my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 marca 2015

Garth Nix - Sabriel

Autor: Garth Nix Tytuł: Sabriel (Stare Królestwo tom I) Wydawnictwo: Literackie Liczba stron: 356

"Sabriel" to pierwszy tom otwierający serię australijskiego pisarza Gartha Niksa. Oryginalnie została ona wydana w 1995 roku, w Polsce ukazała się w 2004 roku i na szczęście Wydawnictwo Literackie podjęło się wznowienia wydawania tego cyklu. W ubiegłym roku słyszałam o nim całkiem sporo i czułam coraz bardziej rozbudzającą się we mnie ciekawość. Nie potrafię sobie odpuścić lektury, w której cały świat fantastyczny zostaje stworzony od podstaw. A właśnie takiego zadania podjął się Nix...

Sabriel jest uczennicą Wywerley College, gdzie dorasta w bezpiecznym miejscu. Jest ona także jedyną córką maga Abhorsena. Pewnego dnia dowiaduje się ona, iż jej ojciec zaginął i postanawia za wszelką cenę go dowiedzieć się, co mu się stało i go odnaleźć. Aby to zrobić, będzie zmuszona opuścić Stare Królestwo i wybrać się na niebezpieczną podróż do Krainy Zmarłych...

"Sabriel" to nawet całkiem dobra książka. Nic jednak nie poradzę na to, że w czasie jej lektury najzwyczajniej w świecie czułam, że czegoś tutaj brakuje. Jakby to, co otrzymałam było niepełną historią. I właśnie to zaważyło na mojej końcowej ocenie odnośnie tego dzieła. Akcja choć dynamiczna, była jakby bez polotu, na próżno mogłam doszukiwać się napięcia towarzyszącego mi w czasie czytania, szybszego bicia serca. Co poszło nie tak? Przede wszystkim tworzenie świata fantastycznego od podstaw wymaga dużej precyzji od pisarza. A przynajmniej tak przypuszczam, bo w końcu nie jest łatwym zadaniem przelanie swoich wizji na coś materialnego. Tutaj jednak świat przedstawiony jawił mi się jako mało dopracowany i ukazany zbyt ogólnikowo. Zabrakło mi większej ilości opisów, dzięki którym mogłabym cały obraz porządnie sobie wyobrazić.

Czytelnik od samego początku zostaje wrzucony w wir wydarzeń i nazw, których nawet do końca nie rozumie. Pominę to jednak, przecież w tego rodzaju książkach nie wszystko jest podane na tacy. Szkoda, że później też nie jest lepiej. Nie wiem, czy to moja wina, czy może coś przeoczyłam, ale dosyć ciężko było mi połapać się w akcji, czy nazwach, które wydawały się istnieć tylko po to, aby dezorientować czytelnika. Dopiero gdzieś około dwusetnej strony wszystko zaczęło mi się klarować, ale... dlaczego tak późno? Ja naprawdę rozumiem, że to fantastyka, ale jednak wydaje mi się, że to leży w interesie pisarza, aby umieć trafić do odbiorcy, zaciekawić go. Garth Nix zaciekawił mnie swoją opowieścią praktycznie dopiero pod sam koniec, gdzie akcja została pociągnięta w naprawdę ciekawszym kierunku. Chciałbym, żeby całość była tak dobra, jak finał, wtedy oceniłabym ją inaczej. Widzę tutaj kolejny interesujący pomysł z niewykorzystanym potencjałem...

Bardzo zaskoczył mnie sposób ukazania nekromancji przez Nixa. Tak jakby autor sam nie zdawał sobie sprawy, z czym się mierzy. Podjęcie się tego tematu, żeby go nie zawalić na całej linii jest dosyć trudne. A u tego autora wizja osiemnastolatki mierzącej się ze Światem Zmarłych w ogóle do mnie nie przemówiła. Sabriel jest zbyt beztroska, naiwna, a zawód przez nią wykonywany jawi się jako coś nadzwyczaj prostego. A nie sądzę, że tak powinno być.

"Sabriel" nie porywa na kolana, odniosłam wrażenie, jakby "czegoś" zabrakło. Całość okazała się nijaka, zbyt schematyczna. Zabrakło mi tutaj wątków pobocznych, czy bardziej pełnokrwistych postaci. Nie zmienia to jednak faktu, że idealnie spełnia swoją funkcję - jest wciągającą (pomijając nudne fragmenty), ukazuje, że dobro zawsze zwycięża ze złem. I jakkolwiek oklepane by się to nie wydawało - lubię takie motywy. Pozwalają mi one pamiętać, że dobro istnieje. Seria Stare Królestwo z pewnością spodoba się czytelnikom, który poszukują chwili relaksu, nie gwarantuję jednak, czy spodoba się bardziej zaprawionym w boju czytelnikom. Podobno kolejne tomy są o wiele lepsze i cóż, niedługo znowu wniknę w świat wykreowany przez Niksa. Mam nadzieję, że będzie to o wiele bardziej emocjonujące spotkanie...
Moja ocena: 5/10

piątek, 28 listopada 2014

Joanna Hickson - Oblubienica z Azincourt

Autor: Joanna Hickson Tytuł: Oblubienica z Azincourt Wydawnictwo: Literackie Liczba stron: 550

Nie zawsze lubiłam powieści historyczne, będąc bardziej dokładną, dopiero od ponad roku jestem ich ogromną fanką i przeczytanie każdego nowego dzieła z tego gatunku sprawia mi wiele radości. Są to książki, które nieodłącznie kojarzyły mi się z nudą i rozwleczoną akcją, a prawda jest taka, że więcej w nich dynamizmu niż w niejednym kryminale. Jestem pewna, że właśnie z powodu tych błędnych przekonań wiele osób omija tego rodzaju powieści, tym samym darując sobie okazję przeczytania czegoś naprawdę dobrego i wciągającego. I właśnie takie jest dzieło Joanny Hickson, "Oblubienica Azincourt".

