my heaven of books

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akurat. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2020

Kristen Ashley - "Córka gliniarza"

Autor: Kristen Ashley
Tytuł: Córka gliniarza
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 512
Gatunek: literatura obyczajowa, romans

Indy Savage jest córką policjanta i prowadzi małą, ale urokliwą księgarnię. Jest zadowolona ze swojego życia, ponieważ może liczyć na wsparcie swojego ojca, a oprócz tego ma oddanych przyjaciół, wśród których jest Ally Nightingale. Dziewczyny znają się od dziecka, ponieważ ich matki i ojcowie razem się ze sobą przyjaźnili. Pozorny spokój Indy jest jednak zaburzony prze Liama "Lee" Nightingale'a, brata jej najlepszej przyjaciółki. Indy od najmłodszych lat była w nim zakochana i wraz z upływem czasu to się nie zmieniło. Pewnego dnia ścieżki Indy i Lee krzyżują się, gdy mężczyzna zaczyna jej pomagać w rozwiązaniu pewnej dziwnej sprawy. Pracownik Indy zostaje uwikłany w przestępstwo, natomiast Lee chcąc ją chronić postanawia jej pomóc.

"Córka gliniarza" to książka z bardzo lubianego przeze mnie gatunku young adult. Jest to lekka i wciągająca książka napisana z dużą dozą humoru. "Córka gliniarza" to jedna z tych książek, które czyta się w ekspresowym tempie. Akcja jest bardzo dynamiczna i czytelnik nie ma ani chwili na oddech. Pomimo dużej objętości (ponad pięćset stron), powieść czyta się bardzo szybko, wręcz czytelnik mimowolnie sunie się po kartkach zapisanych słowami. Kristen Ashley ma lekki i bardzo przystępny warsztat pisarski, co w połączeniu z dynamiczną akcją oraz interesującą fabułą daje świetne połączenie.

Pomimo tego, że sama historia i pomysł mi się spodobały, to najbardziej irytujące były dla mnie zachowania zarówno Indy, jak i Lee. To niestety przeważyło nad moją końcową opinią o tej powieści. Naprawdę dawno nie spotkałam tak niesamowicie irytującej pary bohaterów. Są to osoby w okolicach trzydziestu lat, a ich zachowania były często irracjonalne, dziecinne i po prostu głupie. Indy jest chyba jedną z najbardziej irytujących protagonistek, o których miałam kiedykolwiek okazję czytać. Tej bohaterki dosłownie nie da się lubić. Jest bardzo infantylna i nijaka, bezbarwna, całkowicie bez żadnego polotu.


"Córka gliniarza" pomimo bardzo irytującej głównej bohaterki to wciągająca i lekka książka do przeczytania w dwa wieczory. Polecam ją szczególnie osobom, które poszukują relaksującej i wciągającej historii.

piątek, 19 kwietnia 2019

Cecelia Ahern „Skaza”


Autor:
 Cecelia Ahern

Tytuł: Skaza
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 448
Gatunek: fantastyka, fantasy, dystopia


"Skaza" to pierwsza część cyklu autorstwa Cecelii Ahern, do tej pory dobrze znanej czytelnikom z powieści obyczajowych i romansów. Ja również znam twórczość tej pisarki i bardzo ją lubię, więc gdy zauważyłam nową jej powieść "Skaza", od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. A gdy przeczytałam opis i zobaczyłam, iż Cecelia Ahern próbuje swoich sił w powieściach fantastycznych, czyli innego gatunku niż do którego nas przyzwyczaiła wiedziałam, że muszę przeczytać tą pozycję. Skończyłam i wiecie co? To było cudowne spotkanie.

Akcja "Skazy" osadzona jest w dystopijnym świecie. W świecie, w którym ludzie muszą być idealni, zakładać maski, i dopasować się do społeczeństwa. Tym krajem rządzi Trybunał. Niegdyś tym państwem rządzili politycy, którzy postępowali niemoralnie i tym samym doprowadzili kraj do upadku. Nowe władze nauczyły się na błędach i stworzyły nowy system. System, który eliminuje moralnie skażonych ludzi. To niezwykle surowe prawo, przez które moralnie skażeni ludzie otrzymują wypalony znak S i stają się Naznaczonymi. Żyją oni na granicy społeczeństwa, są postrzegani jako źli i brudni, a od pory naznaczenia obowiązują ich inne, czasem absurdalne reguły niż resztę społeczeństwa. Muszą się oni całkowicie podporządkować państwu, muszą przestrzegać określonej diety, godzin policyjnych i innych zasad. Ponadto są oni kontrolowani przez specjalnie wyznaczone osoby przez rząd - Demaskatorów. Ich życie od momentu naznaczenia jest kontrolowane, są oni pogardzani przez społeczeństwo.

W takim świecie żyje główna bohaterka "Skazy" siedemnastoletnia Celestine North. To ułożona i inteligentna dziewczyna, która wszystkim wydaje się idealna. Postępuje w sposób moralny, dobrze się uczy, potrafi odpowiednio zachować się w społeczeństwie. Wydaje się być obywatelem idealnym, bez skazy. Do pewnego feralnego dnia, który zmienia wszystko. Celestine wskutek jednego wydarzenia zostaje postawiona przed Sądem. Zostaje ona naznaczona okropnymi i strasznymi bliznami, z którymi musi żyć do końca życia. Ponadto zostaje ona ikoną rewolucji i nadziei wielu Naznaczonych. Jej życie od momentu naznaczenia staje się niebezpieczną walką.

"Skaza" to fantastyczna książka. Dawno nie czytałam tak świetnie napisanej i poruszającej historii od tej, którą przedstawiła Cecelia Ahern. Miałam obawy, czy pisarka, która do tej pory specjalizowała się raczej w innych gatunkach sprosta zadaniu. Moje obawy były bezpodstawne. Gdy tylko zaczęłam czytać, dosłownie przepadłam. "Skaza" pochłonęła mnie od początku, do samego końca dosłownie czytałam z wypiekami na twarzy. Opowieść o Celestine tak mnie wciągnęła, że skończyłam czytać "Skazę" w ciągu pięciu godzin! 

Świat wykreowany przez Cecelię Ahern jest przerażający. Pomyślcie sobie - drobna skaza, odstawanie od społeczeństwa może Was skazać na bycie moralnie skażonym. To straszna wizja, przecież nikt z nas nie jest idealny, wszyscy popełniamy błędy i się na nich uczymy. Istotą "Skazy" i systemu, który panuje w tej powieści jest to, że ludzie nie powinni uczyć się na błędach, ponieważ to nic nie daje i powinni być oni perfekcyjni. Przecież to jest niewykonalne i straszne, przedstawia przede wszystkim pewną lekcję i mądrość, że życie w takim społeczeństwie jest absurdalne i niemożliwe, a nic co ludzkie nie jest nam obce.

Cecelia Ahern podołała zadaniu stworzenia historii dystopicznej. Dodatkowo, co ogromnie mnie cieszy, "Skaza" jest tak samo emocjonująca jak inne książki tej pisarki. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, iż Ahern specjalizuje się w emocjach i ich opisywaniu.

Bardzo polubiłam główną protagonistkę, Celestine. Nie lubię buńczucznych, głupio odważnych i nierealnych bohaterek. Celestine taka nie jest. Nigdy nie ukrywała swojego przerażenia sytuacją, w której się znalazła, w końcu jest tylko nastolatką. Umie jednak się ona dopasować do nowej sytuacji, a czasem chce i staje się ikoną rewolucji, choć ciągle w głębi jest przerażona tym, co się wokół niej dzieje. 

"Skaza" to niezwykła historia, która przypadnie go gustu nawet osobom, które nie gustują w dystopiach. Sądziłam, że ocena tej powieści jest mocno zawyżona, ale się myliłam. Wartka i dynamiczna akcja, świetnie wykreowani bohaterowie i ciekawa, wciągająca fabuła to tylko ułamek tego, co Was czeka. Cecelia Ahern stworzyła przesyconą emocjami historię. Zdecydowanie polecam!
Moja ocena: 10/10


poniedziałek, 6 lipca 2015

Gail McHugh - Collide


Autor: Gail McHugh Tytuł: Collide Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 365

Emily Cooper po śmierci swojej matki przeprowadza się do Nowego Jorku wraz ze swoim chłopakiem, Dillonem, aby rozpocząć nowe życie. Wszystko wydaje się układać wręcz idealnie. Do pewnego momentu. Gdy poznaje przystojnego Gavina Blake'a, niczego już nie jest pewna. Wie jednak, że ich oboje łączy jakieś magnetyzujące przyciąganie... Główna bohaterka walczy o bycie lojalną w stosunku do Dillona, ale przychodzi jej to coraz trudniej, ponieważ już nie rozpoznaje niegdyś troskliwego, a obecnie agresywnego i zaborczego mężczyznę. Emily jest rozdarta pomiędzy tym, co nakazuje jej sumienie a tym, czego pragnie jej serce...

