", nie było w nich żadnej wyrazistości, trudności, wszystko wyszło po prostu na piękną bajeczkę... No właśnie, o czym? W zasadzie to o niczym, bo nic mnie w tej pozycji nie zachęciło, a zaznaczę, że nie podchodzę do takich książek sceptycznie, bo lubię je czytać i nawet pomimo negatywnych recenzji wolę sama się przekonać, tym razem jednak żałuję zmarnowanego czasu. Nie polecam.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:
CZYTAM FANTASTYKĘ, PARANORMAL ROMANCE.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

(14). E.L James - Nowe oblicze Greya


 
 
Autor: E.L James
Tytuł: Nowe oblicze Greya
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 688
Moja ocena: 3/10

Ich przypadkowe spotkanie dało początek fali namiętności, która z czasem wcale nie osłabła. Wspólna codzienność okazała się nie lada wyzwaniem, któremu Anastasia i Chrstian dzielnie stawiają czoła w imię łączącego ich uczucia. Kochankowie wciąż dryfują po wzburzonym morzu uczuć, targani namiętnością i rozterkami, niepewni tego, co zgotuje im los. Czy najbardziej poruszająca historia miłosna tego roku zakończy się happy endem? A może piękny sen przerwie były szef Any, Jack Hyde, który poprzysiągł zemsty i cierpliwie czeka na swoją szansę?

Zazwyczaj kiedy kończę przygodę z jakąkolwiek serią towarzyszy mi żal. Jak to, tak szybko? Z trylogią "Pięćdziesięciu twarzy Greya" pożegnałam się z wielką przyjemnością. Zakończyłam ją, nie mam jakichś głębszych refleksji na jej temat, bo i książka na nie nie zasługuje. Ale o tym później. Najpierw parę słów o książce.  
Studentkę literatury, nieśmiałą i zagubioną Anastasię Steele połączyło uczucie z bogatym przedsiębiorcą Christianem Greyem. Wydawało się, że są między nimi różnice nie do przełknięcia, bowiem Ana pragnęła prawdziwego związku "z kwiatuszkami i serduszkami", a Christian postanowił jej to dawać, a przynajmniej tyle, ile mógł z obawy, że ją straci. Wydawało się, że po zaręczynach wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie, nic bardziej mylnego!Jeśli ktoś sądzi, że ostatnia część jest inna od poprzednich, cóż... to się wyraźnie rozczaruje. W każdym razie ja postanowiłam przebrnąć przez te 25 rozdziałów, jako, że już miałam książkę pod ręką.O ile to możliwe, Ana i Christian coraz bardziej doprowadzali mnie do szału. Miałam już dość ciągłego wysłuchiwania "kocham cię", kto by pomyślał, że w NAPRAWDĘ krótkim czasie zrodzi się między nimi takie uczucie? Przecież to książka, a tam wszystko jest możliwe, ale po kolei.W "Nowym obliczu Greya" nadal brakuje tego, co w poprzednich: napięcia i akcji. W trzeciej części seks Any i Christiana poprzetykany jest zemstą Jacka Hyde'a. Tak jakby autorka wcisnęła go tam, po to, aby "był". Brakowało temu wątkowi polotu. Zwyczajnie nie wyszedł. Wewnętrzna bogini Any nadal jest - jakby ktoś się łudził, że zniknie... Christian nadal kontroluję Anę (kto by pomyślał, że zwykłe wyjście na drinka z przyjaciółką może tak wkurzyć Szarego?). Napięcie buduje się stopniowo, w tej serii tego zabrakło, ale zresztą nie tylko tego. Dosłownie 5 ostatnich rozdziałów jest momentem kulminacyjnym, a ostateczne starcie trwa dwa zdania, po to, aby autorka szybciej mogła pojednać Anę i Christiana.Odnoszę wrażenie, że E.L James nie potrzebuje innych bohaterów, oprócz dwóch głównych. Bardzo mało było postaci drugoplanowych i nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby Anie i Christanowi nic nie brakowało (a brakuje wiele).Wspomnę jeszcze o tym, że na końcu książki mamy punkt widzenia Christiana, który jak dla mnie nic nie wniósł.
Skończyłam trylogię "Pięćdziesiąt twarzy Greya" ze szczęściem, że w końcu kończę przygodę z tą serią. Pewnie niektórym wydaje się, że jest to książka warta polecenia, ale ja ostatecznie mówię: nie! Dałam jej szansę, bo sądziłam, że coś się zmieni, może na lepsze, ale czekałam, czekałam, a zmian nie było. Jednak pewnie dużo czytelników samych będzie chciało się przekonać, czy jest to seria warta uwagi, więc proszę bardzo.