Narratorką tej powieści jest Guillaumette "Mette" Dupain, córka piekarza, która na wskutek swoich tragicznych doświadczeń trafia na dwór królewski we Francji. Gdy poroniła, okazała się idealną kandydatką na mamkę dla najmłodszego, dziesiątego już dziecka królowej Izabeli oraz Karola Szalonego - Katarzyny. Mała, śliczna istotka szybko wnika w serce zwyczajnej, młodej dziewczyny, pozwalając jej ukoić ból po utracie syna. A sama księżniczka także potrzebuje bliskości i opieki, szczególnie, gdy jej matka jest zbyt zaprzątana królewskimi sprawami, aby przejmować się swoimi dziećmi, a stan psychiczny jej ojca jest - delikatnie mówiąc - niestabilny.

Gdy Katarzyna de Valois dorasta, więź z jej mamką ani trochę nie słabnie, przeciwnie, staje się jeszcze silniejsza. Jest dla niej jednocześnie matką i przyjaciółką. Młoda Katarzyna staje się narzędziem na francuskim dworze, w którym aż się roi od intryg. Jaki wybór ma księżniczka, gdy chodzi o jej życie? To proste - nie ma żadnego wyboru, mimo to wciąż potrafi wykazać się niesamowitą odwagą i dostojnością niczym urodzona królowa. Na domiar tego pokój między Francją a Anglią jest coraz bardziej kruchy...

Książki o takiej obszerności nie zawsze od początku zaczynają się podobać. Wiadomo, gdy powieść ma grubo ponad pięćset stron, nie można liczyć, że od pierwszej przeczytanej kartki zacznie się coś dziać. Cóż, Joanna Hickson w tym wypadku jest wyjątkiem i udowodniła, że owszem, to jest możliwe. Dosłownie, gdy tylko zaczęłam czytać "Oblubienicę z Azincourt" od razu wniknęłam w świat średniowiecznego przepychu. Każda zapisana strona tej lektury jest przesycona napięciem, które powoduje, że pochłania się ją wręcz z wypiekami na twarzy.

Dotychczas, gdy miałam do czynienia z powieściami historycznymi, nie odczuwałam tego, że w istocie opisani bohaterowie istnieli przecież naprawdę. Wiadomo, że takie osobowości ciężko jest odzwierciedlić idealnie, nawet mając do dyspozycji rozmaite źródła historyczne, co niestety, znikomo wpływa na wyobraźnię czytelnika. Autorki takich książek często przedstawiają jedynie suche fakty z życia królów i księżniczek, nie dbając o takie "szczegóły", jak chociażby indywidualne cechy charakteru. Po co, przecież te osoby są prawdziwe i same ich imiona i nazwiska powinny wystarczyć, prawda? Cóż, nie wystarczają. Ja, żeby być usatysfakcjonowanym czytelnikiem potrzebuję czegoś, co sprawi, że pokocham danego bohatera, że nie będę mogła przestać dociekać, jego historii, jego przyszłości. I Joannie Hickson właśnie się to udało - stworzyła postacie z krwi i kości, nie ograniczyła się do pustych informacji, przez co ja wraz z nimi odczuwałam każdą najmniejszą porażkę, a także i sukces. Wnikliwość ukazania więzi pomiędzy zwyczajną dziewczyną, z córką króla i królowej Francji jest godna pochwalenia. Pisarka pokazała, że różnice stanowe są niczym, w porównaniu z prawdziwą miłością i oddaniem.

"Oblubienica z Azincourt" dzieli się na cztery części, z czego każda z nich opowiada o innych etapach w życiu zarówno Mette oraz Katarzyny. Każdy z nich pokazuje, jak wielkiej ewolucji ci bohaterowie ulegają, a wraz z każdym doświadczeniem nabywają mądrości i widać, jak dojrzewają. Joanna Hickson sprawnie manipuluje ze swoimi czytelnikami i to trzeba jej przyznać - nie oderwiecie się od tej książki, aż do ostatniej strony. To świetna powieść historyczna wnikliwie ukazująca realia tamtych czasów, a przy tym została wzbogacona o plastyczne opisy i bohaterów, których w jednej chwili albo się pokocha, albo znienawidzi. Wyśmienicie się przy niej bawiłam. Polecam!
Moja ocena: 8/10

sobota, 30 sierpnia 2014

Karolina Frankowska - Zaczaruj mnie

Autor: Karolina Frankowska Tytuł: Zaczaruj mnie Wydawnictwo: Literackie Liczba stron: 324

Seria z fasonem ukazująca się nakładem Wydawnictwa Literackiego absolutnie podbiła moje serce. O czym trzeba wspomnieć - są to wyłącznie debiuty literackie polskich pisarek. "Jajko z niespodzianką" to ciepła i zabawna historia, która porusza niezwykle życiowe tematy. "Zabłądziłam" to powieść o zagubionej nastolatce, która stara się poradzić ze swoimi własnymi demonami. "Zaczaruj mnie" natomiast jest o... przyjaźni młodych ludzi, a także o ich zmaganiach i próbach znalezienia swojego miejsca w Warszawie. Jesteście ciekawi, czy jak poprzednie tomy, również i ten zaskarbił sobie moją sympatię?

Zosia, Kaśka i Bartek wynajmują razem mieszkanie w Warszawie. Każde z nich zmaga się ze swoimi własnymi problemami, jednak jedno pozostaje niezmienne - zawsze mogą na siebie liczyć. Pewnego dnia, przez jeden - wydawałoby się - nic nieznaczący incydent ich życie ulega zmianom. Jedno jest pewne: z takimi przyjaciółmi nigdy nie jest nudno!

Karolina Frankowska to scenarzystka i pomysłodawczyni pierwszych serii "Prawa Agaty", hitowego serialu stacji TVN, oraz autorka pomysłu i scenariusza do popularnego serialu TVP "Nowa". Pracowała także przy takich produkcjach serialowych i fabularnych, jak: "Komisarz Alex" czy "Kryminalni".