O "Collide" ostatnio było dosyć głośno w Polsce. Spodobała mi się nie tylko piękna i niezwykle klimatyczna okładka tej książki, ale także i sam opis. Ja po prostu nigdy nie mogę darować sobie przeczytania jakiegoś dobrego i podnoszącego na duchu romansu. Na powieść Gail McHugh skusiłam się ze względu na liczne i pozytywne recenzje - stwierdziłam, że po prostu muszę się przekonać na własnej skórze, czy zostanę fanką twórczości tej autorki. I tak właśnie się stało.

Historia, którą prezentuje swoim czytelnikom Gail McHugh na pierwszy rzut oka może się wydać bardzo banalna i transparentna. W końcu motyw trójkąta w literaturze jest dosyć szeroko znany i pisarze często z niego korzystają. I choć generalnie nie przepadam za tego rodzaju kombinacjami (wydają mi się zbyt przewidywalne i mało ciekawe), to w przypadku "Collide" pokochałam stronę, w którą autorka zdecydowała się pójść. Związek Emily & Dillona jest na tyle niejednoznaczny, że tak naprawdę przez większą część lektury miałam spore wątpliwości co o nich myśleć. Oszem, Dillon to dosyć agresywna i zaborcza postać, ale co by nie powiedzieć - miał swoje dobre strony i dobre momenty, chociażby te dosyć skąpo opisane przez pisarkę. Mam tutaj namyśli, gdy chłopak pomagał swojej dziewczynie po śmierci jej matki. Ja sama na miejscu głównej bohaterki czułabym się co najmniej skołowana. Szkoda jedynie, że autorka jakby na siłę starała się przedstawić tę osobowość jako złą. Jednak wydaje mi się, skoro trójkąt będzie obowiązywał w kolejnych częściach, a z pewnością tak będzie dla urozmaicenia akcji, Dillon pokaże jeszcze swoją "inną" stronę. Co się tyczy Gavina... Polubiłam go, aczkolwiek chyba liczyłam w tej kwestii na większą sympatię. Jest on póki co zbyt troskliwy i zbyt "uroczy", żeby wzbudzał jakieś większe emocje. Okej, w prawdziwym życiu zapewne jest mężczyzną idealnym, jednak w książkach to właśnie badboye skradają największą uwagę i sławę.

Szczerze mówiąc to spodziewałam się, że w "Collide" wątek trójkąta będzie oczywiście obowiązywał, co można wywnioskować z opisu na tylnej okładce, ale myślałam, że kontynuacja już obędzie się bez niego. Najwyraźniej się myliłam, co bardzo mnie cieszy w tym przypadku, ponieważ zakończenie jest pełne suspensu. Coś czuję, że Gail McHugh w sequelu nieźle namiesza w życiu Emily...

Zdecydowanie największym mankamentem "Collide" jest główna bohaterka. Do bólu irytująca i niezdecydowana. Naprawdę z całej siły starałam się wykrzesać do niej choć iskrę sympatii, ale niestety nie udało mi się to niezwykle trudne zadanie. W pewnym momencie lektury zaczęłam się wręcz zastanawiać co widzą w niej Dillon i Gavin, oczywiście oprócz urody. Najbardziej w Emily irytowała mnie jej dziecinność i nieustannie niezdecydowanie. Sama nie wiedziała czego chce, a podobno to dorosła kobieta. Mam nadzieję, że w kontynuacji ją polubię (choć minimalnie).

"Collide" nie jest książką pozbawioną wad, największą z nich jest Emily, jednak to wcale aż tak bardzo nie przeszkadzało mi w lekturze. Nie w momencie, gdy miałam inne interesujące osobowości do podziwiania. Dillon - postać niejednoznaczna, która wyzwala w czytelniku wiele emocji, co o nim sądzić? Za kogo go mieć? Gavin, na którego zawsze można polegać i który bez wątpienia ma niesamowicie magnetyzującą relację z Emily. Kogo ostatecznie wybierze główna bohaterka? Będę musiała sięgnąć po kontynuację, "Pulse", aby się tego dowiedzieć, ponieważ Gail McHugh zaserwowała swoim czytelnikom iście poetyckie zakończenie, które zwiastuje jeszcze więcej emocji i dynamizmu w drugim tomie. Już nie mogę się doczekać tych kilku godzin przyjemnej i satysfakcjonującej lektury... Polecam, na obecną porę "Collide" jest wręcz idealnym i najlepszym wyborem!
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Cecelia Ahern - Kiedy cię poznałam

 https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjjIpCrfyiMSy6X_dYI-zSnHvXqeQRAqWVGK7ByubI9cTBD2XBxp3cJ9feb7McGSorp_bRG_5d0NK3pGBd4bgnNgoO7Md_UxfrndjHAfd0fP6EUiyEJr2ECdD8Cbtm3Kv46tOGP6weNFoqW/s1600/Kiedy_cie_poznalam_okladka.jpg
Autor: Cecelia Ahern Tytuł: Kiedy cię poznałam Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 412

Uwielbiam sięgać po książki "sprawdzonych pisarzy", czyli takich, których książkę lub książki już czytałam. W przypadku Cecelii Ahern wręcz nie mogłam się doczekać, gdy w moich dłoniach będzie leżała jej najnowsza powieść, która ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa Akurat - "Kiedy cię poznałam". Po Ahern oczekiwałam tylko najlepszego, w końcu jak mogłoby być inaczej - "Love, Rosie" absolutnie i nieodwołalnie pokochałam. Jesteście ciekawi jakie jest moje zdanie na temat innego jej dzieła? W takim razie zapraszam do przeczytania mojej recenzji!

Trzydziestotrzyletnia Jasmine Butler wiedzie stateczne życie. Lubi być zajęta i oddawać się w pełni swojej pracy. Wszystko układa się wręcz idealnie, ale do pewnego momentu... Bo gdy zostaje zwolniona, nic już nie jest tak kolorowe i perfekcyjne. Jasmine zostaje wysłana na przymusowy urlop roczny, w czasie którego nie może podjąć żadnej innej pracy. Czas ten nasza główna bohaterka przeznacza na spędzanie czasu z bliskimi, a w tym ze swoją starszą siostrą która została dotknięta zespołem Downa. Młoda kobieta jednak nie jest zadowolona z tak dużej ilości wolnego czasu - wręcz przeciwnie - rozpacza, że została bez żadnego stałego zajęcia. Wybiera się ona w metaforyczną podróż ku poznaniu samej siebie i zawarciu bardzo niespodziewanej przyjaźni ze znienawidzonym sąsiadem...

Niesamowita historia autorstwa równie niesamowitej i utalentowanej pisarki. Cudownie się bawiłam czytając tak mądrą i tak wartościową powieść, jaką jest "Kiedy cię poznałam". Co mogę więcej rzec - właśnie dla takich książek kocham czytać i czerpię z tego ogrom radości. Już po drugiej powieści Cecelii Ahern, którą przeczytałam mogę zdecydowanie stwierdzić, że jej twórczość jest pełna istotnych przekazów. Przekazów, których nie wolno ignorować i trzeba wziąć pod uwagę. W życiu nie liczy się tylko praca. Nie można oceniać ludzi na podstawie pobieżnych spojrzeń albo jednej sytuacji - tutaj idealny przykład nieco zagubionego Matt'a oraz Heather, która cierpi na zespół Downa. Zazwyczaj takie osoby ocenia się na podstawie wyglądu albo utartych i bolesnych stereotypów. Kiedyś gdzieś usłyszałam, że nikt jednak nie kocha tak mocno, jak dotknięci zespołem Downa i po lekturze tego dzieła mogę stanowczo z tym stwierdzeniem się zgodzić. Nigdy nie jest za późno na szczęście i odkrycie samego siebie. Właśnie to (i prawdopodobnie jeszcze o wiele więcej, czego nie wyłapałam) udowadnia Cecelia Ahern. Przez te wartości jej książka nabiera wręcz moralizatorskiego klimatu, który już w "Love, Rosie" bardzo przypadł mi do gustu.

"Kiedy cię poznałam" to jedna z tych mądrych i wartościowych książek, po których przeczytaniu czytelnik w pewien motywujący sposób czuje się podbudowany do działania, do zrobienia czegoś konkretnego ze swoim życiem. Prawda jest taka, że każdy z nas jest kowalem własnego losu i może go odmienić, do tego wystarczy szczypta pomysłowości i wyobraźni. W czasie lektury nieraz się śmiałam, nieraz czułam się wzruszona, ale zdecydowanie ciągle towarzyszyło mi napięcie. Twórczość Cecelii Ahern to idealny sposób na spędzenie wieczoru lub dwóch, ja już zdałam sobie z tego sprawę... Pytanie, czy Ty - mój drogi czytelniku - też?
"Kiedy miejsca przeznaczenia nie znamy, możemy docenić samą podróż."
Moja ocena: 8/10

niedziela, 5 kwietnia 2015

Przedpremierowo: Kathryn Taylor - Barwy miłości


Autor: Kathryn Taylor Tytuł: Barwy miłości Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 349

Powieści erotyczne za sprawą osławionych "Pięćdziesięciu twarz Greya" przeżywają prawdziwy rozkwit wydawniczy. Nic dziwnego, bo wielu z nas bardzo chętnie sięga po tego rodzaju książki, ponieważ z powodzeniem potrafią umilić nam czas. Są lekkie, przyjemne, czyta się je wręcz w błyskawicznym tempie. Po ciężkim dniu często właśnie takiej lektury potrzebuję, żeby się odstresować. Wydawnictwo Akurat wyszło fanom tego gatunku naprzeciw i już 8 kwietnia ukaże się dzieło Kathryn Taylor o wdzięcznym tytule - "Barwy miłości".