niedziela, 20 stycznia 2013

(13). E.L. James - Ciemniejsza strona Greya

   
 
Autor: E.L James
Tytuł: Ciemniejsza strona Greya
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 632
Moja ocena: 3/10

Ich przypadkowe spotkanie dało początek fali namiętności, która z czasem wcale nie osłabła. Wspólna codzienność okazała się nie lada wyzwaniem, któremu Anastasia i Chrstian dzielnie stawiają czoła w imię łączącego ich uczucia. Kochankowie wciąż dryfują po wzburzonym morzu uczuć, targani namiętnością i rozterkami, niepewni tego, co zgotuje im los. Czy najbardziej poruszająca historia miłosna tego roku zakończy się happy endem? A może piękny sen przerwie były szef Any, Jack Hyde, który poprzysiągł zemsty i cierpliwie czeka na swoją szansę?
 
"Ciemniejsza strona Greya" to kontynuacja "Pięćdziesięciu twarzy Greya" - bestsellerowej serii E.L. James. Historii nietypowej miłości milionera Christiana Greya oraz studentki literatury Anastasii Steele.
Sięgnęłam po dalszy ciąg "Pięćdziesięciu twarzy Greya" z obojętnością, bo myślę, że tak właśnie należy to nazwać. Po pierwszą część sięgnęłam z niemałą ekscytacją, oczekując NAPRAWDĘ czegoś DOBREGO. Pierwsza część przyniosła duże rozczarowanie, a że zaczęłam to i chciałam skończyć tę trylogię i szybciej mieć ją za sobą.

„Stoję przed nim naga i pozbawiona wstydu i wiem, że jest tak dlatego, iż on mnie kocha. Nie muszę się już chować. Christian nic nie mówi, jedynie patrzy. Widzę jego pożądanie, wręcz uwielbienie, i coś jeszcze, siłę jego pragnienia – siłę jego miłości do mnie.”
 Jeśli ktoś liczy, że nagle nastąpi wielkie objawienie i książka będzie pochłaniająca i pełna napięcia to się zwyczajnie rozczaruje. Fakt, styl pisania autorki uległ małej poprawie, ale na litość boską bez przesady! Nadal bardzo wiele jej brakuje. Książka w ogóle nie wciąga i śmiem twierdzić, że z trzecią, a zarazem ostatnią częścią będzie tak samo. Czytam, bo nawet troszeczkę jestem ciekawa czy będą razem. Dlatego wolę tę serię skończyć od razu niż zostawić na później, bo pewnie i tak o szczegółach tejże serii zapomnę za miesiąc, a za dwa będę pamiętała, że była jakaś tam niewinna i okropnie wykreowana postać Anastasia Steele oraz jakiś milioner Christian Grey.
O ile Christian najbardziej podobał mi się ze wszystkich postaci, ponieważ nie da się ukryć, był najbardziej wyrazisty, to teraz powoli zmieniam zdanie. Biedna, nieśmiała Ana zamieni parę zdań z jakimś mężczyzną, a Christian obraża się niczym małe dziecko. Co chwilę mamy okazję czytać jaki to pan Szary (cóż, sądzę, że wolałabym gdyby zostawiono w oryginale) jest idealny i jak ona bardzo go kocha. Jeszcze trochę i założy mu ołtarzyk.
Ana trochę się stawiała Christianowi w tej serii, ale nadal pozostawała potulna i kiwała głową na wszystko, co mówiła miłość jej życia. Na litość boską, niech ona w końcu pokaże pazur! O wewnętrznej bogini pisałam w recenzji pierwszej części i nadal zdania nie zmieniłam.
Podsumowując: styl pisania autorki uległ poprawie, ale nadal uważam, że ta seria wcale nie zasługuje na popularność, którą obecnie się szczyci. Jest o wiele więcej lepszych książek.

sobota, 29 grudnia 2012

(8). E.L. James - Pięćdziesiąt twarzy Greya

   
 
Autor: E.L James
Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 608
Moja ocena: 3/10

Hipnotyczna, uzależniająca, iskrząca seksem i erotyką powieść, której nie sposób odłożyć.