"Zaczaruj mnie" to nieco inna powieść od swoich poprzedniczek w Serii z fasonem. Powiedziałabym, iż jest to książka utrzymana w bardziej komediowym klimacie, co mi jak najbardziej odpowiadało. Możliwość obserwowania zmagań trójki przyjaciół, starających się znaleźć swoje własne miejsce w dużym świecie było naprawdę interesującym doświadczeniem. Kreacja tych bohaterów przedstawiona przez Karolinę Frankowską jest po prostu realistyczna. Główna postać tej powieści - Zosia, od roku jest magistrem psychologii i za wszelką cenę próbuje znaleźć pracę w zawodzie. Sami zapewne się domyślacie, jak jej idzie. Biorąc pod uwagę jej rozbrajające pomysły, jest to bohaterka, która wzbudza sympatię, ale która jednak - moim zdaniem - nie jest materiałem na psychologa. To zbyt wybuchowa kobieta, która żadnemu ze swoich przyjaciół nie potrafi dać dobrej rady. Mimo tej drobnej wady, nasza rodzima pisarka świetnie ukazała perypetie tej zakręconej trójki przyjaciół, przez co na pewno podczas lektury "Zaczaruj mnie" nikt nie będzie się nudził!

"Zaczaruj mnie" to ciekawe spojrzenie na życie dzisiejszych młodych ludzi. Ich próby zaczepienia się w wielkim mieście, znalezienia pracy czy uporządkowania swojego prywatnego życia. Najlepsze jest to, iż Karolina Frankowska nie skupiła się jedynie na przedstawieniu przyjaźni Zośki, Kaśki i Bartka, ale także i dopracowała inne elementy fabuły, ukazała m.in relacje rodzeństwa czy wzbogaciła swój debiut o wątki miłosne. I choć jest to powieść przewidywalna, której szczęśliwe zakończenie nie jest żadną tajemnicą - to wciąż świetnie się przy niej bawiłam.To pełna ciepła książka, która idealnie nadaje się na długie wieczory. Polecam!
Moja ocena: 7/10

wtorek, 17 czerwca 2014

Agnieszka Olejnik - Zabłądziłam

Zabłądziłam - Agnieszka Olejnik
Autor: Agnieszka Olejnik
Tytuł: Zabłądziłam
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 310
Moja ocena: 9/10
"Czy wszystko traktuję tak serio? Może tak. Może właśnie dlatego mój świat jest taki cholernie smutny."
Jakiś czas temu miałam okazję zapoznać się z tytułem "Jajko z niespodzianką" Agnieszki Krakowiak-Kondrackiej, książka ta otworzyła Serię z fasonem, wydawaną przez Wydawnictwo Literackie. "Zabłądziłam" Agnieszki Olejnik to kolejna powieść z tego cyklu i wiecie co? Po prostu całkowicie i niezaprzeczalnie ją pokochałam, tym bardziej to zaskakujące, że nie spodziewałam się tak urzekająco dobrego debiutu, który zaprezentowała nam polska pisarka.

Czytelnik poznaje szesnastoletnią Maję, która boryka się z bolesnymi wspomnieniami. Cztery lata temu, gdy jej starsza siostra popełniła samobójstwo nie tylko jej życie legło w gruzach, ale także i jej rodziców. Od tamtej pory nastolatka jest zamknięta w sobie, zmienia szkołę, bo nie może dłużej znieść współczujących i pełnych litości spojrzeń. Wbrew pozorom, w nowym miejscu wcale nie zawiera żadnych znajomości, pozostaje outsiderem, ale pewnego dnia pojawia się Alek. I choć wiem, jak to banalnie brzmi, to uwierzcie mi, że wcale takie nie jest. Młody chłopak od początku przyciąga uwagę bohaterki, ale ona go ignoruje, traktuje obojętnie, jakby wbrew sobie, bo wcale nie tego chce. Majka ma jednak swoje własne demony. Podobnie jak on. Tych dwoje, ciężko doświadczonych przez życie połączy prawdziwe uczucie.

Nie skłamię, gdy napiszę, że żadna powieść polskiego pisarza nie podobała mi się tak bardzo, jak "Zabłądziłam". Po prostu, gdy przysiadłam do lektury - skończyłam ją tego samego dnia. Przetarłam oczy ze zdumienia, gdy na tylnej okładce powieści przeczytałam, że to debiut. Wielkie brawa kieruję do autorki - Agnieszki Olejnik. Owa pani stworzyła naprawdę ciekawą, niebanalną powieść o dojrzewaniu młodych ludzi, ich pierwszych miłosnych uniesieniach, ale także i poważnych problemach dzisiejszych czasów. Nie można przecież powiedzieć, że samobójstwa, czy gwałty nas nie dotyczą. Dotyczą, owszem, tylko nie mówi się o nich tak często, jak powinno. To nie tylko świetna powieść dla nastolatków, ale także i starszych czytelników. To naprawdę trafne spojrzenie na młodzież. Myślę, że każdy z nas skrywa jakąś część siebie, której nie pokazuje innym, a ta książka przedstawia historię Majki, która krok po kroku zrzuca swoją skorupę. To dzieło ukazuje, że jest to możliwe, nieważne, jak ciężko mogłoby być.

Bardzo rzadko zgadzam się z hasłami reklamowymi książek, często są jakieś takie przesadzone, mało oryginalne. Tutaj tego nie mogę zarzucić. "Odwagi! Wyrusz jeszcze raz do świata niełatwych, ale i pięknych młodzieńczych nadziei, emocji, lęków i uczuć - wrócisz mądrzejsza i oczyszczona" naprawdę nie sposób się z tym nie zgodzić. Ta powieść rzeczywiście odzwierciedla nadzieję, lęki, uczucia, każdy rozdział jest przesycony wręcz realizmem.

"Jajko z niespodzianką" było ciekawą, kipiącą humorem książką. "Zabłądziłam" stanowi jej kontrast. Oczywiście także jest zabawna, ale ten subtelny humor kryje się w dialogach. Cała reszta, ta otoczka, to wszystko pozostaje poważne. W tej powieści Agnieszka Olejnik ukazuje dramaty młodych, jeszcze dojrzewających ludzi bardzo prawdziwie i poruszająco. Dialogi Alka i Majki nie są sztuczne, ale są barwne i pełne życia. Gołym okiem widać, że nie są ani trochę wymuszone. To prawie tak jakby ci bohaterowie zostali wyrwani z prawdziwego życia i umieszczeni na zapisanych kartach powieści. Są wyjątkowi i z trafną precyzją odzwierciedlają cierpienie młodych ludzi.