Dwudziestodwuletnia Grace Lawson wyjeżdża ze swojego rodzinnego Chicago, gdzie studiuje ekonomię prosto do miejsca, które na zawsze odmieni jej życie... Do Londynu, gdzie rozpoczyna swoje praktyki w firmie Huntington Ventures, której właścicielem jest nieziemsko przystojny Jonathan Huntington. Prawdopodobnie jeden z najbardziej pożądanych kawalerów na świecie. Nie potrzeba wiele, aby nasza główna bohaterka zapałała do niego sympatią. Nic jednak nie jest tak proste, jak się wydaje, a świat, w który wkracza Grace jest niesamowicie mrocznym miejscem...

Mogę sobie narzekać na "greyopodobne" twory, ale fakt pozostaje faktem. Chętnie sięgam po takie książki. Zdarzyło mi się kilka razy, że naprawdę zapałałam sympatią do takich powieści i co zaskakujące- zostałam ich fanką. "Barwy miłości" kusiły mnie od momentu, w którym usłyszałam, że ukażą się w Polsce, dlatego cieszę się, że mogłam przeczytać to dzieło przedpremierowo, żeby teraz Wam przekazać moje wrażenia. A są dosyć mieszane.

"Barwy miłości" są pełne schematów, muszę to zaznaczyć na wstępie, w razie jakby ktokolwiek miał jakieś wątpliwości. Nieśmiała i niedoświadczona studentka zostaje uwikłana w związek z mężczyzną, który w żadnym stopniu nie jest dla niej odpowiedni. Później wszystko toczy się z górki, ale jednak żeby nie było tak łatwo, potrzeba trochę dramatu pod koniec i voila - przepis na erotyk gotowy. Generalnie podobała mi się książka Kathryn Taylor, ale myślę, że w wielu aspektach mogłaby zostać poprawiona i w efekcie czytałoby się ją po prostu z napięciem, i wypiekami na twarzy. A tego właśnie mi zabrakło. Szkoda, bo w tego rodzaju dziełach właśnie tego oczekuję. Tego, że w chwili, gdy zacznę czytać pierwszą stronę, przepadnę. Głucha na jakiekolwiek obowiązki, ponieważ fikcyjne wydarzenia toczące się w książce są tak absorbujące. W "Barwach miłości" najzwyczajniej w świecie tego nie odnalazłam. Jest to przyjemna lektura, lekko i przystępnie napisana, a co najważniejsze - czyta się ją naprawdę szybko. Tylko jak wyżej wspomniałam, jest to przygoda, której brak napięcia i jakby werwy.

W "Barwach miłości" oczywiście główną męską postacią, do której można, a nawet trzeba wzdychać, jest Jonathan Huntington. Odnoszący sukcesy biznesmen z mroczną przeszłością, o której czytelnik zresztą nie dowie się wiele z lektury pierwszego tomu. To jednak było do przewidzenia - Taylor przecież nie poda nam wszystkiego na tacy. W każdym razie, zazwyczaj tacy bohaterowie zyskują moją sympatię, jednak w przypadku tej konkretnej persony, nie mam dokładnie wyrobionej opinii. Najzwyczajniej w świecie nie wiem co o nim sądzić. To nie tak, że od początku pokazywał, że ma dobre serce i mroczną przeszłość. On właśnie od samego startu nie oszukuje Grace, nie wplątuje jej w toksyczną relację. Nie kłamie, nie manipuluje, żeby osiągnąć swój cel. I właśnie dlatego jest na tyle interesującą postacią, że zdobywa fascynację czytelnika. Myślę, że w kolejnej części duet Grace i Jonathana stanie się ciekawą mieszanką.

"Barwy miłości" to lektura, którą każdy fan gatunku przeczyta w błyskawicznym tempie. Nie jest pozbawiona wad, jednak wciąż mogłam czerpać niemałą przyjemność z jej lektury. Jestem ciekawa, co autorka przygotowała swoim czytelnikom w kontynuacji.
Moja ocena: 6/10

czwartek, 5 marca 2015

Claire Kendal - Wiem o tobie wszystko

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/245000/245847/352490-352x500.jpg
Autor: Claire Kendal Tytuł: Wiem o tobie wszystko Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 413

Jestem pewna, że całkiem niedawno mieliście okazję usłyszeć o książce Claire Kendal - "Wiem o tobie wszystko". A to za sprawą sprytnej i dobrze przemyślanej akcji promocyjnej wydawnictwa Akurat. Otóż czytelnik otrzymuje całkiem zwyczajnie zapakowaną powieść, a przynajmniej tak myśli, dopóki nie rozrywa białej koperty i w środku znajduje... Kilka zdań o sobie samym na brązowym papierze, które z pewnością wielu z Was (a w tym mnie) wprawiły w zdumienie. Oto, jak wiele można się dowiedzieć o drugiej osobie jedynie za sprawą stron społecznościowych. Nie ma co się oszukiwać i mamić - w obecnych czasach ofiarą stalkingu może stać się każdy.
Clarissa z zewnątrz wydaje się mieć poukładane, stateczne życie. To jednak tylko pozory. Kobieta bowiem z dnia na dzień toczy prawdziwą walkę, bojąc się o swoje życie. Główna bohaterka jest ofiarą stalkingu i ilekroć gdzieś wychodzi, musi oglądać się za ramię, sprawdzać, czy jej oprawca nie kryje się w cieniu. Nawet we własnym domu nie może czuć się bezpiecznie.

Rafe jest niebezpieczny, przerażający, ale także i bystry. Dobrze wie, gdzie uderzyć, aby najbardziej zranić Clarissę. Wie, jak zachować pozory, aby jego zachowanie nie wydawało się podejrzanie.
Czy ktokolwiek pomoże głównej bohaterce, nim będzie za późno?

"Wiem o tobie wszystko" to doprawdy książka-zagadka. Zaczyna się intrygująco, wzbudzając w czytelniku nieodpartą ciekawość. Co będzie dalej? Czy Clarissie uda się ujść z rąk oprawcy? Choć tempo akcji jest raczej stonowane i równomierne, wcale mi to nie przeszkadzało. W tego rodzaju książkach pośpiech nie jest po prostu wskazany. W thrillerach nie liczy się dynamizm, ale umiejętność budowania napięcia i klimatu zgrozy. Czy Claire Kendal to wyszło? Powiedziałabym: średnio. To jest debiut tej pisarki i jest to niestety widoczne.

Wyżej napisałam, że "Wiem..." jest książką-zagadką. Pewnie się zastanawiacie, do czego zmierzam. Już śpieszę wyjaśnić. To debiutanckie dzieło ma ciekawy start, pierwsze dwieście stron czyta się dosyć lekko i przejrzyście, ale jakoś druga połowa, która w zamierzeniu powinna być tą lepszą, jest po prostu o wiele słabsza. Nie wiem, co się pani Kendal stało, że z dobrym startem, pociągnęła dalej swoją historię w mało satysfakcjonujący sposób. Zabrakło mi tego wszechobecnego napięcia, które towarzyszyło mi tylko na początku lektury, a wraz z jej postępem jakoś mi umknęło. To napięcie wróciło do mnie dopiero w czasie czytania ostatnich pięćdziesięciu stron, gdzie wręcz wiedziałam, że coś się stanie, ale nie wiedziałam kiedy.

"Wiem o tobie wszystko" to thriller, który spodoba się raczej mało wymagającym czytelnikom, którzy nie oczekują odczuwania autentycznego przerażenia, czy nieustannie towarzyszącego napięcia. Debiutancka powieść Claire Kendal jest po prostu dobra, ale niestety nie wywarła na mnie ogromnego wrażenia.
Moja ocena: 6/10

czwartek, 25 grudnia 2014

Sylvain Reynard - Ekstaza Gabriela

Autor: Sylvain Reynard Tytuł: Ekstaza Gabriela (tom 2) Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 461

Ponad rok temu miałam okazję zapoznać się z książką "Piekło Gabriela", o której nie ukrywam, że słyszałam wiele pochlebnych opinii. Ku mojemu zdziwieniu, losy szanowanego profesora, specjalisty z zakresu twórczości Dantego - Gabriela Emersona oraz jego studentki - Julii Mitchell niesamowicie mnie pochłonęły i okazały się czymś, czego się nie spodziewałam. Oczekiwałam "diabelskiego erotyku", tak jak głosi napis na każdym z trzech tomów. Myślałam sobie: "czyżby kolejny Grey?". Bardzo się cieszę, że dałam szansę tej trylogii, bo autor umiejętnie ukazał dwóch bohaterów, mających za sobą ciężkie doświadczenia i trudne życie. Prequel niesamowicie rozbudził moją ciekawość za sprawą dobrze zarysowanych postaci, ich realnych życiorysów i interesującej fabule. Nie obyło się jednak bez wpadek. "Piekło Gabriela" jest książką dużą objętościowo, bo liczy sobie prawie siedemset stron. Akcja chwilami była rozwleczona do granic możliwości i nudna, tylko po to, aby za chwilę niewiarygodnie przyśpieszyć. Jednak ja nie chcę przecież pisać o pierwszej części tylko o sequelu - "Ekstazie Gabriela". Jesteście ciekawi, czy okazał się lepszy?