Studentka literatury Anastasia Steele przeprowadza wywiad z młodym przedsiębiorcą Christianem Greyem. Niezwykle przystojny i błyskotliwy mężczyzna budzi w młodej dziewczynie szereg sprzecznych emocji. Fascynuje ją, onieśmiela, a nawet budzi strach. Przekonana, że ich spotkania nie należało do udanych, próbuje o nim zapomnieć – tyle że on zjawia się w sklepie, w którym Ana pracuje, i prosi o drugie spotkanie.

Młoda, niewinna dziewczyna wkrótce ze zdumieniem odkrywa, że pragnie tego mężczyzny. Że po raz pierwszy zaczyna rozumieć, czym jest pożądanie w swej najczystszej, pierwotnej postaci. Instynktownie czuje też, że nie jest w swej fascynacji osamotniona. Nie wie tylko, że Christian to człowiek opętany potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych warunkach…

Czy wiszący w powietrzu, pełen namiętności romans będzie początkiem końca czy obietnicą czegoś niezwykłego? Jaką tajemnicę skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w nim demony?
 

Sięgając po "Pięćdziesiąt twarzy Greya" naprawdę liczyłam na coś, co mnie zainteresuje i pochłonie. Czasem miło jest odpocząć od fantastyki, choć w mojej bibliotece jest mało takich pozycji, to zawsze sięgam z przyjemnością po taką odmianę. Z pozytywnym nastawieniem sięgnęłam po tę książkę nazywaną prawdziwym fenomenem literackim, który podbił serca milionów kobiet.
 „Naszym celem jest sprawianie przyjemności Panno Steele.”
Młodziutką studentkę Anastasię Steele i starszego o kilka lat bogatego przedsiębiorcę Christiana Greya połączyła wielka miłość. Dość nietypowa, bowiem Christian nie chce normalnego związku, chce, aby Anastasia została Uległą, a on był jej Panem.
Christian Grey ma niecodzienne preferencje seksualne, ma to jednak głębszy sens związany z jego dzieciństwem. Mam wrażenie, że autorka mogła tę serię poprowadzić w naprawdę ciekawy sposób, ale ostatecznie skończyło się na dosyć śmiesznym erotyku, gdzie jęczenie Any mamy co dwie strony. Dodajmy do tego jeszcze niesamowicie ubogi styl pisania autorki i powtórzenia na masową skalę! Erika Leonard jedyne skupiła się na seksie, a nawet wtedy brakowało jej odpowiedniego słownictwa, przez co nastrój pryska i wygląda to komicznie. Warto dodać, że resztę akcji puściła luzem. Efekt z tego jest taki, że Anastasia Steele jest okropnie wykreowaną postacią, przez co czytelnik nawet nie może utożsamiać się z tak irytującą i naiwną bohaterką, a czyż nie o to właśnie chodzi? Pustą, uganiającą się za milionerem i liczącą, że może go zmienić w ciągu paru tygodni ich znajomości. Nie mogę zapomnieć o niesamowicie wkurzającej wewnętrznej bogini Any (przez nią parę razy miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt), która wszystko komentuje i przeżywa razem z główną bohaterką. Jest to śmieszne i żałosne, ale mimo to nie mogę powiedzieć, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" mnie nie wciągnęło. Mimo wszystko zastanawiam się jak potoczy się historia Any i Christiana. Intryguje mnie co przeszedł, że stał się takim a nie innym człowiekiem. W odróżnieniu od niepewnej studentki bogaty przedsiębiorca jest jej przeciwieństwem - przystojny, nawet trochę romantyczny, a nie tylko perwersyjny. Jak wspomniałam, Christian Grey ma swoje drugie dno. Nie da się nie zauważyć, że autorka mocno wzorowała się na zmierzchu: mamy drugą Bellę i perfekcyjnego Edwarda, z dodatkiem scen seksu. Zaciekawiło mnie ta pozycja na tyle, że sięgnę po drugą część. Uważam, że można byłoby zrobić z niej niezłą książkę, gdyby zmienić język, ograniczyć sceny seksu oraz przede wszystkim nauczyć się stopniowo budować napięcie. Ilekroć autorka przynudzała, dawała nam scenę seksu, a później znowu wracała do przynudzania. Męczący jest ten schemat.
Całkowicie nie rozumiem fenomenu tej książki, ja sięgnęłam po nią z czystej ciekawości licząc na wielkie olśnienie. Oczywiście wcale tak nie było. Ciężko mi polecić tę książkę, bo była zwyczajnie słaba. Jednak skoro jest taki bestsellerem to musi w niej coś być, prawda?