"Zabłądziłam" to książka, którą po prostu trzeba przeczytać, aby zrozumieć, dlaczego tak mi się spodobała. To swego rodzaju fenomen, naprawdę - Agnieszka Olejnik nie przekazała tylko suchej historii, ale dała jej życie, realność. W takim stopniu zżyłam się z bohaterami, że przeżywałam ich wzloty i upadki, całkowicie wczułam się w ich sytuację. Mało jest takich powieści, które wywołują autentyczne emocje, a ta właśnie tak robi. Niesamowicie wzrusza, ciekawi i po prostu pochłania. To mądra opowieść, z którą warto się zapoznać. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnych dzieł tej autorki, a musicie wiedzieć, że żaden polski pisarz tak mnie nie zachwycił. Polecam!
"Nie mogę oddychać. Boję się napisać zbyt dużo. Boję się, że znowu coś zepsuję, albo on mnie źle zrozumie, że się pogubimy, zanim zdążymy się naprawdę znaleźć."

piątek, 25 kwietnia 2014

Agnieszka Krakowiak-Kondracka - Jajko z niespodzianką

Jajko z niespodzianką - Agnieszka Krakowiak-KondrackaAutor: Agnieszka Krakowiak-Kondracka
Tytuł:Jajko z niespodzianką
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 296
Moja ocena: 7/10
 
"Jajko z niespodzianką" to dosyć nietypowy tytuł, prawda? Jednak jaki trafny! O tym przekonuje się główna bohaterka, Ada. Niegdyś żądna przygód podróżniczka z wieloma marzeniami, a obecnie samotna matka. Kobieta, dla której całym światem jest jej trzyletnia córeczka, Julka. Dziewczynka  z powodu nie w pełni sprawnej rączki jest ciągle narażana na szykany ze strony rówieśników, więc jej mama postanawia posłać ją do elitarnego przedszkola. A pociąga to za sobą wiele ciekawych zdarzeń...

Pierwsza niespodzianka pojawia się bardzo szybko. Nowym szefem Ady okazuje się ojciec jednego z przedszkolaków, na którym - delikatnie mówiąc - nie wywarła ona zbyt dobrego pierwszego wrażenia. Na drugą niespodziankę także nie trzeba czekać długo (na szczęście!) powraca bowiem mąż i ojciec Julki, mężczyzna, który niegdyś porzucił główną bohaterkę, gdy ta najbardziej go potrzebowała. Jak poradzi sobie Ada w nowej, pełnej zawirowań i uczuciowych rozterek rzeczywistości?

"Jajko z niespodzianką" to nie tylko niezwykle staranna i udana oprawa graficzna, to także równie ciekawa i pasjonująca treść. Co dziwnego - ja wcale nie gustuję w tego typu powieściach, a mimo to tę książkę pochłonęłam w naprawdę zastraszającym tempie. Na ten fakt złożyło się kilka czynników, które w swojej recenzji postaram się przybliżyć osobom, które mają jakiekolwiek obiekcje względem tego dzieła Po pierwsze: są one całkowicie niepotrzebne!

Agnieszkę Krakowiak-Kondracką dużo osób może kojarzyć za sprawą wykonywanego przez nią zawodu. Jest ona bowiem scenarzystką m.in takich seriali jak: "Samo życie" czy "Na dobre i na złe". Muszę przyznać, że autorka sprawdziła się świetnie w roli pisarki i bez żadnych wątpliwości mogę powiedzieć, iż jest to jedna z lepszych książek polskich autorów, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Agnieszka Krakowiak-Kondracka ma interesujący warsztat pisarski, który jest jednocześnie subtelny i absorbujący. Krótkie rozdziały, lekki styl pisania, akcja mknąca w zastraszająco szybkim tempie i ciekawi bohaterowie - to wszystko razem wzięte sprawia, iż oderwanie się od lektury stanowi nie lada wyzwanie!

"Jajko z niespodzianką" to świetny wstęp do Serii z fasonem, która ukazuje się nakładem Wydawnictwa Literackiego. To zabawna, wciągająca i pełna ciepła opowieść. Polecam!

czwartek, 12 grudnia 2013

Katarzyna Michalak - Gra o Ferrin

Gra o Ferrin - Katarzyna Michalak
Autor: Katarzyna Michalak
Tytuł: Gra o Ferrin
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 430
Moja ocena: 3/10

Wiecie jak to jest, gdy pokładacie dużo nadziei w jakiejś książce, a po jej przeczytaniu, delikatnie rzecz ujmując, nie macie pojęcia co o niej sądzić? Mnie to spotkało przy dziele pani Katarzyny Michalak, naszej rodzimej pisarki, której warsztat pisarski jest często wychwalany w recenzjach. No cóż, ja tego nie widzę albo lepiej - widzę aż nazbyt wyraźnie, co jest nie tak. "Gra o Ferrin" (skojarzenie z "Grą o tron" całkowicie niezamierzone) to prawdziwy misz-masz wszystkiego, tzw. "przedobrzenie".

Najpierw kilka słów o fabule. Główna bohaterka to Karolina, która pracuje jako lekarz pogotowia ratunkowego. Pewnego dnia, zostaje wezwana do kobiety, która chciała popełnić samobójstwo. Na miejscu tego tragicznego zdarzenia Karolina przeżywa szok - niedoszła samobójczyni wygląda jak ona! To jedno wydarzenie odmienia bieg życia naszej postaci, która ląduje (oczywiście) w tytułowym Ferrinie.

Wiecie co najbardziej mnie zniechęciło na samym początku? Fakt, iż autorka mało rozeznała się w temacie, który miał być przecież częścią fabuły jej książki. Karolina ma 23 lata i jest doświadczoną lekarką. Śmiechu warte, prawda? Może nie jestem całkowicie w tym obeznana, ale nawet dla takiego laika jak ja jest jasne, że w tym wieku to powinno się jeszcze studiować medycynę, a tym bardziej o dobrym wykwalifikowaniu można jedynie pomarzyć.

Po przeczytaniu pięćdziesięciu stron nie miałam pojęcia, co czytam. Dosłownie, wcale nie przesadzam. Więcej, bo prostu byłam totalnie zagubiona w chaotycznej treści "Gry...". Początkowo myślałam, iż wraz z postępem fabuły wszystko na pewno stanie się dla mnie jasne i klarowne. I w końcu stało się, ale nie tak do końca, bo chaos wciąż miał całkowitą kontrolę nad dziełem Katarzyny Michalak.