Po cudownym czasie spędzonym we Włoszech, Gabriel Emerson i Julia Mitchell wracają do monotonnej codzienności. On do pracy jako wykładowca na uniwersytecie, a ona jako pilna i ambitna studentka. Wydawałoby się wręcz, że wszystko układa się wprost perfekcyjnie, jednak do pewnej chwili... Związek bohaterów zaczyna natrafiać na problemy, które powoli i nieubłaganie oddzielają ich od siebie...

Przede wszystkim "Ekstaza Gabriela" ma prawie pięćset stron, co wyszło jej tylko na dobre. Chyba nie zniosłabym kolejnych nużących rozdziałów, niewnoszących nic ciekawego w oś fabularną powieści. Sylvain Reynard to autor, który skupił się w tej części na większym dynamizmie akcji, co znacznie poprawiło jakość lektury. Mimo to, początek tej książki nie zaciekawił mnie. Dobra, mamy Włochy, piękne krajobrazy, wprost idealnie na rozwój romansu. Ja jakoś nie odczułam tego specyficznego klimatu - ba - miałam dość tej całej romantycznej otoczki, która do mnie nie trafiała. Ciągłe zapewnienia o dozgonnej miłości, górnolotne poematy i liczne nawiązania do kultury w końcu zaczynały mnie nudzić. Zaczynałam się poważnie obawiać o sequel. "Piekło Gabriela" w swojej wymowie było takie dojrzałe i poważne, w piękny sposób ukazywało miłość, natomiast "Ekstaza Gabriela" zaczynała podjeżdżać mi taką tandetą. Ja naprawdę nie lubię sztuczności, słodkości i wymuszonych dialogów. Pewnie się nie zdziwicie, jak Wam napiszę, że po lekturze stu stron miałam ochotę rzucić nią o ścianę. Nie ciekawiła mnie, nużyła, po co więc w to brnąć, myślałam, ale dalej uparcie brnęłam. Na całe szczęście! Później zaczynają się schody i same dramaty... Czyli to, co czyni książkę najciekawszą! Jak w jednej chwili dosłownie wszystko może wydawać się wymuszone, tylko po to, aby za jakiś czas zadziwiać swoją prawdziwością?

Powiedziałabym, że właściwa akcja zaczyna się po wyjeździe Gabriela i Julii z Włoch. Wtedy kończy się romantyczna wycieczka, a zaczyna prawdziwe życie. Czy miłość dwójki osób, które dzieli dziesięć lat różnicy przetrwa trudny codziennej egzystencji? Cóż, tego dowiecie się tylko, gdy sięgniecie po tą serię. Powiem jedno - łatwo nie będzie. Gdy zaczynały się problemy, wprost spijałam słowa z kartek, czytałam rozdział za rozdziałem. Dosłownie nie mogłam się oderwać, podczas gdy początkowo czułam niechęć, im dalej w las, tym coraz bardziej zakochiwałam się w tej powieści. Sylvain Reynard ukazał niesamowicie prawdziwie dojrzały związek dwójki ludzi, a także ich ewolucję. Gabriel się zmienił, Julia się zmieniła, w skrócie - odmienili siebie nawzajem. Główna bohaterka przestała irytować, a mroczny profesor przestał być już tak mroczny - powiedziałabym - że stał się bardziej przystępny i interesujący. Ich relacja jest nietypowa i po prostu piękna, oboje siebie uzupełniają.

Z "Ekstazą Gabriela" miałam niezłe ekscesy. Udało mi się przebrnąć przez trudny i żmudny początek, aby dobić się do wspaniałej całej reszty, którą czyta się po prostu dobrze i przyjemnie. To historia pięknej miłości, która została świetnie przedstawiona i jestem pewna, że wielu czytelników jeszcze ją pokocha. Tylko dlaczego reklamować ją jako "diabelski erotyk", podczas gdy niewiele w niej scen seksu, które zresztą w niczym nie przypominają tandetnego harlequina?
Polecam!
"Wszechświat nie jest oparty na magii- nie istnieje jeden zestaw zdarzeń dla dobra i drugi dla zła. Każdy czasem cierpi. Pytanie brzmi: co zrobimy z naszym cierpieniem?"
Moja ocena: 8/10

środa, 10 grudnia 2014

Cecelia Ahern - Love, Rosie

Autor: Cecelia Ahern Tytuł: Love, Rosie Wydawnictwo: Akurat Liczba stron: 510

"Love, Rosie" (tytuł oryginalny to "Na końcu tęczy") to książka autorstwa Cecelii Ahern ( "PS kocham cię"). Z pewnością o tej książce jeszcze dużo usłyszycie, ponieważ niedawno ukazała się jej ekranizacja w gwiazdorskiej obsadzie. Wcale się temu nie dziwię. "Love, Rosie" to jedna z tych niesamowitych urzekających historii, przy których czas płynie nieubłaganie szybko. Nie pozostaje Wam nic innego, jak usiąść w te zimne dni, z kubkiem gorącej herbaty i oddać się absorbującej lekturze.

Alex i Rosie znają się od dzieciństwa i są praktycznie nierozłączni. Inni ludzie przyglądają się im ze zdziwieniem - w końcu czy to możliwe, aby chłopak i dziewczyna stworzyli przyjaźń? Nie taką zwyczajną, ale silną więź do końca życia. Pewnego dnia jednak Alex wyprowadza się z pięknej Irlandii do Dublina i zostawia swoją najlepszą przyjaciółkę. Rozłąka dla dwóch osób, które potrafiły spędzać ze sobą każdą minutę swojego życia jest czymś niewyobrażalnie trudnym. Czy ich związek przetrwa próbę czasu i mieszkania na innych kontynentach?

"Love, Rosie" to tak naprawdę książka o życiu. O rodzinie, o przyjaźni, o miłości. To prawdziwy misz-masz doświadczeń każdego człowieka. Same te motywy są wszystkim molom książkowym świetnie znane, były przerabiane w końcu przez wielu pisarzy na wiele rozmaitych sposobów. Wydawałoby się, że ta powieść to nic specjalnego, ot, kolejne tego rodzaju dzieło poruszające utarte schematy, o którym równie szybko, co się przeczytało, zapomni. Jak się zapewne domyślacie - nie jest to prawda. Same ponadczasowe wartości nie gwarantują udanej lektury, ale już ich forma - tak. "Love, Rosie" zostało napisane przez Cecelię Ahern w dosyć nietypowy sposób, ponieważ składa się jedynie z listów, e-maili czy zapisków z czatu. Muszę przyznać, że na początku dosyć ciężko było mi się wbić w rytm w tej powieści, ale gdy już to zrobiłam... Nie potrafiłam się oderwać i skończyłam ją w ekspresowym tempie! Tak mnie pochłonęła, że nawet nie zerkałam na zegarek, bo wiedziałam, iż w spokoju mogę oddać się tak cudownej książce.

Recenzje "Love, Rosie" nie są przesadzone ani trochę. Wysokie oceny tej powieści są po prostu zrozumiałe i każdy, kto ją przeczytał wie, że nie można ocenić jej inaczej. To absolutnie niesamowita historia, od której wręcz bije ciepło i magia. Cecelia Ahern pisze w taki sposób, że trzyma emocje czytelnika w garści i nie wypuszcza go aż do ostatniej strony. To jedna z niewielu pisarek, które potrafią wywołać autentyczne emocje. Do tego nietypowa forma listów, wręcz gwarantuje autorce zaangażowanie ze strony czytelników. Chwilami czułam się, jakbym wręcz została wrzucona w wir wydarzeń, nie tylko tych teraźniejszych, ale też przeszłych. Ponadto bohaterowie są tak żywi, jakby zostali wyrwani z kart powieści. Są pełnokrwiści, pełni wad i zalet, posiadający poczucie humoru. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że pokochałam ich wszystkich. A Rosie i Alex... są postaciami, które znalazły sobie wygodne miejsce w moim sercu.