poniedziałek, 24 grudnia 2012

(5). Colleen Houck - Klątwa tygrysa

  
 
Autor: Collen Houck
Tytuł: Klątwa tygrysa
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 360
Moja ocena: 3/10

Literacki fenomen! Powieść odrzucona przez wydawców, ukochana przez setki tysięcy czytelników na całym świecie!

Magnetyczne oczy tygrysa.
Pradawna klątwa, którą zdjąć może tylko ona.
Namiętność silniejsza niż strach.
Razem muszą stawić czoła mrocznym siłom.
Czy poświęcą wszystko w imię miłości?
„Zakochanie się w nim byłoby jak skok do wody z wysokiego klifu: mogłoby się okazać albo najbardziej emocjonującym, co mi się kiedykolwiek przytrafiło, albo najgłupszym błędem jaki w życiu popełniłam. Sprawiłoby, że miałabym po co żyć, albo roztrzaskałoby mnie o skały i połamało na zawsze.”
Muszę przyznać, że zaintrygowała mnie ta seria, więc podeszłam do niej z naprawdę wielkim entuzjazmem. Książki typu paranormal romance czyta mi się zdecydowanie najlepiej, ale niestety ciężko znaleźć taką "perełkę". Liczyłam, że zaliczę tę książkę do moich ulubionych. Bardzo się rozczarowałam.
Mamy oto niebanalną historię o osiemnastoletniej Kelsey Hayes, która podejmuje dorywczo pracę w cyrku. Tam znajduje pięknego, białego tygrysa o błękitnych oczach, który oczywiście od razu skradł jej serce. Dziewczyna przebywała z nim w swoim wolnym od pracy w cyrku czasie, czytała mu poezję i z nim rozmawiała. Oczywiście był to raczej monolog. Później akcja potoczyła się wręcz w błyskawicznym tempie, a finałem jest jej wylądowanie w Indiach. Nie da się ukryć, że "Klątwa tygrysa" jest oparta na typowym już schemacie książek tego typu: mamy akcję, przeciwności losu, ale żeby nie było za nudno wątek miłosny, który w tej serii moim zdaniem nie był aż tak mocno zarysowany na początku, za to później odgrywał już tylko pierwsze skrzypce. Jak dla mnie ta cała romantyczna otoczka była po prostu zbyt kiczowata i za bardzo melodramatyczna. O ile jedną trzecią tej książki czytałam z wielkim zapałem, to później robiło się coraz gorzej, akcja była dla mnie za bardzo przewidywalna. Ja rozumiem, że książka jest skierowana do nastolatek, ale w granicach rozsądku. Autorka operuje dosyć prostym językiem. Dużo w niej mitologii i kulturze Indii, za co duży plus, bo uwielbiam zagłębiać się w nieznane.
Jednak niestety, ja sama nie mogłam doczekać się skończenia "Klątwy tygrysa", aby zacząć czytać coś nowego. Niespecjalnie mnie zaciekawiła i niezbyt interesuje mnie co się wydarzy dalej. Pomysł niezły, ale wykonanie już gorsze. Szczerze, to nie rozumiem całego tego fenomenu tej książki, dla mnie nie jest to nic specjalnego. Przypuszczam, że duża promocja zrobiła swoje.