Zanim kompletnie Was zniechęcę, a uwierzcie mi, wcale do tego nie dążę, wymienię zaletę tego dzieła. Dosyć dyskusyjną, ale wciąż zaletę. Przede wszystkim nie bardzo wiem jak ująć emocje, które wzbudziła we mnie "Gra...". Na pewno są one mieszane, bo w swej chaotycznej treści książka ta okazała się całkiem wciągająca. Szkoda, że autorka nawet to starała się zepsuć, wprowadzając hurtowo płytkie postacie, które równie szybko ginęły, co się pojawiły. I tym samym przechodzimy do kolejnej wady. Katarzyna Michalak ma to do siebie, że co kilka stron zabija postaci, a robi to w wyjątkowo nieemocjonalny, żeby nie rzec sadystyczny sposób. Ot, zginął kolejny bohater, przechodzimy dalej. No coś tutaj chyba jest nie tak.

Następna istotna kwestia to styl pisania autorki. Nie wiem jak jest z innymi dziełami, może w obyczajówkach Katarzyna Michalak sprawdza się lepiej niż w fantastyce. Odnośnie jej warsztatu; chwilami był naprawdę prosty, ale przy tym wciąż przyjemny. Nie rozumiem tylko dlaczego pisarka starała się to za wszelką cenę zepsuć. Mało skomplikowane zdania potrafiła wymieszać z dziwnymi, poetycznymi tworami, przez co wychodził taki misz-masz. Moim zdaniem za bardzo siliła się na artyzm i wzniosłość, a w efekcie zwyczajnie przesadziła.

Krótko podsumowując: "Gra o Ferrin" okazała się dla mnie pasmem rozczarowań. Odniosłam wrażenie, jakby pani Michalak siliła się na stworzenie dobrej powieści fantasty, bojąc się, że ją zepsuje. No i udało się. Pomysł może i ma potencjał, który niestety, ale został zmiażdżony przez liczne wady. Całkiem możliwe, że książka ta przypadnie osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z fantastyką. Ja ze swojej strony odradzam, ale ostateczną decyzję pozostawiam Wam.

wtorek, 12 listopada 2013

Krzysztof Piskorski - Cienioryt

Cienioryt - Krzysztof Piskorski
Autor: Krzysztof Piskorski
Tytuł: Cienioryt
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 450
Moja ocena: 7/10

Do polskiej fantastyki nadal podchodzę ostrożnym krokiem, z pełną dozą ciekawości, ale także i obaw. Może dlatego, że zwyczajnie jeszcze nie czytałam żadnej dobrej powieści polskiego autora w tym gatunku. Mimo to, "Cienioryt" od początku mnie zaciekawił, a pozytywne recenzje utwierdziły mnie w przekonaniu, że ta książka jest warta przeczytania. Poza tym, w końcu musi być ten pierwszy raz, prawda? Jeśli nie teraz jest moment na przełamanie się, to kiedy? Dobra, dosyć tych filozoficznych pytań, przejdźmy do meritum.

Przenosimy się do fantastycznego państwa Vastylii, a konkretnie do jej serivskiego miasteczka, gdzie poznajemy mistrza szermierczej szkoły la destreza - Arahona Caranzę Marteneza Y'Grenata Y'Barratora. Jego życie dalekie jest od bycia spokojnym i ustatkowanym, wykonuje on m.in drobne zlecenia o dosyć wątpliwej treści. Wszystko się zmienia, gdy Sanna, córka uczonego Holbranver'a zostaje porwana. Główny bohater postanawia pomóc mężczyźnie i w ten oto sposób obaj zostają wciągnięci w spisek, którego nawet sami dokładnie nie rozumieją.

Najbardziej irytujące w dziele Piskorskiego jest tworzenie takich innowacji słownych jak: cieństrzelba czy cieniomapa. Ok, żeby tylko to, ale tutaj mamy więcej takich perełek. Dodawanie do każdego słowa przedrostka "cień" nie czyni z niego wyjątkowego, a raczej ukazuje braki pomysłowości. Kiedy czytałam o kolejnych "cieniach" to nieodłącznie towarzyszyła mi irytacja. 

Z fabułą jednak jest o wiele lepiej. Ona potrafi obronić się sama. Widoczne jest, iż Piskorski ma ciekawy pomysł i zarys w jakim kierunku chce go rozwijać, a to już bardzo dużo. Jako, że nigdy nie czytałam żadnej książki oscylującej wokół motywu spod znaku płaszcza i spady, to było to dla mnie pewnego rodzaju pierwsze spotkanie, które może zaważyć na tym, jak w przyszłości będę postrzegała takie dzieła. Na szczęście, autor wyszedł z tego starcia obronną ręką i stworzył coś, co czyta się przyjemnie i szybko. Piskorski ma ciekawy warsztat, dodajcie do tego świetną kreację bohaterów i rozległe, plastyczne opisy, wszystko to razem wzięte niezwykle zachęca do "sunięcia po lekturze". Kiedy do skończenia "Cieniorytu" dzieliło mnie sto stron, oderwanie się od czytania było wręcz niemożliwe!

Warto dodać, iż w tym dziele to cienie są prawdziwą istotą człowieczeństwa. To one ukazują, jaki człowiek jest naprawdę; stygmatyzują go jako złego lub dobrego. Określają go. Mieszkańcy Vastylii nauczeni są, aby cieni unikać jak ognia. Genialna koncepcja, świetne zrealizowanie.