"Love, Rosie" to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek miałam okazję przeczytać. Każda jej strona jest nacechowana emocjami, a czytelnik wraz z bohaterami przeżywa ich wzloty i upadki. Słodko-gorzkie chwile, urocze wpadki i piękne wspomnienia. Prawi o tym, że miłość można odnaleźć w każdym wieku, o tym, że każdy człowiek w swoim życiu otrzymuje drugą szansę na szczęście. Świetnie mi się czytało tą powieść i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze zapoznać z innymi dziełami Cecelii Ahern. Polecam!

"W każdym razie chciałam powiedzieć, że nie chcę być jedną z tych osób, o których tak łatwo się zapomina, kiedyś niezmiernie ważnych, wpływowych i cenionych, które po latach stają się wyłącznie bladym wspomnieniem i niewyraźnym zarysem w pamięci. Ja chcę być zawsze twoją przyjaciółką, Alex".
Moja ocena: 9/10

środa, 3 grudnia 2014

DZISIEJSZE PREMIERY : "Love, Rosie" i "Niebezpieczne istoty"

Dzisiaj mają premierę dwie książki, które moją uwagę zwróciły już wcześniej. "Love, Rosie" jeszcze nie czytałam, jednak w tym tygodniu na pewno ją zacznę, więc recenzja niebawem. Filmu niestety nie uda mi się w najbliższym czasie obejrzeć, ale mam nadzieję, że powieść mnie zadowoli. Co się tyczy "Niebezpiecznych istot", już je przeczytałam (RECENZJA) i co mogę napisać - nie zawiodłam się ani trochę. Kto by pomyślał, że spinoff może być lepszy od pierwowzoru?

CECELIA AHERN - "LOVE, ROSIE"
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 510
UWAGA! Książka była wcześniej wydana pt.: "Na końcu tęczy".

Po wzruszającym "PS Kocham Cię" następna powieść Cecelii Ahern została przeniesiona na srebrny ekran. W rolę Rosie wcieliła się Lily Collins, doskonale znana z filmów "Królewna Śnieżka", "Dary Anioła: Miasto kości" czy "Porwanie", Alexa zagrał Sam Claflin, odtwórca głównych ról w filmach "Uśpieni", "Królewna Śnieżka i Łowca", "Igrzyska śmierci".

Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?

Czy warto czekać na prawdziwą miłość? Czy każdy z nas ma swoją "drugą połówkę"? Może dowiemy się tego po lekturze tej ciepłej i wzruszającej powieści. 

KAMI GARCIA & MARGARET STOHL - "NIEBEZPIECZNE ISTOTY"
Wydawnictwo: Feeria Young (Feeria Young)  
Liczba stron: 332
Ridley to bardzo, bardzo niegrzeczna dziewczynka. Nie można jej ufać, a co gorsza, nie można zaufać też sobie, gdy jest się obok niej. Jej chłopak Link to muzyk rockowy. Razem wyjeżdżają do nowego Jorku, gdzie Link ma nadzieję rozpocząć karierę.

Wkrótce okazuje się, że może to być ich ostatnia podróż, bo cena za ich życie jest bardzo wysoka…

poniedziałek, 13 października 2014

Tina Reber - Miłość bez scenariusza

Autor: Tina Reber Tytuł: Miłość bez scenariusza Wydawnictwo:  Akurat Liczba stron: 670

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę trzymając wygodnie w swoich dłoniach powieść Tiny Reber "Miłość bez scenariusza" to jej objętość. Książki mające tyle stron zazwyczaj kojarzą mi się z fantastyką. A o czym prawi ta pisarka, pytacie? Reber w mojej opinii postawiła sobie wysoko poprzeczkę decydując się na napisanie romansu. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy i czy w ogóle czytałam dobrze napisane dzieło z tego gatunku. Nie zdziwicie się więc, gdy napiszę, że miałam pewne obawy, chociaż romans sam w sobie jest dla mnie bardzo interesujący i lubię czytać tego rodzaju powieści. Pod warunkiem, że bez opamiętania wciągają w swój świat czytelnika, sprawiając, iż rzeczywistość nie będzie miała żadnego znaczenia w obliczu ciekawej lektury. Czy moje pragnienia zostały spełnione? W dużej mierze tak, jednak wciąż nie jestem usatysfakcjonowana.

W "Miłości bez scenariusza" czytelnik poznaje dwudziestosiedmioletnią Taryn Mitchell, mieszkankę małego miasteczka, która - wydawałoby się - ma wszystko, czego potrzebuje do szczęścia. Jest właścicielką baru, ma oddanych przyjaciół i w skrócie mówiąc wiedzie stateczne i spokojne życie. Główna bohaterka ma pewną skłonność: po wielu miłosnych zawodach nie chce więcej angażować się w żaden związek, nie chce ryzykować tego, iż znowu może zostać zraniona. Do pewnego dnia... Tego dnia w jej miejscowości zaczynają kręcić kontynuację niesamowicie popularnego filmu - "Seaside", w którym pierwsze skrzypce gra boski Ryan Christensen, posiadający dosłownie miliony fanek na całym świecie. Losy tych dwojga nigdy nie powinny się skrzyżować, ale tak się dzieje - i to jedno niefortunne wydarzenie zmienia ich życie na zawsze. Jednak czy związek osób, pochodzących z dwóch całkowicie innych światów ma jakąkolwiek szansę na przetrwanie?

Powiem tak: fabuła na początku wydawała mi się taka banalna, oklepana, ale ja jestem taka, że nie skreślam książki, bo "to już było". I dobrze, że tego nie zrobiłam, bowiem "Miłość bez scenariusza" już na samym początku skojarzyła mi się z powieścią polskiej pisarki pt. "Ostatnia spowiedź" (nadal mam mam złe wspomnienia po tym czytelniczym niewypale). W "Ostatniej..." poruszany temat jest podobny, jednak już sposób jego przedstawienia i bohaterowie są po prostu nie do zniesienia. Czytanie tego "dzieła" było jak nieustanna droga przez mękę. Ja jednak nie o tej powieści chcę pisać, ale o "Miłości bez scenariusza", w której opisana historia okazała się być dla mnie niezwykle zaskakującą i absorbująca, a przede wszystkim pełna ciepła. Nie było w niej żadnych sztucznych i wymuszonych dramatów, ale ta prawdziwość zarezerwowana dla niewielu dzieł. Dlaczego zestawiłam oba te dzieła razem? Mianowicie dlatego, iż "Miłość..." idealnie ukazuje jak polskim autorom jest daleko do międzynarodowego poziomu, chociażby Tiny Reber. Fakt, chwilami naprawdę się nudziłam w czasie lektury tej książki i miałam ochotę przekartkować kilka stron do przodu, to i tak wolę to, niż słodkość nie do wytrzymania w "Ostatniej spowiedzi".

Mogłoby się wydawać, iż prawie siedemset stron to stanowczo za dużo jak na historię aktora i zwyczajnej dziewczyny. I jest to niestety prawda. Chwilami nudziłam się niemiłosiernie i nie mogłam się zmusić, aby wrócić do czytania tej powieści. Irytowały mnie także za częste miłosne wyznania bohaterów, co za dużo to nie zdrowo. Gołym okiem jednak widać, iż Tina Reber bardzo dużo czasu i swoich umiejętności włożyła w realne ukazanie relacji łączących Ryan'a i Taryn i to jest na plus. Zrobiła to w sposób bardzo wiarygodny, sprawiając, iż czytelnik z ciekawością kibicuje tym bohaterom, życzy im powodzenia i cieszy się razem z nimi. Obserwowanie, jak stopniowo ich związek zaczyna ewoluować, jak oboje radzą sobie z wieloma aspektami sławy jest naprawdę interesującym doświadczeniem, jednak uważam, że można było całą ich opowieść rozegrać nieco szybciej, bez zbędnych przerywników i przejść w końcu to sedna.

Jak pewnie zdążyliście się domyślić, spodobało mi się dzieło "Miłość bez scenariusza", pomimo tego, że ma ono swoje wady. To powieść z gatunku lekkich i ciepłych historii, które potrafią umilić czas na kilka dni (mi lektura tego dzieła zajęła tydzień, ze względu na kompletny brak czasu). Jeśli lubujecie się w romansach, to ta książka jest dla Was pozycją obowiązkową!
Moja ocena: 6/10

czwartek, 26 czerwca 2014

Sarah Lotz - Troje

Troje - Sarah Lotz
Autor: Sarah Lotz
Tytuł: Troje
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 474
Moja ocena: 6/10
Gdy w moje ręce trafiła książka "Troje" Sary Lotz poniekąd wiedziałam, że nie będzie to zwyczajna lektura. Przesyłka od wydawnictwa została zapakowana w czarną kopertę, co jest - przynajmniej dla mnie - dosyć nietypowe. Sama oprawa graficzna tej powieści jest na mistrzowskim poziomie, a musicie wiedzieć, że ja rzadko wspominam o tym aspekcie, chyba, że jest bardzo okropny i zaniedbany albo wręcz przeciwnie - przyjemny dla oka. "Troje" ma wszystko na swoim miejscu, a wydawnictwu należy się solidne uznanie. Okładka jest tajemnicza, intrygująca, widzimy na niej trzy czerwone paski, w których po dokładniejszym przyjrzeniu się można zauważyć twarze dzieci. Nad nimi widzimy przelatujący samolot. Czerń w połączeniu z czerwienią przykuwa wzrok, intryguje, a wraz z zawartością po prostu mnie oczarowała. Zdawkowy opis na tylnej okładce nie do końca naprowadza czytelnika na trop, z czym będzie musiał się zmierzyć, a to stwarza aurę pełną tajemniczości.