W dzisiejszej fantastyce najczęściej poruszane są wątki nadprzyrodzonych stworzeń (wampirów, wilkołaków, czarownic etc.) Autorom, zarówno polskim jak i zagranicznym zdarzyło się chyba zapomnieć o prawdziwej dobrej powieści fantasty. Książka Krzysztofa Piskorskiego to fantastyka na poziomie, z którą z pewnością trzeba się zapoznać. Polecam!

sobota, 28 września 2013

Franny Billingsley - Zakochana w mroku

Autor: Franny Billingsley
Tytuł: Zakochana w mroku
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 396
Moja ocena: 6/10
Nim umarła, macocha Briony dobrze zadbała, by dziewczyna obarczyła się winą za wszystkie nieszczęścia w rodzinie. I teraz poczucie winy przywarło do Briony tak mocno, że stało się wręcz jej drugą skórą. Dziewczyna często ucieka na bagna i opowiada tam historie o Starych, duchach, które nawiedzają trzęsawiska. Jednakże tylko wiedźmy są w stanie je zobaczyć, a w jej miasteczku bycie jedną z nich oznacza karę śmierci. Mimo iż uważa, że nie zasługuje na nic dobrego, Briona lęka się, co się stanie gdy jej sekret wyjdzie na jaw… I wtedy niespodziewanie w jej życiu pojawia się Eldrik, o złotych oczach i wspaniałej czuprynie jasnobrązowych włosów. Eldrik, który traktuje Brionę jako kogoś naprawdę wyjątkowego… Briona przekona się, że oprócz sekretów, które stara się ukryć, jest też wiele tajemnic, o których wcześniej nie miała pojęcia.
W raz z Eldrikiem zakłada klub braterski oraz... Briony zakochuje się w Eldriku.
"Zakochana w mroku" to książka, którą określiłabym mianem ekscentrycznej i to nie tylko ze względu na nietuzinkowy pomysł na fabułę. To także zasługa różnorodnych opinii na jej temat, a wiadomo - ile ludzi, tyle zdań. Przekonałam się na własnej skórze o wyjątkowości tego dzieła. Jesteście ciekawi? To zapraszam do lektury!

Franny Billingsley nie serwuje swoim czytelnikom tego, co już było. Nie przedstawia nam niewinnej głównej bohaterki. Co to, to nie! Briony ma siedemnaście lat i wraz ze swoją siostrą Rose mieszka w małej osadzie, zewsząd otoczonej niebezpiecznymi bagnami, w których czają się rozmaite stwory. Jednym z nich jest Bagnolud, który powoduje u Rose bagienny kaszel. Briony za wszelką cenę chce pomóc swojej siostrze. Czy jej to się uda? Na dodatek w życiu nastolatki pojawia się Eldric, z którym bardzo szybko nawiązuje nić porozumienia. Czy Briony w końcu mu zaufa i wyzna swoje tajemnice?

Briony to dziewczyna, która przez całą książkę ma wyrzuty sumienia. Tak jakby była winna całemu złu na świecie. Przyznaję, chwilami było to irytujące, ale też w pewien sposób stanowiło odmianę. Mam szczerze dość głupiutkich bohaterek powieści młodzieżowych (oczywiście nie mam na myśli wszystkich), a tutaj spotkało mnie zaskoczenie. Kreacja bohaterów w "Zakochanej w mroku" zasługuje na plus, szkoda, że znalazłam ich niewiele.

Moim zdaniem największym błędem autorki jest powolna, a chwilami wręcz nudna i monotonna akcja. To było najgorsze, co Billingsley swojej książce mogła zrobić. Pokuszę się o stwierdzenie, że momenty przesycone napięciem mogłyby uratować to dzieło. Pomysł jest ciekawy, ale przebieg akcji woła o pomstę do nieba, przez co "Zakochaną w mroku" czyta się naprawdę wolno, bo nie ma niczego, co by czytelnika do dalszego czytania zachęciło. To, czy przerwę lekturę na stronie setnej, czy na dwudziestym rozdziale nie zrobiło mi żadnej różnicy. 

Warsztat pisarski autorki jest dosyć... ciężki w odbiorze. Wcale nie jest prosty, jak można by przypuszczać, a z pewnością już nie spodoba się każdemu, szczególnie młodzieży, do której, jak przypuszczam, dzieło to jest skierowane. Język chwilami bywa poetycki, co też jest dosyć specyficzne i nie trafi w gust każdego.

Nie napiszę - polecam, bo mam mieszane uczucia. Z jednej strony, bez obaw mogę napisać: tego jeszcze nie było, ale z drugiej, chwilami naprawdę wkurzał mnie przebieg akcji czy język autorki. Brak było też jakiegokolwiek czynnika przyczynowo skutkowego, a niektóre wydarzenia nie miały najmniejszego sensu. Dlatego odpowiedzcie sobie sami na pytanie, czy chcecie zapoznać się z "Zakochaną w mroku".

CZYTAM FANTASTYKĘ, PARANORMAL ROMANCE.

niedziela, 12 maja 2013

(60). Alice Munro - Taniec szczęśliwych cieni



Autor: Alice Munro
Tytuł: Taniec szczęśliwych cieni
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 352
Moja ocena: 7+/10

Piętnaście historii napisanych z niebywałą dbałością o szczegół i przenikliwością. Bohaterowie Munro są ludźmi z krwi i kości, w których nietrudno odnaleźć samego siebie. Ich oczami (głównie kobiet – dorosłych i nastoletnich) patrzymy w przeszłość. Munro w swoich opowiadaniach ukazuje przemijanie, złożoność więzów rodzinnych, specyfikę życia w małych miasteczkach i ogromne różnice między światem mężczyzn i kobiet.

Alice Munro to uznawana kanadyjska pisarka krótkich form prozatorskich. Otrzymała ona wiele nagród i wyróżnień. Nic więc dziwnego, że "Taniec szczęśliwych cieni" jest jedną z tych książek, które mnie zaciekawiły, pomimo tego, że nie jestem pasjonatką opowiadań.

"Taniec szczęśliwych cieni" to zbiór kilkunastu poruszających historii. Autorka opisała je skrupulatnie i z niezwykłą precyzją zadbała o każdy, nawet najmniejszy szczegół. I to właśnie bardzo rzuciło mi się w oczy podczas czytania, Munro tchnęła bowiem w swoje opowiadania to "coś", co uczyniło je wyjątkowymi. Z pozoru nużące codzienne czynności okazały się ciekawe i poruszające.

"Taniec szczęśliwych cieni" jest debiutem Alice Munro, jednak zawartość książki na to nie wskazuje! Opowiadania autorki tej są napisanie z niezwykłą dbałością o szczegóły, a zarazem są prawdziwe i pełne nostalgii. Bohaterom nie brak problemów oraz decyzji, które muszą zostać podjęte. Są to osoby, które rezygnują z marzeń i starają się poradzić sobie w najrozmaitszych sytuacjach.
 "Dzięki temu niektóre epizody ukazywały się jej za każdym razem w nieco innym świetle, nabierały nowych treści i znaczeń, i nawet jeśli były częściowo wytworem fantazji, to wciąż zachowywały pozory historii prawdziwych."
Opowiadania te pomimo swojej objętości, zaciekawiają czytelnika swoją prostotą, a zarazem malowniczymi szczegółami, które sprawiały, iż czułam się jakbym uczestniczyła w opisywanych wydarzeniach. Autorka stworzyła bohaterów, którzy nie są obcy nikomu. To zwyczajni ludzie, których mijamy codziennie chodząc ulicami. Historie te mają charakter ponadczasowy, bowiem ludzkie problemy nie były, nie są i nie będą motywem przestarzałym w literaturze.
 "Muzyka, która płynie (…) jest ulotna, wytworna i radosna – kojarzy się z wolnością i poczuciem wszechogarniającego szczęścia pozbawionego egzaltacji. (…)"
Munro porusza głównie temat trudności w porozumiewaniu się, ale także miłość oraz przemijanie. Opowiada o czynnościach codziennych oraz o zachowaniach, które nie są obce nikomu. W idealny sposób pokazała zawiłość i złożoność ludzkich relacji. Kilka z opowiadań bez problemu mogłyby być z powodzeniem kontynuowane, bowiem ich zakończenia były zaskakujące i nie do końca satysfakcjonujące.

"Taniec szczęśliwych cieni" to książka nietuzinkowa i wyjątkowa. Pomimo przyziemnych tematów, które porusza ciekawi i wciąga. Opowiada o ludzkiej naturze w świetny i poruszający sposób. Z pewnością nie jest to lektura na dwa wieczory, bynajmniej mnie nie zajęło tyle jej przeczytanie. Warto czasem zrobić sobie kilka przerw, aby bardziej docenić jej zawartość. Serdecznie polecam!

wtorek, 26 lutego 2013

(31). Przedpremierowo: Gennifer Albin - Przędza


 
Autor: Gennifer Albin
Tytuł: Przędza
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 392
Moja ocena: 9/10

Przędza ma wszystko, co powinien zawierać bestseller: charyzmatyczną główną bohaterkę i atrakcyjną fabułę, łączy przygodę, romans, tajemnicę, akcję i magię. Emocjonuje i wciąga od pierwszych stron, przenosi w fantastyczny świat Tkaczy – w świat pełen uprzywilejowanych, pięknych dziewcząt, który rządzi się jednak okrutnymi prawami i gdzie łatwo narazić się na niebezpieczeństwo. Książka pełna zwrotów akcji i napięcia, a także opowieść o trudach dojrzewania, bycia outsiderem, sile charakteru i… miłości.

Bohaterka trylogii Przędza – Adelice – posiada niezwykły dar, który pozwala jej kształtować czasoprzestrzeń – potrafi tkać rzeczywistość, co zechcą wykorzystać bezwzględni władcy, dlatego zamiast go eksponować, stara się go ukryć. Podczas gdy szczytem marzeń każdej dziewczyny jest członkostwo w uprzywilejowanej grupie pięknych dziewcząt mających władzę, Adelice robi wszystko, by nie zdać testów kwalifikacyjnych. Nie udaje jej się ukryć swojego daru i trafia do specjalnej akademii. Na początku spotyka się z zazdrością koleżanek, ale znajduje wiernych sojuszników w osobach dwóch bardzo przystojnych strażników, którzy zaczynają walczyć o jej względy.
Wykreowany przez Albin świat fascynuje od samego początku. Umiejętnie podsycane przez autorkę napięcie, sprawia, że groza narasta w czytelniku stopniowo, wraz z odsłanianiem kolejnych tajemnic funkcjonowania tej niesamowitej rzeczywistości. Jest to świat alternatywny do naszego, gdzieś równoległej rzeczywistości, jak można się domyśleć, ale zawierający elementy znane czytelnikowi, łatwe do rozpoznania.
Zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych tego samego typu propozycja z gatunku młodzieżowej literatury fantasy. Świetnie napisana, sprawna warsztatowo, wciągająca, nieprzewidywalna historia.

Istnieją książki, po przeczytaniu których zapominamy o nich od razu oraz takie, które jeszcze na długo zostają nam w pamięci. Chcemy dowiedzieć się o dalszych losach naszych ulubionych bohaterów, czujemy niedosyt, bo istnieją takie "perełki", dzięki którym tracimy poczucie czasu, to one nam przypominają o prawdziwej radości czytania, kiedy po prostu nie możemy natrafić na tę idealną książkę, która nas pochłonie. "Przędza" ma zadatki, aby zostać takim idealnym "pochłaniaczem" czasu.
"Dzień po dniu jestem przerabiana w jakąś obcą osobę i zaczynam się zastanawiać, czy wiek kiedykolwiek odciśnie piętno na mojej twarzy. Mam dopiero szesnaście lat, ale wiem, że już zawsze będę niemal doskonała."
Szesnastoletnia Adelice mieszka w Romenie, mieście, które jest jednym z wielu w Arrasie, państwie, które jest precyzyjnie utkane z nici. Każdy człowiek ma swoją nitkę ściśle uporządkowaną i zajmującą określone miejsce w hierarchii. Osoby umierające są bezlitośnie spruwane, aby nie naruszyć tej niezwykle delikatnej tkaniny. Świat nastolatki jest okrutny, nie ma w nim miejsca na ustępstwa. Wysoko postawieni ludzie w Gildii decydują o śmierci innych, a funkcjonowanie w takim systemie jest możliwe dzięki Kądzielniczkom, które przędą włókna. Bez nich taki porządek nie miałby prawa bytu, dlatego w wieku szesnastu lat wszystkie dziewczyny przechodzą egzamin, który ma wykazać, czy mają one zadatki na Kądzielniczkę. 