O czym właściwie jest ta powieść? Mianowicie pewnego - wydawałoby się - zwyczajnego dnia, 12 stycznia 2012 ma miejsce nie jedna, a cztery katastrofy lotnicze w różnych częściach świata. Tego jeszcze nie było, prawda? Ludzie są zaszokowani, nikt nie może w to uwierzyć, w końcu jak to możliwe, aby w tym samym czasie rozbiły się cztery samoloty? Na domiar tego opinię publiczną szokuje fakt, że z życiem uszło troje dzieci, praktycznie bez szwanku. I tak oto rodzą się plotki, komentarze, przypuszczenia - jakim cudem? Rozmaici ludzie prześcigają się w znajdowaniu coraz to różniejszych teorii, m.in wytłumaczeń poszukują w religii, jakoby ocalali symbolizowali Czterech Jeźdźców Apokalipsy. "Troje" to bardzo nietypowa książka, o czym zresztą wspominałam wcześniej. To "książka w książce". Fikcyjna pisarka Elspeth Martins tytułuje swoją powieść "Czarnym Czwartkiem", gdzie znajdują się analizy, rozmowy, teorie... wszystko razem wzięte związane z fenomenem trojga.

"Troje" jest na tyle realne, że w pewnym momencie po prostu musiałam wpisać w wyszukiwarkę frazę "Czarny Czwartek" i sprawdzić, czy aby coś takiego nie miało miejsca, chociaż to bezsensowne - przecież bym o tym słyszała. To pokazuje, że Sarah Lotz umie trafić do czytelnika swoją powieścią sprawić, że w którejś chwili zaczyna się zastanawiać, gdzie kończy się fikcja literacka a zaczyna prawda.

"Troje" to bez wątpienia nowość na rynku wydawniczym. Zarzucam pisarkom i pisarzom brak pomysłowości, ciągłe przerabianie tych samych motywów, tematów, tworzenie tych samych bohaterów i tak aż do znudzenia i w końcu czytam "coś", co nie do końca jest zwyczajną powieścią. "Troje" to raczej zlepek różnych informacji, faktów, rozmów czy uczuć. Oprócz tego czytelnik został uraczony bzdurnymi teoriami różnych ludzi, którzy uparcie analizują "Czarny Czwartek", szukają przyczyny czterech katastrof lotniczych i przeżycia z nich trzech dzieci. Niektóre przypuszczenia wywoływały u mnie szeroki uśmiech i skłaniały mnie do przemyślenia w rodzaju "co by było gdyby". Co by było gdyby to się naprawdę wydarzyło? Czy nasi dziennikarze, bloggerzy i generalnie społeczeństwo zareagowało by podobnie? Szczerze mnie ciekawi, czy wypłynęłyby wtedy tematy związane z kosmitami i religią. A przypuszczam, że właśnie by tak było, my, jako ludzie mamy uporczywą zdolność do analizowania spraw, których być może nie powinniśmy ruszać.

Powiedzenie, że "Troje" to zła książka byłoby nieprawdą. To przede wszystkim kontrowersyjne dzieło, a to, że obudziło we mnie mieszane uczucia wynika z faktu, że wcześniej nie czytałam nic, co by przypominało tę powieść. Ja sobie bardzo cenię oryginalność, a sam pomysł na fabułę zasługuje na uznanie. Pozostawiam do zdecydowania Wam, czy zapoznacie się z "Trojgiem".

sobota, 8 marca 2014

Sylvia Day - Żar nocy

Żar nocy - Sylvia June DayAutor: Sylvia Day
Tytuł: Żar nocy
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 315
Moja ocena: 6/10
Sylvia Day jest autorką ponad dwudziestu książek, wydawanych w ponad czterdziestu krajach. Pisarce międzynarodową sławę przyniosła seria "Dotyk Crossa". Jej kolejny cykl powieściowy "Strażnicy Snów" zapoczątkowany "Rozkoszami nocy" ukazuje się w Polsce nakładem Wydawnictwa Akurat. 

Jakiś czas temu miałam okazję zapoznać się z pierwszym tomem nowej serii Sylvii Day i książka ta zostawiła mnie zadowoloną, a jednocześnie trochę rozczarowaną. Odniosłam wtedy wrażenie, jakby autorka nie do końca pokazywała na co ją stać, dlatego, gdy tylko ukazała się druga część pt. "Żar nocy" wiedziałam, że muszę się przekonać, czy pisarce udało się lepiej przedstawić swoją obiecującą koncepcję.

"Strażnicy Snów" to jedna z tych serii, w których każdy kolejny tom jest osadzony w podobnych realiach, ale z innymi bohaterami w roli głównej. W "Rozkoszach nocy" to Aidan Cross i Lyssa Bates byli głównymi postaciami, natomiast w "Żarze nocy" to Connor Bruce i Stacey Daniels wiodą prym. To klasyczny przypadek zamiany ról bohaterów z pierwszoplanowych na drugoplanowych. Bardzo lubię ten celowy zabieg ze strony pisarek, bowiem według mnie mogą się wtedy one bardziej wykazać. Mogą nieskończenie rozwijać inne pomysły, tworzyć lepsze osobowości.

Najpierw kilka zdań o fabule. Stacey Daniels czytelnicy mogli poznać w poprzedniej części, ale to tutaj mają okazję obserwować, jak rozkwita. To samotna, zapracowana kobieta, która nie ma czasu na własne przyjemności, jednak to się odmienia, gdy na progu jej mieszkania staje wyjątkowy, nieziemsko przystojny mężczyzna imieniem Connor Bruce. Oboje od razu przypadają sobie do gustu, ale czy taki związek jak ich jest w ogóle możliwy? Są z innych światów, a na drodze do swojego szczęścia będą musieli stawić czoła niebezpieczeństwu...

Jak napisałam wcześniej, pod względem fabuły druga część spodobała mi się bardziej. Nie chodzi tutaj wcale o element fantastyczny, ponieważ i on pozostawia dużo do życzenia i nie oszukujmy się - nie jest wykonany idealnie. Opisy Zmierzchu są rażąco ubogie, sami Strażnicy nie wykazują jakichś większych oznak, że pochodzą z innego świata. W zasadzie zachowują się... ludzko, a oczekiwałabym po nich większych różnić w stosunku do ludzi. Szkoda, że autorka nie bardzo rozbudowała swoją fantastyczną rzeczywistość, jednak wiem, że to nie jest tego rodzaju książka. Ostatecznie "Żar nocy" to przyjemna lektura zaliczająca się do tych powieści mało ambitnych, więc siłą rzeczy nie należy, a nawet nie można mieć w stosunku do niej zbyt wygórowanych oczekiwać. Na element fantastyczny trzeba po prostu przymknąć oko i zadowolić się całą resztą, ponieważ Sylvii Day naprawdę wyśmienicie wychodzą inne, zmysłowe opisy.

"Żar nocy" to przyjemna książka, którą bez problemu da się przeczytać w kilka godzin, a to za sprawą lekkiego i niezwykle przystępnego warsztatu Sylvii Day. Serię tą polecam wielbicielom powieści erotycznych i fanom autorki.

WYZWANIA: CZYTAM FANTASTYKĘ 2014.

sobota, 2 listopada 2013

Przedpremierowo: Sylvia Day - Rozkosze nocy

Rozkosze nocy - Sylvia June Day
PREMIERA: 6 LISTOPAD
Autor: Sylvia Day
Tytuł: Rozkosze nocy
Wydawnictwo: Akurat/Muza S.A
Liczba stron: 304
Moja ocena: 6/10

Słynne dzieło E.L James o tytule "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a" sprawiło, że na rynku wydawniczym obecnie nie brakuje powieści greyopodobnych. Na tej sławie skorzystała Sylvia Day - amerykańska pisarka pochodzenia japońskiego, autorka wydawanych na całym świecie powieści erotycznych. Jej twórczość powszechnie cieszy się dużą popularnością, z czego największą szczyci się "Dotyk Crossa". "Rozkosze nocy" to kolejne jej książka, która niedługo będzie miała swoją polską premierę.

Zanim przejdę do meritum, kilka słów o fabule. Lyssa Bates od zawsze miała problemy ze snem, które jak za dotknięciem magicznej różdżki znikają, gdy w jej życiu, a dokładnie snach pojawia się przystojny i pociągający Aidan Cross. Szybko okazuje się, iż jest on gotów zrobić dla poznanej kobiety wszystko, nawet zaryzykować stratę tego, co jest mu znane i bliskie. Jak zareaguje Lyssa, gdy w rzeczywistości zawita do niej mężczyzna marzeń, dotychczas znany jej tylko w sennych odmętach? Tym bardziej, że skrywa on wiele tajemnic...

"Rozkosze nocy" czyta się przyjemnie i szybko, bo jest ona raczej mało wymagającą lekturą, i reprezentuje sobą coś, po co zazwyczaj chętnie sięgamy. Bo pozwoli nam na chwilę oderwać się od rzeczywistości, zapomnieć o niej i zatracić się w pociągającej wizji wykreowanej przez Sylvię Day. Jeśli ta książka miała takie zadanie - to spisała się świetnie, a przede wszystkim jest ona o całe niebo lepiej napisana od trylogii E.L James, a czy to już nie jest jeden z powodów do zapoznania się z dziełem tej autorki?

Nie sposób uniknąć porównań z "Dotykiem Crossa", tym bardziej, że jeden z bohaterów "Rozkoszy nocy" nosi jego nazwisko. O ile postacie w tym pierwszym dziele mocno raziły mnie swoją naiwnością i drętwymi, nic niewnoszącymi dialogami, o tyle w drugim tytule jest nieporównywalnie lepiej. Fakt, Day czasami nie udało się uniknąć sztucznej wymiany zdań, ale nawet to mi nie przeszkadzało w czytaniu, które szło mi bardzo "gładko" i gdyby nie obowiązki, które na mnie czekały skończyłabym tą książkę za jednym podejściem.

Sylvia Day mało poświęciła uwagi koncepcji Strażników walczących z Koszmarami. Autorka potraktowała ten wątek po macoszemu, skupiając się raczej na zmysłowych doznaniach bohaterów, niźli na głębszym potraktowaniu tej równie istotnej części fabuły. Szkoda, bo można było ten pomysł ciekawie rozwinąć, a no i ocena byłaby wyższa.

Podsumowując: "Rozkosze nocy" to książka, która w swoim gatunku jest idealna. Przyjemna, łatwa i nieskomplikowana, taka, po którą bez wahania możemy sięgnąć w mroźne wieczory. Polecam!

CZYTAM FANTASTYKĘPARANORMAL ROMANCE.

środa, 17 lipca 2013

(85). Sylvain Reynard - Piekło Gabriela

Autor: Sylvain Reynard
Tytuł: Piekło Gabriela
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 640
Moja ocena: 9/10
 
Profesor Gabriel Emerson, cieszący się sławą i poważaniem ekspert od twórczości Dantego, prowadzi podwójne życie: za dnia jest ustatkowanym, szacownym uczonym, zgłębiającym tajniki utworów włoskiego mistrza, nocami oddaje się wyuzdanym przyjemnościom, poszukując rozkoszy wszędzie, gdzie można ją znaleźć. Jednocześnie w jego duszy trwa zacięta walka między jasnymi i mrocznymi cechami jego charakteru; pamiętając o swojej niechlubnej przeszłości i zdając sobie sprawę z niemoralnego postępowania w teraźniejszości, profesor popada w coraz głębszą frustrację, lęka się bowiem, że szansa na zbawienie jego grzesznej duszy oddala się z każdym dniem.
Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej,gdy w jego życiu pojawia się słodka i niewinna Julia Mitchell. Zafascynowana dystyngowanym profesorem studentka, uczęszcza pilnie na jego wykłady, ale los sprawia, że pewnego dnia ich wzajemne relacje przenoszą się na inny, znacznie bardziej intymny, poziom. Sytuację komplikuje fakt, że Julia i Gabriel zetknęli się już wcześniej, przed wielu laty; tamto spotkanie, pozornie nieistotne i mało znaczące, okazuje się punktem zwrotnym w życiu obojga. Teraz, kiedy ich drogi ponownie się przecięły, rozpoczyna się nierówna gra, w której dzika namiętność i mroczne pożądanie muszą się zmierzyć z dziewczęcą naiwnością i szczerą, choć starannie skrywaną, miłością. "Piekło Gabriela" to także fascynująca, wciągająca opowieść o próbie ucieczki przed demonami dręczącymi człowieka, który, folgując swoim żądzom i realizując wymyślne fantazje seksualne, jednocześnie w głębi duszy pragnie wybaczenia i prawdziwej miłości.
  
"Jeżeli chcesz czekać, aż twoja blizna zniknie, Julianno, będziesz czekać zawsze. Blizny nigdy nie znikają."
Na początku swojej recenzji pragnę zaznaczyć, iż "Piekło Gabriela" nie jest żadnym diabelskim erotykiem, jak informuje napis na górze okładki. Nie, to jest świetnie napisany romans. Scen erotycznych w tej książce nie ma prawie żadnych, więc jeśli ktoś oczekuje lektury w stylu osławionych już "Pięćdziesięciu twarzy Greya" to się bardzo rozczaruje. Dobra, skoro ta kwestia została wyjaśniona, przechodzę do sedna.

Julia Mitchell, główna bohaterka to dwudziestotrzyletnia studentka z ubogiej rodziny, przyszła specjalistka od Dantego. Przez pryzmat przykrych doświadczeń z przeszłości, młoda kobieta jest osobą niezwykle nieśmiałą, zagubioną i zakompleksioną. Mając matkę alkoholiczkę nie zaznała w dzieciństwie za dużo miłości. Mimo wszystko postawiła sobie cel, który za wszelką cenę pragnęła wypełnić. Wzięła się w garść, zaczęła studiować, a jej życie powoli zaczęło się stabilizować. No właśnie, do czasu, bo pewnego dnia pewien arogancki profesor niespodziewanie zmienia bieg wydarzeń.

Julia zaczyna uczęszczać na wykłady trzydziestotrzyletniego profesora na uniwersytecie w Toronto, specjalisty z zakresu twórczości Dantego - Gabriela Emersona. I już pierwszego dnia mu podpada, swoją nieuwagą na prowadzonych zajęciach.

Już po kilkunastu stronach czytania tej książki wiedziałam, że będzie ona wyjątkowa, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Liczyłam na jakiś w miarę absorbujący erotyk, ale dostałam coś znacznie lepszego. Romans. Nie taki zwyczajny, ale poniekąd zakazany i przepiękny, opisany ciekawym językiem, okraszony dużą ilością odwołań do masowej kultury, jednym słowem - urzekający. Tak, chyba to słowo idealnie oddaje klimat tego dzieła.

Warsztat pisarski Sylvain Reynard jest zachwycający i nieporównywalnie lepszy od pióra E.L. James. Styl pisania autorki (autora?) jest ciekawy i niezwykle dopracowany. W "Piekle Gabriela" występują liczne odwołania do kultury masowej, dlatego sądzę, iż książkę tę powinno czytać się w domowym zaciszu, gdzie będziemy mogli skupić się w spokoju na "pochłanianiu" tej lektury.

"Piekło Gabriela" to książka objętościowo duża (ponad 600 stron), więc czytelnik zostaje powoli i stopniowo wprowadzany w rozgrywającą się akcję. I właśnie ta powolność bardzo mi się spodobała, bo w codziennym, zabieganym życiu nie ma na to miejsca.

Tytułowy Gabriel to istna bomba wybuchowa. Spróbujcie zgadnąć, czego się po nim spodziewać. Demony z przeszłości poniekąd wykształciły jego oschły i zdystansowany charakter oraz sposób bycia. Mimo to, polubiłam go, bo gdzieś tam podczas czytania wiedziałam, że potrafi okazać troskę i wrażliwość. Mężczyznę ten jest mroczny, ale też pełen pasji i miłości. Pomimo niezachęcającego początkowego zachowania wiedziałam, że w pewien sposób jest to maska, którą Gabriel przyobleka. Na uniwersytecie gra trudnego w kontaktach, niezwykle surowego i wymagającego profesora, a w otoczeniu Julii powoli jego bariera powoli zaczyna opadać.

Nieprzypadkowo najpierw opisałam główną postać męską. Julia wprawdzie wiedzie prym w tej książce, ale to Gabriel całkowicie skupił na sobie moją uwagę. Dziewczyna ta jest średnio ciekawą postacią, czasem potrafi pokazać pazur, ale to bardzo niewiele w porównaniu z bardziej mroczną postacią jaką jest profesor. I może dlatego Julia wypada przy nim po prostu blado, nijako i bez charakteru. Zazwyczaj jest osóbką nieśmiałą, która roztacza wokół siebie aurę nieszczęścia, przez co nie sposób jej nie współczuć. I poza tym jednym uczuciem nie wzbudziła we mnie większej sympatii. Była dla mnie szczerze obojętna, pomijając chwile, gdy irytowała mnie swoją niezdarnością i nadmierną słodkością.

"Piekło Gabriela" to klimatyczna i pełna ciepła powieść, które mnie urzekła i oczarowała. Ukazuje mroczną przeszłość głównych bohaterów oraz ich zmagania z nią w teraźniejszości. Jestem niezwykle ciekawa dalszych przygód Julii i Gabriela, dlatego z przyjemnością zapoznam się z drugim tomem tej serii, "Ekstazą Gabriela".
"Niniejszym zapisuję się na kurs jako twój student. Naucz mnie, jak się o ciebie troszczyć." 

poniedziałek, 15 lipca 2013

(84). Chuck Wendig - Drozdy. Posłaniec śmierci.