Rodzice Adelice zawsze wiedzieli, że jest inna i ma bardzo rzadki dar. Bali się o swoją córkę, dlatego od najmłodszych lat przygotowywali ją do oblania egzaminu, niestety feralnego dnia Adelice wymykają się palce i zaczyna tkać rzeczywistość bez pomocy krosna. Od tamtej chwili jej życie na zawsze uległo zmianie, bowiem została ona powołana na Kądzielniczkę, ale jak okazuje się jest kimś znacznie ważniejszym, a fakt ten może przysporzyć jej wielu wrogów...
"To byłaby piękna, cudowna chwila, gdybyśmy nie utknęli w otchłani między światami."
Niezaprzeczalnym plusem "Przędzy" są precyzyjnie wykreowani bohaterowie, którym nie brak charyzmy i polotu. Autorka spisała się tutaj na medal, każdemu z nich przypisała ciekawy życiorys. Główna bohaterka to niezwykle odważna, a także i troskliwa dziewczyna, której po prostu nie da się nie lubić! Dlatego bez większego problemu każdy może się z nią utożsamić.

Książki o tematyce dystopijnej zyskują coraz większe rzesze fanów, ja osobiście nadal preferuję stary, dobry paranormal romance, jednak "Przędzą" jestem po prostu oczarowana! Bardzo spodobał mi się świat wykreowany przez Gennifer Albin, czegoś takiego jeszcze nie było, dzięki czemu czytając, byłam ciekawa każdej nadchodzącej strony. Nie miałam pojęcia co mnie czeka, a kiedy już myślałam, że wiem, autorka potrafiła mnie zaskoczyć. Serdecznie polecam, na pewno się nie zawiedziecie!

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:

 

sobota, 16 lutego 2013

(27). Przedpremierowo: Rebecca Serle - Kiedy byłeś mój


 
Autor: Rebecca Serle
Tytuł: Kiedy byłeś mój
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 320
Moja ocena: 8/10
Któż nie zna historię Romea i Julii, kochanków skazanych na potępienie? Ale czy ktoś pamięta Rosaline, kuzynkę Julii, a zarazem pierwszą miłość Romea. To z nią Romeo pragnął spotkać się na przyjęciu u Kapulettich i to właśnie wtedy na scenie pojawiła się Julia. Dla jednych rozpoczął się romans, dla innych - Rosaline - zaczęła się tragedia.
Nieprawda. Julia nie była słodką, niewinną dziewczyną, rozdartą wewnętrznie wyrokiem przeznaczenia. Doskonale wiedziała, co robi. Kłopot w tym, że Szekspir nie miał o tym pojęcia - amerykańska pisarka Rebecca Serle proponuje inną wersję losów kochanków. Jej powieść to trawestacja dramatu Williama Szekspira. Porzucona kobieta przedstawia w niej swoją wersję wydarzeń.
Historia zakochanych zostaje przeniesiona do czasów współczesnych. Rosaline i Rob, bohaterowie powieści "Kiedy byłeś mój", to typowi nastolatkowie, którzy uczą się razem w szkole średniej na Zachodnim Wybrzeżu USA. Od zawsze łączy ich przyjaźń, która z czasem przeradza się w znacznie głębsze uczucie. Gdy dochodzi między nimi do pierwszego pocałunku, do miasta wprowadza się Juliet - kuzynka Rosaline, jej dawna przyjaciółka, która teraz staje się jej wrogiem. Robi wszystko, żeby zbliżyć się do Roba. Jest piękna i szalona... Gdy grozi samobójstwem, Rosaline zaczyna się martwić nie tylko o serce Roba, ale też o jego życie.
 

Romeo Monteg i Julia Kapulet są to kultowi już bohaterowie dramatu Williama Szekspira. Nie ma osoby, która nie słyszałaby o romantycznej a zarazem tragicznej historii dwóch kochanków. Jesteście ciekawi jak wyglądałaby ta historia dzisiaj? W takim razie zapraszam do przeczytania recenzji "Kiedy byłeś mój" Rebeccy Serle.
"Na zewnątrz jest ciemno i kiedy tańczymy, papierowe lampiony rzucają na dziedziniec smugi światła. Czuję się jak na olbrzymiej huśtawce w parku rozrywki: świat pędzi przed siebie milion kilometrów na minutę, lecz ja jestem całkowicie zanurzona w jednej chwili."
Najpierw parę słów o książce. Główną bohaterką jest Rosaline Caplet, która uczęszcza do ostatniej klasy szkoły średniej. Dziewczyna mieszka ze swoimi rodzicami: matką niespełnioną aktorką oraz ojcem, który jest wykładowcą historii na miejscowym uniwersytecie. Nastolatka ma dwie, całkowicie oddane jej przyjaciółki: Charlie oraz Olivię. Wszystkie trzy uczęszczają do szkoły w San Bellaro, małej miejscowości na Zachodnim Wybrzeżu USA  i są zaliczane do osób popularnych. Jednak w życiu Rosie jest jeszcze ktoś... Rob, chłopak, z którym przyjaźni się od małego i z którym wielką, niespodziewaną falą połączyło ją uczucie. I kiedy wszystko zaczyna być na coraz lepszej drodze, w miasteczku pojawia się jej kuzynka Juliet, która nienawidzi Rosaline. Dosłownie. Problem w tym, że dziewczyna nie wie czym sobie na to zasłużyła. Wszystko zaczyna się coraz bardziej komplikować, gdy Juliet okazuje się osobą zdolną do wszystkiego w imię miłości...
"Mam przed sobą milion możliwości. Wieczór rozpościera się przede mną jak ocean. Rozległy, bezkresny. Mogłabym się w nim unosić już zawsze."
"Kiedy byłeś mój" jest debiutancką powieścią Rebeccy Serle, której prawa do ekranizacji zostały już wykupione. Większość z nas zachwyca się historią "Romeo i Julii", ale niewielu zastanawiało się nad tym, co było przed samą Julią. O tym, komu Romeo złamał serce. Akcja jest przemyślana i wartka, a prosty język sprawia, że wręcz ciężko się od niej oderwać. Po przeczytaniu tej książki natychmiast nasuwają się refleksje i pytania, czy naprawdę warto jest budować swoje szczęście na czyimś nieszczęściu? I czy w ostatecznym rozrachunku takie szczęście okaże się warte poniesionych strat? "Kiedy byłeś mój" czytałam jednym tchem, ciekawa każdych nadchodzących aktów i scen, na które podzielona jest książka. Zdecydowanie polecam i uważam, że jest to obowiązkowa lektura po przeczytaniu "Romea i Julii."