Autor: Chuck Wendig
Tytuł: Drozdy. Posłaniec śmierci
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 368
Moja ocena: 7/10
Druga część przygód niezwykłej kobiety obdarzonej niezwykłym darem.
Miriam próbuje. Naprawdę się stara, ale bezskutecznie. Życie z Luisem nie układa się tak, jak powinno. Szczerze mówiąc, w ogóle się nie układa. Od roku mieszkają na Long Beach w zaniedbanej przyczepie kampingowej. Miriam pracuje w sklepie przy plaży, a on większość czasu spędza za kierownicą ciężarówki. Nie jest dobrze. Jest wręcz fatalnie. Dziewczyna ze wszystkich sił stara się okiełznać swoje zdolności parapsychiczne. To niełatwe, ale jakoś jej się udaje. Do czasu. W końcu nadchodzi dzień, kiedy koszmar zaczyna się od początku i wszystko wskazuje na to, że tym razem nie zakończy się happy endem.
Miriam wie, jak umrzesz.

"Posłaniec śmierci" to kontynuacja "Dotyku przeznaczenia" autorstwa Chuck'a Wendig'a - scenarzysty, twórcy gier i pisarza.

Miriam powoli wdraża się w normalne, z pozoru zwyczajne życie. Zamieszkała w przyczepie Luisa i dzięki niemu zdobyła pracę w sklepie. Jednak od swoich umiejętności nie potrafi uciec, szczególnie gdy szefowa doprowadza ją do niepohamowanej złości, przez co kobieta traci pracę. Zanim jednak się to dzieje, przewiduje, że w miejscu tym dojdzie do tragicznych w konsekwencjach wydarzeń. Luis jednak po raz kolejny wyciąga pomocną dłoń do Miriam i znajduje jej nowe zatrudnienie. Zadanie, które będzie musiała tam wypełnić ściśle wiąże się z jej zdolnościami i może wystawić ją na wielkie niebezpieczeństwo...

Miriam Black ma nietypową umiejętność, która według niektórych określana jest mianem daru, ale także i przekleństwa. Ja skłaniam się zdecydowanie ku temu drugiemu. Kobieta dzięki dotykowi jest w stanie stwierdzić jak dana osoba umrze. Nie wiem czy przez pryzmat jej zdolności, czy czegokolwiek innego, ale nie potrafiłam zrozumieć naprawdę wielu zachowań głównej bohaterki. Pozostawała ona dla mnie wielką niewiadomą, nie mam pojęcia co w niektórych sytuacjach nią kierowało. Przez całą książkę miałam do Miriam po prostu neutralny stosunek, bowiem uważam, że autor nie spisał się za dobrze w kreowaniu tej postaci. Mimo to urzekła mnie tym, że nie jest niewinną sierotka, którą wiecznie trzeba ratować. To silna, niezależna i wyzwolona kobieta, a jak wiadomo, takie w literaturze zawsze cieszą.

Luis za to okazał się dla mnie wielkim zaskoczeniem i chcąc, nie chcąc, polubiłam go. W porównaniu z Miriam okazał się naprawdę intrygującą postacią z ciekawą osobowością. Szkoda, że w "Posłańcu śmierci" było go niewiele.

Jakimi dwoma słowami mogę określić tę książkę? Po zastanowieniu decyduję się na: specyficzna i mroczna. I te przymiotniki chyba idealnie oddają niepokojący klimat tego dzieła. Autor nie stroni od brutalnych opisów i przekleństw, które potrafią ciekawie zaakcentować książkę, ale w nadmiarze przytłaczają. I właśnie tak było w tej sytuacji. Co za dużo to niezdrowo. Nie wywarło to na mnie pozytywnego wrażenia, Chuck Wendig mocno przesadził i uważam, że przekroczył granicę dobrego smaku.

Pomimo wad, które wyżej wymieniłam, dziwny i trochę chory świat wykreowany przez autora, wciąga. Akcja pędzi dynamicznie, a wykreowana rzeczywistość razi swoją okrutną brutalnością. Klimat książki tej jest bardzo niepokojący, pełen "ostrych" opisów, więc nie polecam tej literatury osobom o słabych nerwach.

Wyzwania, w których recenzja bierze udział:

sobota, 6 lipca 2013

(80). James Craig - Londyn we krwi


Autor: James Craig
Tytuł: Londyn we krwi
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 336
Moja ocena: 8/10
W trakcie kampanii przed wyborami parlamentarnymi ktoś w bestialski sposób morduje byłych członków ekskluzywnego Merrion Club. Wszystko wskazuje na to, że na liście zabójcy są również charyzmatyczni i bezwzględni bliźniacy, Edgar i Xavier Carlton, ludzie gotowy na wszystko, by zdobyć władzę.
Inspektor John Carlyle wcale nie jest zachwycony tym, że zadanie ujęcia okrutnego mordercy przypadło właśnie jemu. Tropiąc sprawcę, zagłębia się w mroczny świat brytyjskich klas rządzących. Moralność tam nie istnieje, liczy się wyłącznie władza. Carlyle musi znaleźć zabójcę, zanim ludzie Carltonów wezmą sprawy w swoje ręce. Ślady prowadzą w przeszłość, o której wiele osób z pierwszych stron gazet wolałoby na zawsze zapomnieć.

Czasami ludzie, kiedy jest dobrze, zapominają, że gdzieś tam w głębi ukrywają się mordercy gotowi do zaatakowania. Tak się dzieje właśnie w trakcie kampanii przed wyborami parlamentarnymi, bowiem w Londynie zostają popełnione zbrodnie, które wiążą się z homoseksualizmem. Cechuje je brutalność i okrutność. Udział w śledztwie przypada inspektorowi Johnowi Carlyle. Mężczyzna ten nie jest zadowolony z takiego obrotu spraw, sam ma własne problemy, z którymi musi się uporać.

James Craig opisał polityczny światek niezwykle trafnie. Dzięki rozległym opisom wręcz czułam, jakbym zaglądała wewnątrz niego, gdzie intrygi i tajemnice są na porządku dziennym. Przyznam szczerze, że nie znam się na polityce, jednak podczas czytania "Londynu we krwi" towarzyszyło mi nieodłącznie pytanie: "Gdzie się podziała moralność tych ludzi?". Obserwując niekiedy bezwstydne działania bogatych i wpływowych osób, które są gotowe zrobić niemal wszystko dla władzy, czułam wstręt. Wiem, że tak to działa i pewne rzeczy są uznane za nietykalne, ale czy tak powinno to wyglądać? Czy pogoń za pieniądzem i władzą są najlepsze? Chyba każdy indywidualnie powinien sobie odpowiedzieć na to pytanie.

"Londyn we krwi" chwilami czytało mi się bardzo opornie. I nie stwierdzę jednoznacznie czy to przez pióro autora, czy wmieszany wątek polityczny, ale ot tak, nie zaciekawił mnie jako kryminał. Tak było po przebrnięciu kilkunastu stron. Później moim oczom ukazał się świetnie zarysowany okrutny świat, gdzie władza jest najważniejsza. Zostały w niej także ukazane realia działania londyńskiej policji, dzięki czemu czytelnik mógł dowiedzieć się, jak wszystko działa od wewnątrz.

James Craig w swoim debiucie literackim nie poskąpił czytelnikom brutalnych opisów gwałtów i morderstw. Przyznaję, że krzywiłam się podczas ich czytania, bo niekiedy odnosiłam wręcz wrażenie, jakby autor przekroczył granicę dobrego smaku. 

Nie sposób nie zwrócić uwagi na główną postać "Londynu we krwi", która została wykreowana idealnie, odczuwałam wręcz wrażenie, jakby została wyrwana z rzeczywistości. Inspektor John Carlyle to osoba nieustępliwa i dociekliwa, czyli taka, która idealnie pasuje do wykonywanego przez siebie zawodu. Mężczyznę tego cechuje także duże poczucie sprawiedliwości, które czytelnik mógł obserwować m.in wtedy, gdy zeznawał on na niekorzyść swojego mundurowego kolegi.

Rozczarował mnie dosyć ubogi wątek braci Carltonów - Edgara i Xaviera, owszem, niby pojawiały się jakieś wzmianki o nich, ale nie były one w pełni zadowalające i rozwinięte w satysfakcjonujący sposób. Są to bohaterowie bardzo przyszłościowi, których temat można było pociągnąć w znacznie ciekawszym kierunku.

"Londyn we krwi" to dobrze napisany kryminał z ciekawie nakreślonym wątkiem politycznym. To przyjemne czytadło, pomijając niezwykle obrazowe opisy morderstw, gwałtów czy seksu. Jest to także książka, która znajduje swoje odbicie w dzisiejszych realiach. Ukazuje do czego są zdolni ludzie z koneksjami, z "elity" w dążeniu do zaspokajania własnych potrzeb. Polecam!